Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Ranek był piękny i słoneczny, a od morza wiała orzeźwiająca bryza. Arivald wstał rześki, jakby wcale nie zarwał poprzedniej nocy. Cóż to było te parę kielichów wina dla niego, który potrafił dotrzymywać tempa w piciu nawet krasnoludom, i to nie stosując żadnych czarów wspomagających! Natomiast kapitan Sigferdi przeżył tę noc dużo gorzej. Miał napuchniętą twarz, zamglone oczy, a jego oddech wyraźnie było czuć wymiocinami. Tak jak jednak i poprzedniego dnia był nienagannie ubrany, starając się robić dobrą minę do złej gry. Konie czekały już osiodłane przed koszarami, a zapobiegliwy szlachcic przygotował dwa mile bulgoczące bukłaczki, które znalazły się w jukach.
Podróż minęła im szybko, zresztą cóż to była za podróż? Raptem godzina jazdy stępa leśną ścieżką. Kiedy wyjechali z lasu, ujrzeli wysoki, gęsty żywopłot z krzaków tarniny.
– Oto i osada – rzekł Sigferdi.
Pojechali wzdłuż żywopłotu aż do miejsca, w którym tworzył on coś w rodzaju bramy wjazdowej. Przy bramie nie było nikogo.
– Wjeżdżamy? – zapytał z wahaniem w głosie kapitan.
– Po to tu jesteśmy.
Kiedy minęli żywopłot, ich oczom ukazało się kilkanaście solidnych drewnianych domków otoczonych drzewami owocowymi. Na trawie pasło się parę kóz, a przy studni baraszkowały trzy duże psy o płowej sierści.
– Co za sielski widoczek – rzekł Arivald nieco drwiącym tonem. W tym samym momencie psy dostrzegły przybyszów i pędem rzuciły się w ich kierunku. Były to zwierzęta należące do znanej Arivaldowi rasy, bardzo drogie i kiedyś używane do polowań na zbiegłych niewolników. Sigferdi szybkim ruchem wyciągnął z pochwy miecz.
– Nie trzeba – powiedział Arivald i wypowiedział Oswajacz Ruvencrofta, zaklęcie przygotowane dawnymi czasy przez maga, który zasłynął jako badacz obyczajów dzikich zwierząt.
Oswajacz nie należał do najprostszych zaklęć, gdyż jego moc pozwalała nawet na okiełznanie (przynajmniej czasowe) dzikich zwierząt, takich jak lwy, tygrysy czy wielkie małpy. Jednak akurat to zaklęcie, a nie popularnego i prościutkiego Wiernego Pieska, Arivald pamiętał dobrze. Potraktowane Oswajaczem płowe psy biegły dalej, jednak tym razem już z radosnym skomleniem, wywieszonymi jęzorami i z puszystymi ogonami wprowadzonymi w taki wir, iż wydawało się, że odpadną im od tyłków. Natychmiast też każdy uznał za życiowe zadanie obślinić Arivalda i pokazać, jak bardzo jest szczęśliwy z jego przybycia.
W końcu hałas wywabił z najbliższego domu jedną z mieszkanek osady. Arivald uspokoił psy za pomocą następnego zaklęcia, bo póki ogarnięte nagłą radością skakały wokół, nie mógł zsiąść z konia. Kiedy odsunęły się, obaj z kapitanem zeskoczyli z siodeł.
– Kapitan Sigferdi – rzekła wiedźma niezbyt przychylnym tonem. – Co sprowadza pana i pańskiego… – cofnęła się nagle o krok, a w jej oczach pojawił się błysk strachu.
– Jestem Arivald z Wybrzeża, mistrz Tajemnego Bractwa z Silmaniony – przedstawił się szybko czarodziej, który nie chciał, aby wiedźma w popłochu rzuciła któryś ze swoich czarów. – Przybywam tu na prośbę doży Vigarellego i Vendii.
Wiedźma wyraźnie się uspokoiła, ale nadal przyglądała się Arivaldowi podejrzliwie. Zresztą nic dziwnego, takiego właśnie (jeżeli nie gorszego) przyjęcia należało się spodziewać.
– Mam list od doży. – Arivald poklepał się po piersi, gdzie miał zapieczętowane pismo Vigarellego.
– Daj – rzekła wiedźma rozkazującym tonem.
– Hola! Powiedz najpierw, kim jesteś, kobieto. Ten list jest dla tej z was, która zastępuje tu Vendię.
Wiedźma przygryzła wargi.
– Nie bądź taki pewny siebie, mistrzu z Silmaniony – ostatnie słowa wymówiła z bezbrzeżną ironią. – Jesteś tu sam i nawet czarodzieja może spotkać przykry wypadek.
– Sam? – Sigferdi postąpił krok naprzód, opierając dłoń na rękojeści miecza, ale Arivald go powstrzymał.
– Patrz, co cię czeka, wiedźmo! – zawołał i w tym momencie kobietę otoczył warkocz płomieni. Usłyszała zawodzenie mnichów, zobaczyła wyciągającego dłoń inkwizytora w czarnym płaszczu, a obok płonęły stosy ogarniające wyrywające się z łańcuchów ciała. Wiedźma czuła swąd palonego mięsa, ale nie czuła bólu. Arivald nie chciał przesadzać. Nad tą zmyślną i bardzo przekonującą halucynacją pracował długie godziny w czasie podróży statkiem, a teraz przywołał ją krótkim zaklęciem.
Widowisko wywarło spodziewany efekt. Wiedźma pobladła. Z jej oczu ulotniła się złość i był tam teraz tylko strach.
– Zawiadomię przełożoną – powiedziała cicho i szybko się wycofała.
Sigferdi spojrzał z szacunkiem na Arivalda.
– To było takie prawdziwe!
Nie musieli długo czekać, kiedy zbliżyła się do nich kobieta, na oko czterdziestoletnia, ale jej twarz nosiła ślady wielkiej urody. Jako dziewczyna była pewnie przedmiotem wielu męskich westchnień, pomyślał Arivald. Wiadomość o przybyciu gości musiała się już rozejść, gdyż coraz to nowe kobiety pojawiały się przed domami, ale zachowywały bezpieczną odległość.
– Bardzo przekonujący popis siły, mistrzu Arivaldzie – odezwała się uprzejmie przełożona osady. – Jestem Ellora. Witam pana, kapitanie Sigferdi.
Komendant skłonił lekko głowę. Arivald w milczeniu wyjął z zanadrza pismo.
– Pozwolicie, panowie… – Wiedźma zerwała lakowe pieczęcie przebiegła pismo wzrokiem. – Proszę do mnie – rzekła po chwili. – Będziemy musieli porozmawiać.
Poszli za nią w stronę domu ukrytego za okazałymi jabłoniami, o gałęziach ciężkich od owoców. W powietrzu unosiły się roje os, ale musiały zostać zaklęte, gdyż nawet nie zbliżały się do przechodzących ludzi. Dom Ellory był skromny, lecz utrzymany w niezwykłej wręcz czystości i porządku. Sigferdi rozglądał się nieco zdziwiony. Sądził zapewne, że wejdą do jakiejś ponurej chaty zasnutej oparami i dymem, gdzie ze ścian szczerzą się trupie czaszki zawieszone wśród pęków ziół. Nie mówiąc już o obowiązkowym czarnym kocie oraz kruku.
– Siadajcie, jeśli łaska. – Wiedźma zaprosiła ich do dużego, półokrągłego stołu. – Wina? – zerknęła na kapitana. – A może świeżego mleka?
– Wolałbym wino – rzekł Sigferdi. Arivald skinął głową.
– Nie takie jak w szlacheckich piwnicach, ale nam wystarcza – powiedziała wiedźma – zeszłoroczne z jabłek i wiśni. Może być?
Arivald znowu kiwnął głową. Ellora wyszła na chwilę i wróciła z dzbankiem oraz trzema drewnianymi kielichami. Rozlała trunek, a Sigferdi przed umoczeniem ust zerknął w stronę Arivalda.
– Nie zatrute i nie zaklęte – zauważyła jego wzrok wiedźma – zwyczajne wino.