Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Nie wiedziałem. – Sigferdi zwrócił się do Arivalda. – Naprawdę myślałem, że ich zabiły. Zresztą, tak jak mówiłem, nie było mnie tutaj.
– Obejdzie się – mruknął Arivald, ale postępowanie wiedźm zrobiło na nim wrażenie. – Tak więc kilka z was nie wytrzymywało już w osadzie i odeszło… Gdzie są teraz?
– Nie wiem.
Zdumiewające, ale wiedźma mówiła prawdę. Rzeczywiście nie wiedziała. Hm, to było zastanawiające.
– A czego chce Dragostas? Skąd wie o osadzie? Co zamierza?
– Za dużo pytań i za mało pewnych odpowiedzi. – Ellora wzięła do rąk pusty już kielich, zresztą nic dziwnego, bo nalała sobie bardzo mało wina, i obracała go w zamyśleniu w dłoniach. – W swych włościach tępił nie tylko wiedźmy, ale i kobiety, które ledwo o to podejrzewano. Miałyśmy tu dwie siostry, które uciekły z jego baronii, ale były stare i chore. Niedługo po przybyciu umarły. Może ktoś kiedyś rzucił na niego urok i dlatego się mści?
– Ktoś kiedyś – mruknął Arivald. – Po prostu jedna z was.
– Kto wie, jak było naprawdę? A co zamierza? Podejrzewam, iż chce nas zniszczyć. Ba, jestem pewna, że to zrobi, kiedy tylko będzie mógł.
Arivald pomyślał, iż baron rzeczywiście nie ma nic do stracenia. Oddając księciu swą baronię, oddawał włości, które już tak naprawdę nie należały do niego. I których nie miał żadnej nadziei odzyskać. W zamian miał dostać kawałek ziemi na wybrzeżu należącym do tej pory do Republiki oraz wyspę wiedźm. Terenów tych nawet nie można było porównać z bogatą baronią, którą utracił, ale zawsze lepiej mieć coś niż nic. Zagadką pozostawało jednak, dlaczego książę zdecydował się na wojnę z Republiką. Jednak by to ocenić, trzeba było znać zwyczaje Dessvonu. Mieszkańcy tego księstwa, które dopiero niedawno stało się jednym z silniejszych militarnie i bogatszych państw, zawsze rozkochani byli w wojnach, łupieżczych najazdach na sąsiadów. Władca, który swym podwładnym nie zapewniał ulubionej rozrywki, mógł rychło stać się obiektem szyderstw. A od szyderstwa do zabójstwa w Dessvonie droga była krótka. Dlatego Arivald podejrzewał, iż księciu Riheriusowi baron Dragostas jakby spadł z nieba. Wojna i tak była mu konieczna, a tu jeszcze mógł zyskać dzięki niej władzę nad bogatą baronią. Bogatą baronią, która miała niedługo szansę stać się dużo, dużo bogatsza. Inna rzecz, że w osobie doży znalazł sobie niewygodnego rywala. Być może, zmylił go ustrój Republiki. Jak każdy monarcha absolutny żywił pogardę dla demokracji, uważał ją za system nieudolny i niewydolny. Zresztą bardzo słusznie. Ale w Republice demokracja była fikcją. Co z tego, że stanowisko doży było obieralne, a nie dziedziczne, skoro doża posiadał prawie nieograniczoną, dożywotnią władzę? Co z tego, iż działał parlament oraz rady miejskie, skoro tak naprawdę nie miały nic do gadania? Z drugiej strony jednak Riherius słusznie przypuszczał, że Republika będzie wolała utracić niewielkie posiadłości, zamiast wplątywać się w wojnę niszczącą handel. A handel był głównym źródłem dochodów poddanych Vigarellego, którzy im więcej czasu upłynie, tym bardziej będą niezadowoleni z rujnującej ich kampanii. Rzecz jasna wyjście będzie musiało być polubowne, by nikt nie stracił twarzy. Na przykład Riherius odkupi od Republiki ziemie, które odda potem baronowi Dragostasowi. Na przykład z klauzulą, iż jest to tylko dożywocie, które przechodzi potem z powrotem we władanie Republiki.
Tak czy inaczej nadal aktualne było pytanie, kto zabił Vendię. Arivald był coraz bliższy myśli, iż zrobił to Dragostas. Na korzyść barona działał jednak fakt, iż wszyscy zapewne przypuszczali, że to jego sprawka.
– Musimy jakoś wybrnąć z tego galimatiasu – powiedział Arivald – bo jest dla mnie oczywiste, iż doża odda was. Nie będzie prowadził wojny, która rujnuje interesy jego poddanych.
Ellora zacisnęła usta.
– Jakie więc mamy wyjście? Uciekać?
– Na pewno wam na to nie pozwolę – zaprotestował Sigferdi.
– Nikogo stąd nie wypuszczę bez specjalnych rozkazów Jego Ekscelencji i dobrze o tym wiesz.
– Być może, znalazłbym rozwiązanie – rzekł wolno Arivald – ale…
– Ale… – poddała wiedźma.
– Zależeć to będzie od tego, jak dalece jesteście skłonne do współpracy.
– A jakie mamy wyjście?
– Właśnie – uśmiechnął się głupawo Sigferdi, któremu bardzo podobał się fakt, iż znajduje się w centrum spraw światowych.
– Osada mogłaby nadal istnieć – zaczął Arivald – ale Bractwo objęłoby nad nią i nad całą wyspą pieczę. Wysłalibyśmy żołnierzy oraz kilku magów, by przyglądali się temu, co robicie. Z punktu widzenia nauki jesteście ciekawym przypadkiem, któremu warto poświęcić studia. O ile mi wiadomo, nikt do tej pory nie badał wnikliwie waszych obyczajów. A jeszcze ta osada…
W miarę jak Arivald wyłuszczał swoje plany, Ellora coraz bardziej czerwieniała.
– Chcesz więc z nas zrobić obiekt doświadczeń?! – wybuchła.
– Ogród zoologiczny z dzikimi zwierzętami w klatkach? A dostojni magowie będą badać, jak żyjemy, jak się rozmnażamy i co jemy?
– Zawsze pozostaje stos – rzucił beztroskim tonem Arivald. Wiedźma patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu pełnym nienawiści.
– Przemyślę twą szczodrobliwą propozycję – powiedziała, nie starając się nawet ukryć szyderstwa – i dam odpowiedź.
– Jutro – rzekł Arivald wstając. – Tyle czasu musi ci wystarczyć.
W komnacie siedzieli mistrz Eren vard Din, książę Riherius wraz z ministrem o trudnym do zapamiętania imieniu, który jak zwykle sprawiał wrażenie lekko przepitego, doża w towarzystwie ubranego na czarno doradcy oraz Arivald. Wszystko potoczyło się tak, jak przewidział to czarodziej. Doża był skłonny do ustępstw, a książę nie wysuwał wziętych z sufitu roszczeń.
– Zgadzamy się odsprzedać zaznaczone tu ziemie – czarno ubrany doradca doży postukał palcem w mapę – pod warunkiem iż przekazane baronowi Dragostasowi zostaną tylko w dożywocie, po upływie którego wrócą do Republiki.
– Uważamy, iż to rozsądna propozycja – odparł minister o trudnym imieniu w imieniu Riheriusa.
– Istnieje jednak pewien problem…
– Tak? – tym razem odezwał się sam książę.
– Z uwagi na pewne specjalne właściwości magiczne panujące na jednej z wysp, Bractwo z Silmaniony odkupiło ją od Republiki.
– Która to wyspa? – zapytał Riherius, a kiedy mu ją pokazano, przyjrzał się bacznie Arivaldowi. – Coście tam znaleźli? Złoto? Diamenty?
Arivald roześmiał się szczerze.
– Klnę się, że nic podobnego. To wyspa, której znaczenie dla nas można określić za pomocą wartości duchowych, a nie materialnych.
Riherius przez chwilę przetrawiał słowa Arivalda.
– Skoro tak, nie widzę przeszkód – odparł. – Jeśli chcecie ten kawałek skały, to go bierzcie.
Arivald nie mógł wyjść z podziwu nad łatwością, z jaką książę rozdaje ziemie nie należące jeszcze przecież oficjalnie do niego. Jednak ucieszyła go obojętność Riheriusa. Oznaczała, iż nie wiedział nic o całej aferze z wiedźmami i wszystko robił dla konkretnego zysku, czyli przechwycenia władzy nad dawnymi lennikami Dragostasa. Swoją drogą ciekawe, czy będą zadowoleni z nowego pana. No, ale to już była ich sprawa. Zawsze mogą znowu nająć sobie kuszników z Landfordu, choć nie wiadomo, czy ich jeszcze na to stać.
Arivald szykował się właśnie do uroczystej kolacji, na której w obecności zagranicznych posłów miała być oficjalnie podpisana umowa oraz traktat pokojowy, kiedy drzwi w pokoju obok trzasnęły z potężnym hukiem. Za moment do komnaty czarodzieja wpadł oszalały z gniewu baron Dragostas. Jego zwykle czerwona twarz teraz nabiegła już krwistą purpurą, jakby za chwilę miał dostać apopleksji.
– Zdrajco! – wrzasnął i runął na czarodzieja jak skłuty ostrzami byk.
Arivald, jak to najczęściej bywało w tego rodzaju nagłych niebezpieczeństwach, nie skorzystał z dobrodziejstwa magii. Zwinnie uchylił się przed ciosem barona, a sam wymierzył mu cios pięścią prosto w serce. Nie za mocny, aby nie zabić. Już uderzając zdał sobie sprawę, iż cios może okazać się średnio skuteczny, jeżeli Dragostas włożył kolczugę. Na szczęście baron nie był na tyle przewidujący. Siadł ciężko na ziemi, z trudem łapiąc powietrze. Arivald usiadł spokojnie i pozwolił Dragostasowi wrócić do sił. Trwało to dłuższą chwilę, a tym razem baron przypominał nie byka, lecz ogromnego suma, którego odpływ zostawił na brzegu i który rozpaczliwie zastanawia się, gdzie jest woda.
– Już? – zapytał Arivald, kiedy zobaczył, że Dragostas sprawia wrażenie nieco przytomniejszego.
Baron ponuro skinął głową i dowlókł się do najbliższego fotela.
– Cóżeś ty zrobił, głupi człowieku? – rzekł w końcu. – Uratowałeś te cholerne wiedźmy!
– A co ci do tego? – równie niegrzecznie zapytał czarodziej.
– Te suki, te dziwki z piekła rodem podsunęły mi kobietę – chwilę ciężko oddychał – a ja się z nią ożeniłem…
– Twoja żona? – Arivald osłupiał. – Ta, którą kazałeś zamurować w wieży?
– Ta sama – warknął baron – pomiot tej ich przeklętej osady. A diabeł wie, jak wiele tych suk rozesłano po całym świecie…
– Co takiego?!
– Co takiego?! – przedrzeźniał go baron. – Czy tylko ty jesteś taki tępy, czy wy wszyscy w Silmanionie macie mózgi wyżarte przez robaki? A jak myślisz, po co jest ta ich osada? Wychowują piękne dziewczyny, uczą je nie tylko tych suczych czarów, ale i dobrych manier, a potem wysyłają na dwory. To już załatwiała ta dziwka Vendia. A taka suka jedna z drugą zaraz łapie bogatego i wpływowego męża. Ja, ja – walnął się w pierś – ja dałem się podejść tym dziwkom!
– Nie ty jeden – rzekł zimno Arivald – ale dlaczego mi nie powiedziałeś, na Boga? Wtedy, poprzednim razem?
– Sam lubię załatwiać swoje sprawy – wzruszył ramionami Dragostas.
– Co byś z nimi zrobił? – po chwili milczenia zapytał Arivald.
– Nie chciałbyś tego wiedzieć – baron błysnął zdumiewająco białymi zębami – ale te suki umierałyby tak długo, że śmierć stałaby się ich najsłodszym marzeniem. Oddaj mi wyspę! – dodał po chwili nieco spokojniejszym tonem. – Dam ci wszystko, czego zechcesz. Wiem, że masz prawo to zrobić!
– Mam – skinął głową Arivald – ale nie zrobię. A wiesz dlaczego?
Dragostas spojrzał na niego bez słowa.
– Bo to już jest moja sprawa. Nie lubię być oszukiwany, a dałem się zwieść bajkom. Zresztą – dodał uczciwie – częściowo prawdziwym bajkom. Teraz ta wyspa to jest już mój problem. Powiedz mi tylko: zabiłeś Vendię?
– Oczywiście, że zabiłem tę sukę. – Dragostas uśmiechnął się na wspomnienie tamtej nocy. – I nie pomogły jej wiedźmie czary. Widziałem, jak gasną te przeklęte oczy, a ja dusiłem, dusiłem i dusiłem…
– Odejdź – powiedział czarodziej, bo wiedział już wszystko, co chciał wiedzieć. – Dość usłyszałem.
Dragostas wstał ciężko.
– Będę polował na nie, czarodzieju. A ty mi w tym już nie przeszkodzisz.