Wszystko czerwone
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Год: 2013
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszystko czerwone». Краткое содержание книги:
Kolejny telefon niezwykle uprzejmych władz powiadamiał właśnie Alicję o dalszych szczegуłach.
– Został dziabnięty fachowo, od tyłu, jakimś specjalnym, cienkim, ostrym i niezbyt długim sztyletem – powiedziała z westchnieniem, odkładając słuchawkę.
– Rożen…! – wyrwało się Pawłowi.
– Odczep się od rożna, dobrze? – mruknęłam niechętnie.
– Nie żaden rożen, tylko sztylet – odparła rуwnocześnie Alicja. – Możliwe, że sprężynowy, nie wiem, czy istnieją sprężynowe sztylety, ale oni tak podejrzewają. Zaraz tu przyjadą, żeby go poszukać, bo w nocy im się źle szukało. Będzie śledztwo. Jedzcie prędzej.
– Skąd wiedzą, że sztylet, i to sprężynowy, skoro w Edku nic nie było? – spytała Zosia z niesmakiem.
– Ślad wygląda jakoś tam typowo. Jedzcie prędzej…
– Myślisz, że wskazane będzie udławić się do razu, hurtem? Bez tego będą mieli za mało roboty?
– Jedzcie prędzej… – powiedziała z jękiem Alicja, najwyraźniej niezdolna do żadnej myśli poza pragnieniem pozbycia się jakoś nas i stołu, rozstawionego prawie na środku pokoju.
Zjedliśmy prędzej, acz z nikłym apetytem, i doprowadziliśmy pomieszczenie do porządku. Mogliśmy jeść w tempie dowolnie ślamazarnym, duńskie gliny bowiem przyjechały dopiero po pуłtorej godzinie. Ciekawiło mnie, jak też w końcu dadzą sobie z nami radę.
* * *
Wszystkie komplikacje językowe minionej nocy spowodowały, że do prowadzenia śledztwa wytypowany został niejaki pan Muldgaard, bardzo szczupły, bardzo wysoki, bardzo bezbarwny i bardzo skandynawski. Pan Muldgaard, ktуrego stopień służbowy na zawsze pozostał dla nas tajemnicą, posiadał w rodzinie jakichś polskich przodkуw, w związku z czym władał polskim językiem. Istniała nadzieja, że zdoła się z nami jakoś porozumieć. Opanowany przezeń język wydawał się dość oryginalny, zdradzał niekiedy naleciałości jakby biblijne i stał w niejakiej sprzeczności z przyjętą w Polsce powszechnie gramatyką, niemniej jednak dawało się go zrozumieć. Pan Muldgaard rozumiał nas znacznie lepiej niż my jego, co dla władz było bez porуwnania ważniejsze. Wrażenie robił sympatyczne i wszyscy szczerze życzyliśmy mu sukcesуw.
Przyjechał z niewielką grupką wspуłpracownikуw, ktуrych od razu rozproszył po domu i ogrodzie, polecając szukać cienkiego i ostrego przedmiotu ze stali. Nas wszystkich zebrał przy długim, niskim stole w środkowym, największym pokoju, sam ulokował się w fotelu z wielkim notesem w ręku i rozpoczął śledztwo od początku. Alicja została oddelegowana do asystowania przy rewizji, tak więc wokуł stołu siedziały wyłącznie osoby nie znające języka duńskiego. No i pan Muldgaard mуwiący po polsku…
– Azali były osoby mrowie a mrowie? – spytał z uprzejmym, wręcz nieurzędowym zainteresowaniem, przystępując do rzeczy.
Zgodnie wytrzeszczyliśmy na niego oczy. Paweł jakoś dziwnie prychnął. Zosia zastygła z papierosem w jednej i zapalniczką w drugiej ręce. Leszek i Elżbieta, szalenie podobni do siebie, zapatrzyli się w niego nieruchomym wzrokiem z jednakowo nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nikt nie odpowiadał.
– Azali były osoby mrowie a mrowie? – powtуrzył cierpliwie pan Muldgaard.
– Co to znaczy? – wyrwało się Pawłowi z nadzwyczajnym zaciekawieniem.
– Moim zdaniem, on pyta, czy dużo nas było – powiedziałam z lekkim powątpieniem.
– Tak – przyświadczył pan Muldgaard i uśmiechnął się do mnie życzliwie. – Ile sztuki?
– Jedenaście – odparł łagodnie i uprzejmie Leszek.
– Kto były owe?
Przystosowując się z pewnym trudem do formy pytań, niepewni, jakim językiem należy odpowiadać, podaliśmy mu personalia wszystkich obecnych w czasie zbrodni. Pan Muldgaard sobie notował. Uzgodniliśmy czas przeniesienia się na taras i sprecyzowaliśmy stopień zażyłości z Edkiem. Następnie zaczęło się trudniejsze.
– Co robiły one? – spytał pan Muldgaard.
– Dlaczego tylko my? – zaprotestowała Zosia z oburzeniem i pretensją w przekonaniu, iż pytanie odnosi się wyłącznie do kobiet.
– A kto? – zdziwił się pan Muldgaard.
Leszek wykonał w kierunku Zosi uspokajający gest.
– My też – odpowiedział. – On ma na myśli nas wszystkich. Mуwmy po kolei, co kto pamięta.
– Ja nogi – oświadczył stanowczo i bez namysłu Paweł. – Pamiętam same nogi.
– Jakie nogi? – zainteresował się pan Muldgaard.
Paweł popatrzył na niego, jakby nieco stropiony.
– Nie wiem – powiedział niepewnie. – Prawdopodobnie czyste…
Pan Muldgaard przyglądał mu się ze zmarszczoną brwią i w głębokiej zadumie.
– Dlaczego? – spytał stanowczo.
Paweł spłoszył się ostatecznie.
– O rany, nie wiem. No, bo to chyba myją, nie? Tu wszyscy myją nogi…
– Paweł, na litość boską…! – krzyknęła zdenerwowana nagle Zosia. Z ulgą pomyślałam sobie, że co za szczęście, że nie ma tu żadnego z moich synуw.
Pan Muldgaard robił wrażenie człowieka, ktуry cierpliwie zniesie wszystko.
– Dlaczego same nogi? – spytał. – A reszta kadłuba nie?
– Nie – powiedział pospiesznie Paweł. – Na nogach była lampa, a reszta kadłuba była w ciemno.
Wyglądało na to, że sposуb wypowiadania się pana Muldgaarda jest dość zaraźliwy. Nie kryjąc niezadowolenia, Zosia sprуbowała skorygować potomka.
– Paweł, przestań! Ciemno było na gуra kadłuba… Tfu! Powiedzcie to jakoś po polsku.
– Zejdźmy może z tego kadłuba – zaproponował Leszek. – My to panu po prostu pokażemy…
Po dokonaniu prezentacji lampy pan Muldgaard całkiem rozsądnie zażądał odtworzenia dekoracji. Ustawiliśmy krzesła i fotele tak samo jak wczorajszego wieczoru, po czym całe śledztwo przeniosło się na taras. Udało nam się w pewnym stopniu uzgodnić, gdzie kto siedział. Przed oczami stanęły mi buty w czerwonym blasku i postanowiłam się włączyć.
– Panie Leszku, pana i Henryka mamy właściwie z głowy – oświadczyłam bez wahania, po czym zwrуciłam się do pana Muldgaarda: – obaj, ten pan i Henryk Larsen, przez cały wieczуr nie ruszyli się z miejsca, co mogę stwierdzić pod przysięgą. Siedzieli i rozmawiali. Sama widziała.