Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Wpadnij, wpadnij — powiedział tato. — Będziesz dobrym Afrykańcem. Prawdziwym… Czarnym i martwym.
— Śmiej się, śmiej — odparł Szuwaks. — Rasisto! Dawaj no… Tato nalał do szklanek na dwa palce, podniósł Marię z kolan i czule klepnął w pupę.
— No. Idź jeść. Pewnie jesteś głodna.
Maria chciała powiedzieć, że wpadła do Diny Barbridge. Ale nie powiedziała. Tato nie lubił, kiedy o ciotce wspominał ktoś poza nim. Sam natomiast, zawsze na niej psy wieszał. Pewnie podejrzewał, że jej podbluzkowym pejzażem zachwycają się i inni faceci, ale nic z tym nie mógł zrobić.
— A co się tyczy trasy do Koziołkującej Góry, Szuwaks, to uważam, że trzeba iść wcale nie przez cmentarz. Do Koziołkującej Góry trzeba iść…
Maria odłączyła się od ich rozmowy i wyszła. Matka już krzątała się w jadalni, posadziła córkę na krześle męża, postawiła na stole tacę z chlebem i talerze, przyniosła garnek. Zapachniało zupą cebulową. Potem matka usiadła naprzeciwko, patrzyła, jak córka je. I Maria nagle pomyślała, że matce bardzo brakuje drugiego dziecka. Normalnego. Albo dwójki normalnych. Albo trójki… Zresztą w tym wypadku nie mogła matce w niczym pomóc — tak daleko jej możliwości nie sięgały.
— Przestań patrzeć mi na usta! Proszę…
— Oj, przepraszam! — zmieszała się matka.
— Dawno dziadek przyszedł?
Guta drgnęła całym ciałem, odwróciła wzrok. Maria zmarszczyła nos: tyle lat minęło, a matka nijak nie może przywyknąć do zdolności córki. I zapewne nie przywyknie. Bo i nie chce przywyknąć. Bo z całych swoich kobiecych sił sprawia wrażenie, że ma cholernie normalną rodzinę. Jaka tam normalna! Mąż — były stalker. Teść — były trup. A córka — wyrodek, tyle że nie były: tu się zgina dziób…
2. Guta Shoehart, 25 lat, mężatka, gospodyni domowa
Guta nie mogła znaleźć sobie miejsca.
Wszystko w domu już dawno było zrobione. Najbardziej lubiana przez Reda domowa sukienka, jasnoniebieska, z dużym dekoltem, wisi na drzwiczkach szafy. Pościel jest wyprana, wysuszona i wyprasowana. Kolacja przygotowana i częściowo zjedzona. Naczynia są umyte, a w domu wszystko lśni jak w gabinecie chirurgicznym Rzeźnika.
Z salonu dochodziły znajome niezadowolone głosy. Tam — jak zawsze hałaśliwie — omawiali swoje racje rozwodzący się Dottie i Don Millerowie. Rozwodzili się już trzeci tydzień i Guta z zainteresowaniem obserwowała tę intrygującą sytuację, trzeci tydzień zgadując, czy pani Miller zostanie z mężem, czy jednak odejdzie do łysego właściciela zakładu fryzjerskiego.
Ale dzisiaj — chociaż Don już przysiągł żonie, że na zawsze porzuci Angelikę Krauze — los Dottie nie zainteresował Guty. Przeżycia Angeliki również jej dzisiaj nie poruszały. Dlatego weszła do salonu, wyłączyła telewizor i poszła po schodach do góry.
Milcząca przez cały dzień Małpeczka, nie doczekawszy się ojcowej ryby, posapywała, podłożywszy zwiniętą mechatą łapkę pod zarośniętą sztywną sierścią główkę. Na burym zwierzęcym pyszczku zastygł gorzki grymas: Małpeczce śniło się coś niedobrego. Miłe sny miała tylko wtedy, gdy ojciec był z rodziną. Małpeczka nigdy co prawda nie opowiadała Gucie swoich snów, ale jeśli ojciec nocował w domu, pyszczek córki przestawał być zwierzęcy: zwierzęta nie uśmiechają się. A ostatnio córka stale przypominała Gucie zwierzątko. Mówiła coraz mniej, jej rozrywki nie przypominały zabaw. Zresztą czy to były rozrywki?
Guta westchnęła, podniosła z podłogi otwartą książkę — córka często zasypiała z jakąś książką — poprawiła zwisającą z łóżka kołdrę i wyłączyła lampkę; Małpeczka po dziecinnemu pocmokała, ale nie obudziła się. A może obudziła się i pocmokała. Kto ją tam wie!
Po wyjściu z pokoju dziecinnego Guta zajrzała do pokoju tatula, włączyła światło. Tatulo siedział nieruchomo przed oknem. Albo patrzył na mrugające za oknem gwiazdy, albo rozmawiał z zaświatami. Troska Guty nie była mu do niczego potrzebna. Zwyczajna sprawa po śmierci. Za życia potrafił ją klepnąć w tyłek albo uszczypnąć w pierś. A potem kpił z szalejącego z zazdrości Reda… Boże, jak dawno to było! Jakby nie ona to przeżyła… Teraz tatulo nie potrzebował troski synowej, ale i tak posłała mu łóżko. Tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. A jutro schowa nie naruszoną pościel do szafy. Jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu…
Tatulo ani okiem mrugnął. Jak wczoraj. Przedwczoraj. I tydzień temu…
Guta wyłączyła światło i wyszła na korytarz. Mogła już kłaść się, ale wiedziała, że nie zaśnie.
Reda nie było już drugą dobę, zdarzało mu się to bardzo rzadko i zawsze oznaczało, że „na rybach powstały pewne komplikacje”. Czyli wpadł na żaby.
Dlatego Guta nie wiedziała, co ją czeka — czy wesoły hałas podjeżdżającego samochodu i radosne skrzypnięcie bramy od garażu, czy groźny sygnał telefonu.
Nie zdążyła zejść na parter, gdy rzeczywiście rozległ się dzwonek. Ale nie był to telefon. Ktoś dzwonił do drzwi.
Mógł to być każdy. Na przykład kapitan Quarterblood ze swoimi oenzetowcami i w pośpiechu załatwionym nakazem rewizji. Dlatego Guta zerknęła przez szybę w drzwiach, nie włączywszy na ganku światła.
Młody księżyc słabo oświetlał postać na ganku, ale i tak widać było, że to nie kapitan Quarterblood. Kapitan Quarterblood nie był gruby. Poza tym kapitan Quarterblood nosił czapkę z daszkiem albo — w najgorszym razie — kapelusz. A takie straszydło wkładała na głowę tylko jedna osoba w Harmont.
Nadal nie zapalając światła, Guta westchnęła z ulgą i otworzyła drzwi.
— Dobry wieczór, Guta! — powiedziała stara Ellin. — Co tak po ciemku?
— Dzień dobry, Ellin! Niech pani wejdzie.
Adelina Norman była dziwną kobietą, zupełnie nie taką jak te, które szarpały nerwy Gucie w poprzednim domu. Pewnie można było zrozumieć poprzednie sąsiadki, pewnie Guta na ich miejscu zachowywałaby się podobnie. Pewnie…
Adelina pojawiła się u nich w tym samym dniu, kiedy Shoehartowie przeprowadzili się do własnego domu. Red na jej widok nastroszył się. Ona udała idiotkę. Wtedy on postarał się tak ją objechać, żeby zapomniała drogę do ich domu. Osiągnął swoje: stara Ellin wyszła. Ale następnego dnia pojawiła się znowu. Trzeciego dnia również, i czwartego… Guta sama nie zauważyła, jak to się stało, że sąsiadka stała się dla niej jeśli nie matką, to kimś w rodzaju starszej siostry. A potem odtajał i Red, zrozumiawszy w końcu, że Ellin odnosi się do Małpeczki zupełnie nie tak jak sąsiedzi z poprzedniego domu. Guty to nie zdziwiło: Red był w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem. Gdyby był naprawdę niedobry, taki, jaki starał się być przed innymi, Guta by się w nim nie zakochała. Nie cierpiała złych ludzi. A oni odpłacali jej tym samym.
Najpierw Guta myślała, że nową sąsiadką kieruje ciekawość, potem odkryła, że starej Ellin po prostu żal jest Marii. A jeszcze później zrozumiała, że dla nowej sąsiadki każdy, kto pojawił się na tym świecie, jest stworzeniem bożym. Adelina Norman taka się urodziła. Dlatego kiedy pojawiała się z wizytą, Guta witała ją z radością.
Stara Ellin szybko domyśliła się, co przemyca świeżo upieczony sąsiad i nie raz próbowała wbić mu do głowy, że zajmuje się rzeczami niebezpiecznymi i nie akceptowanymi przez Pana. Red wykręcał się żartami, ale kiedy sąsiadka wychodziła, mruczał: „Też mi drugi Szuwaks się znalazł! Bo to ja sam nie wiem, czym ryzykuję?” Guta nie wtrącała się do ich rozmów. Wszystko, co miała na wątrobie, dawno już Redowi po-wiedziała. Potem tego żałowała: czy to on jest winien, że ten świat jest taki paskudny…?