Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Wiesz, sierżant Taura jest całkiem w porządku. Naprawdę chce się wami opiekować. A uciekając, napędziłyście jej po prostu strachu. Martwiła się, że może się wam stać coś złego. Chyba się nie boicie sierżant Taury, co?
Zacisnęła piękne usta w zakłopotaniu.
— Nie… nie jestem pewna.
Szła, kołysząc się wdzięcznie, mimo że przy każdym kroku jej piersi skryte do połowy pod różową tuniką trzęsły się niebezpiecznie. Powinni jej zaproponować terapię pomniejszającą, choć nie wiedział, czy taki zabieg nie przekracza możliwości chirurga z „Peregrine’a”. A jeśli jej doświadczenia z Domu Bharaputra przypominały w jakimś stopniu jego przeżycia, prawdopodobnie myśl o wszelkich ingerencjach chirurgicznych przyprawia dziewczynę o mdłości. W każdym razie on, po wszystkich zniekształceniach, jakim go poddano, z pewnością miał dość sal operacyjnych.
— Nie jesteśmy statkiem łowców niewolników — zaczął z powagą. — Zabieramy was… — Wiadomość, że ich miejscem przeznaczenia jest Cesarstwo Barrayaru, mogła się okazać niezbyt pocieszająca. — Naszym pierwszym przystankiem prawdopodobnie będzie Komarr. Ale niewykluczone, że wcale tam nie zostaniecie. — Nie miał już żadnej władzy, by składać jakiekolwiek obietnice. Żaden więzień nie może uratować swego współtowarzysza niedoli.
Zakaszlała i przetarła oczy.
— Dobrze… się czujesz?
— Chcę się napić wody. — Po wyczerpującym biegu i płaczu zaczęła chrypieć.
— Dam ci wody — obiecał. Jego kabina była zaledwie korytarz dalej; zaprowadził ją tam.
Gdy położył dłoń na czytniku zamka, drzwi rozsunęły się z sykiem.
— Wejdź. Nie miałem jeszcze okazji porozmawiać z tobą. Zapewne gdybym miał… nie dałabyś się nabrać tamtej dziewczynie. — Wprowadził ją do środka i posadził na łóżku. Lekko drżała. On też.
— Nabrała cię?
— Nie wiem… admirale.
Prychnął rozgoryczony.
— Nie jestem admirałem. Jestem klonem, tak jak ty. Wychowałem się w Domu Bharaputra, piętro pod dormitorium, w którym mieszkasz. Mieszkałaś. — Poszedł do łazienki, nalał do kubka wody i zaniósł jej. Zdusił w sobie odruch, by paść na kolana i w tej pozycji ofiarować jej wodę. Musiał ją skłonić… — Uświadomię ci, kim jesteś i co się z tobą stało. Nikt cię już więcej nie nabierze. Musisz się nauczyć bardzo wielu rzeczy dla własnego bezpieczeństwa. — Rzeczywiście, zwłaszcza z powodu takiego ciała. — Będziesz musiała pójść do szkoły.
Przełknęła łyk wody.
— Nie chcę iść do szkoły — powiedziała, nie odejmując kubka od ust.
— Bharaputranie nie pozwalali ci oglądać wirtualnych programów do nauki? To zajęcie wspominam najmilej z całego mojego pobytu. Lepsze niż gry. Chociaż gry też oczywiście lubiłem. Grałaś w Zylac?
Skinęła głową.
— To dopiero zabawa. Ale historia, pokazy astrograficzne… najzabawniejszy był wirtualny instruktor. Taki siwowłosy dziadek w stroju z dwudziestego wieku — marynarce z łatami na łokciach — zawsze się zastanawiałem, czy stworzyli go, wzorując się na prawdziwej postaci, czy złożyli go z różnych elementów.
— Nigdy ich nie widziałam.
— To co robiłaś cały dzień?
— Rozmawiałyśmy ze sobą. Czesałyśmy się. Pływałyśmy. Opiekunowie zmuszali nas do codziennej gimnastyki.
— Nas też.
…aż zrobili mi to. — Dotknęła swego biustu. — Potem kazali mi już tylko pływać.
Dostrzegł w tym logikę.
— Czyli ostatni zabieg formowania ciała przeszłaś niedawno?
— Mniej więcej przed miesiącem. — Zamilkła na chwilę. — Naprawdę uważasz… że nie przyjdzie po mnie moja matka?
— Przykro mi, ale nie masz matki. Ja też nie. A twoja przyszłość… byłaby straszna. Nie do wyobrażenia. — Choć on potrafił to sobie wyobrazić ze wszystkimi szczegółami.
Zmarszczyła brwi. Widać było, że niechętnie rozstaje się ze swoimi marzeniami o cudnej przyszłości.
— Wszyscy jesteśmy piękni. Jeśli naprawdę jesteś klonem, dlaczego nie jesteś taki jak my?
— Cieszę się, że w końcu zaczynasz myśleć — rzekł ostrożnie. — Moje ciało uformowano na wzór mojego pierwowzoru. Był kaleką.
— Ale jeżeli to prawda — o przeszczepach mózgu — czemu tobie tego nie zrobili?
— Ja… byłem częścią pewnego spisku. Ci, którzy mnie kupili, zabrali mnie w całości. Dopiero później dowiedziałem się prawdy o Bharaputrze. — Usiadł obok niej na łóżku. Jej zapach… czy to możliwe, żeby genetycznie zmodyfikowali jej skórę, dodając do niej woń subtelnych perfum? Odurzająca. Nie dawało mu spokoju wspomnienie jej miękkiego ciała, wijącego się pod nim wtedy, w korytarzu przed włazem. Mógłby się w nim roztopić…
— Miałem przyjaciół — ty nie?
Pokiwała w milczeniu głową.
— Zanim zdążyłem im jakoś pomóc — właściwie na długo przedtem — wszyscy zostali zabici. Zamiast nich uratowałem was.
Patrzyła na niego z powątpiewaniem. Nie potrafił odgadnąć, o czym teraz myśli.
Kabiną zachybotało, a jego żołądek skręciła fala mdłości, które nie miały nic wspólnego z tłumionym pożądaniem.
— Co to było? — wykrztusiła Maree, szeroko otwierając przestraszone oczy. Bezwiednie chwyciła go za rękę, a on zapłonął, czując jej dotyk.
— Wszystko w porządku. Nawet lepiej. Właśnie przeżyłaś swój pierwszy skok w tunelu czasoprzestrzennym. — Jako że sam odbył kilka skoków, szczerze starał się dodać jej otuchy. — Jesteśmy już daleko. Jacksończycy nas nie dostaną. — Zniknęła groźba zdrady ze strony sił barona Fella, której obawiał się w głębi duszy, sądząc, że może nastąpić w momencie przekazywania mu Vasy Luigiego. Nie znajdą się też pod obstrzałem nieprzyjacielskich statków. Po prostu łagodny skok i nic więcej. — Jesteś bezpieczna. Wszyscy jesteśmy bezpieczni. — Pomyślał o szalonej Eurazjatce. Prawie wszyscy.
Tak chciał, żeby Maree uwierzyła. Dendarianie, Barrayarczycy — nie sądził, aby potrafili mu uwierzyć. Ale ona — gdyby tylko mógł urosnąć w jej oczach. Nie chciał żadnej nagrody z wyjątkiem pocałunku. Przełknął ślinę. Na pewno chcesz tylko pocałunku? W brzuchu, pod morderczo ściągniętym paskiem, miał gorącą, nieprzyjemną kulę. Poczuł wprawiające w zakłopotanie sztywnienie w lędźwiach. Może nie zauważy. Najważniejsze, żeby zrozumiała. Oceniła.
— Pocałujesz mnie? — spytał nieśmiało, wyschłymi nagle ustami. Wyjął z jej dłoni kubek, wytrząsając z niego ostatnią kroplę. Za mało, by rozluźnić ściśnięte gardło.
— Czemu? — zapytała, marszcząc czoło.
— Tak… na niby.
Tego usłuchała. Zamrugała oczami, ale nawet chętnie pochyliła się i dotknęła wargami jego ust. Tunika lekko się zsunęła…
— Och — wydyszał. Jego dłoń powędrowała na jej szyję, blokując drogę odwrotu. — Proszę, jeszcze… — Przyciągnął jej twarz do swojej. Nie opierała się, ale i nie reagowała, mimo to jej usta były cudowne. Chcę, chcę… Przecież dotykając, tylko i wyłącznie dotykając, nie wyrządzi jej krzywdy. Odruchowo zarzuciła mu ręce na szyję. Czuł chłodny dotyk każdego palca zakończonego drobnym paznokciem. Rozchyliła usta. Stopniały w nim resztki skrupułów. Zupełnie się rozkleił. W głowie mu huczało. Jednym ruchem zrzucił z ramion kurtkę.
Przestań. Przestań w tej chwili. Ale to właśnie ona powinna być heroiną jego dramatu. Miles na pewno miał cały harem. Może pozwoli mu na coś więcej… niż tylko pocałunek? Nie, penetracja nie wchodzi w grę. Nie zrobi niczego, co by ją zabolało. Pieszczenie tych ogromnych piersi chyba nie sprawi jej bólu. Wcale nie musiał szukać zaspokojenia między udami dziewczyny, wystarczy, że zatopi się w miękkim ciele. Mogłaby pomyśleć, że oszalał, ale przy najmniej nie zrobi jej krzywdy. Znów łapczywie przywarł do warg blondynki. Dotknął jej skóry. Jeszcze. Zsunął tunikę z ramion trzęsącymi się dłońmi. Skóra miała miękki dotyk aksamitu. Drugą drżącą ręką uwolnił się z duszącej uwięzi paska. Co za ulga. Czuł potworne, nieznośne podniecenie. Ale nie dotknie jej poniżej bioder, nie…