Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Jakkolwiek by było, w „wędkarskie” wieczory stara Ellin skracała Gucie nieznośną samotność. W końcu nie musiała trzymać jej na dystans, jak Dicka Nunnuna. Nawet nie o to chodziło, że Dick wiele rzeczy może uznać za zaloty, a Red, jak sobie wypije, staje się zazdrosny i naprawdę niedobry. Nie, nie o to chodziło… Chociaż, czego tu się złościć? Jeszcze się nie urodził w Harmont mężczyzna, który odważyłby się wpakować do łóżka żony Reda Szalonego!
— Twojego nie ma? — zapytała Ellin, zdejmując koszmarny kapelusz.
— Nie ma. — Guta wzięła kapelusz i umieściła go na wieszaku. — Chodź, napijemy się herbaty.
Poszły do kuchni i gdy Adelina Norman rozlokowywała przy stole swoje opakowane w kolorowe szmaty dorodne ciało, Guta postawiła na kuchence czajnik.
— A gdzie jest? — zapytała Ellin, rozsiadłszy się w końcu. — Znowu tam?
To było dyżurne pytanie i Guta zawsze odpowiadała na nie jednakowo: „Gdzieś się szwenda”. Ale dzisiaj odpowiedziała:
— Może siedzi w Barge’u, a może gdzieś go poniosło. Mężczyzna to mężczyzna. Nie da się go przywiązać do spódnicy. Tym bardziej takiego jak mój Red.
— Tak, nie da się. — Sąsiadka wygładziła na obrusie nie istniejące zmarszczki, pokiwała głową. — Nawet tego nie próbuj. Ja, na przykład, próbowałam swojego Stefana przywiązać. Mój syn Stefie… — Jakby zakrztusiła się i zamilkła.
Guta również milczała, wyjęła z kredensu łyżeczki. Udawała, że nic nie słyszała.
— Mój mąż zostawił nas — powiedziała stara Ellin. — Uciekł do Europy, jeszcze przed Lądowaniem. A ja byłam głupia. Może gdybym nie pętała tak Stefana, nie zająłby się stalkerstwem… Głupia byłam, naprawdę głupia. Ciągle urządzałam mu awantury, kiedy szedł do Strefy. Nie rozumiałam, że on w ten sposób chciał wykazać swoją samodzielność. A ostatnim razem nawet go pobłogosławiłam po rodzicielsku… — Westchnęła przeciągle, a potem nagle chlipnęła.
Zapanowała cisza. Trzeba było ją wypłoszyć, zapytać o coś, o jakiś drobiazg, ale Guta nie potrafiła zmusić języka do poruszenia się. Syk gotującej się wody wydał się jej tak głośny, że z trudem zwalczyła w sobie chęć natychmiastowego zdjęcia czajnika z kuchenki.
Potem sąsiadka rzekła:
— Gdy wychodził, powiedziałam mu: „Żebyś już się tam przeniósł na zawsze, do tej swojej Strefy! Przestałbyś mi nerwy szarpać…” A on mi odpowiedział: „Dobrze, przeniosę się, skoro twoje nerwy mają się szarpać”. I poszedł… Miał ksywę Okularnik, bo nawet do Strefy wchodził w okularach. Więcej go nie widziałam. Opowiadali, że tego razu poszedł z Perszeronem Barbridge’em. Że niby poszli na Złotą Kulę… Chodziłam potem do Barbridge’a, ale nawet za próg mnie nie wpuścił. Powiedział, że nic nie wie, a Okularnika nie widział już tydzień. — Znowu westchnęła, poobracała w koślawych palcach łyżeczkę. — Po miesiącu powiedzieli mi, że Stefie zginął… — Znowu zamilkła.
Woda w czajniku wrzała. Guta podniosła się, zaparzyła esencję, napełniła filiżanki, wyjęła z kredensu pudełko z herbatnikami.
Z zewnątrz dobiegł hałas przejeżdżającego samochodu. Dźwięk był obcy, ale Guta zamarła, nadstawiła uszu. Samochód przejechał i ucichł.
— Wtedy naprawdę chciałam, żeby tam został — powiedziała Ellin. — Na mgnienie oka, ale chciałam. Taka byłam zła… No i Strefa spełniła moje życzenie. Nawet nie Złota Kula… — Wzięła filiżankę z herbatą, upiła łyk i nagle wykrzyknęła: — Grzechy rodziców kiełkują w dzieciach! Nigdy sobie nie wybaczę! Nigdy!!!
— Ojejku, wcale nie! — powiedziała Guta. — Myli się pani, Ellin. Strefa nie spełnia życzeń. Gdyby tak było, Małpeczka dawno już by… — Nie wytrzymała i rozszlochała się, zakrywając twarz stulonymi dłońmi.
Wszystko, co miotało się jej w duszy, cały ból i złość na Strefę, na Reda, na los, runęło na zewnątrz i Guta już nie rozumiała, jakie słowa ulatują z jej drżących warg.
Ocknęła się, gdy poczuła, że ktoś głaszcze ją po włosach. Najpierw wydało się jej, że to Małpeczka, ale nie — to była tylko dłoń starej Ellin.
Siedziały tak tysiąc lat, objęte, i smutek powoli odpływa} z serca Guty.
Potem piły herbatę. Guta wciąż nasłuchiwała dźwięków z ulicy. Ellin powiedziała:
— Ciesz się, że twoja córka nie jest podobna do człowieka.* Mówią, że wczoraj na Trzeciej Ulicy zabili syna Cartera Szczęściarza. Chłopiec, zwyczajny chłopiec. Dzieci sąsiadów nie baty się z nim bawić. Potem w ciągu dwóch dni pięcioro z tych dzieci znalazło się w szpitalu. Ze złamaniami. Ktoś upadł z huśtawki, ktoś się pośliznął na schodach, inny w ogóle na prostej drodze się potknął. Więc chłopca powiesili, na podwórku, na huśtawce…
— A policja? — zapytała przerażona Guta.
— Policja? — Stara Ellin wzruszyła ramionami. — Policja, oczywiście, zabójców nie znalazła. Nikt z sąsiadów niczego nie widział. — Przełamała herbatnik. — Policjanci też mają dzieci. Niektóre chorują. Dlatego policjantów można zrozumieć. Powiadają, że na Trzeciej Ulicy istniał tajny komitet do ochrony dzieci przed wpływami Strefy.
Przecież ona wcale nie współczuje Małpeczce, zrozumiała nagle Guta. Po co więc przychodzi do nas? Może też jest członkiem jakiegoś tajnego komitetu? Do ochrony dzieci przed Małpeczka?
Serce Guty ścisnęła trwoga.
Całe szczęcie, że w naszym starym domu nikomu z sąsiadów nie przydarzyło się nic dziwnego, pomyślała. Całe szczęście, że wyprowadziliśmy się stamtąd na czas! Dlatego nie zdziwiłabym się, gdyby coś się stało… Jak to Ellin powiedziała? Grzechy rodziców kiełkują w dzieciach… A skąd mam wiedzieć, czy grzeszę, czy nie? Ale już nigdy więcej nie będę chciała, żeby Małpeczka była zwykłym dzieckiem.
Stara Ellin, zamyślona, dokończyła drugą filiżankę herbaty. Na ulicy znowu zaszumiał silnik. I znowu, na przekór strachowi i nadziei Guty, wóz pojechał dalej. Telefon i dzwonek na drzwiach bezdusznie milczały.
— No bo po co ja tu zaglądam? — powiedziała nagle sąsiadka — Wasz martwy staruch pęta się tu i tam. Może kiedyś Stefana mojego przyprowadzi. Żebym go tylko raz zobaczyła. Chociaż ludzie mówią, że wracają tylko ci, co zostali pochowani po bożemu… popatrzyła w oczy Gucie — jedno wielkie oczekiwanie. Ani strachu, ani nadziei. Takich oczu nie mógł mieć członek tajnego komitetu do ochrony dzieci przed Małpeczka i dlatego Guta powiedziała:
— Dlaczego nie? Może i przyprowadzi. Myśmy z Redem też nie sądzili, że tatulo wróci…
Wypiły jeszcze po jednej filiżance. I jeszcze po jednej. Samochody już nie hałasowały na ulicy i dokoła panowała cisza.
Jak w grobie. Przed wyjściem stara Ellin powiedziała:
— Nie dręcz się. Nie szarp nerwów mężowi. Cierp, skoro za stalkera wyszłaś. I módl się. Ja, głupia, nie modliłam się, nie wierzyłam wtedy. Dopiero potem… Może i Bóg mnie pokarał.
Guta w milczeniu zamknęła drzwi.
Całą noc męczyła się w nienawistnej ciszy. Rano poszła do Małpeczki. Córka już się obudziła, podniosła głowę, popatrzyła na matkę pustym wzrokiem.
— Dzień dobry, Mario! — powiedziała Guta, tradycyjnie nie oczekując odpowiedzi.
— Nie spałam w bajce — powiedziała nagle Małpeczka. Jakby zaskrzypiał stopień na schodach.
— Tak się nie mówi — zauważyła Guta, z trudem powstrzymując się, żeby nie pogłaskać córki po głowie: taka czułość powodowała, że sierść Małpeczki stawała dęba i Gutę kopało prądem. — Mówi się: „Nie śniła mi się bajka”.
— Nie spałam w bajce — uparcie skrzypnęła Małpeczka. I odwróciła się.