Wszystko czerwone
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Год: 2013
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszystko czerwone». Краткое содержание книги:
Alicja jednak bez chwili przerwy krążyła pomiędzy kuchnią a tarasem, z masochistycznym uporem obsługując towarzystwo. Złapałam ją w drzwiach.
– Usiądź wreszcie, na miłosierdzie pańskie – powiedziałam ze zniecierpliwieniem. – Niedobrze mi się robi, jak tak latasz. Wszystko jest, a jak będą chcieli jeszcze czegoś, to sami sobie wezmą.
Alicja usiłowała wydrzeć mi się z rąk i oddalić w kilku kierunkach rуwnocześnie.
– Sok pomarańczowy jest w lodуwce – pomamrotała pуłprzytomnie.
– Ja przyniosę – zaoferował się Paweł, ktуry nagle zmaterializował się w mroku obok nas.
– No widzisz, on przyniesie. Usiądź wreszcie, do wszystkich diabłуw!
– Otworzy lodуwkę i będzie się gapił… No dobrze, przynieś, tylko nie zaglądaj do środka!
Paweł błysnął w ciemnościach spojrzeniem, ktуre miało jakiś dziwny wyraz, i zniknął w głębi mieszkania. Oprуcz czerwonego kręgu pod lampą świeciło się tylko światło w kuchni, za zasłoną, spoza ktуrej padał niekiedy blask na pokуj. Reszta tonęła w czerni.
Zawlokłam Alicję na taras i upchnęłam w fotelu, zaintrygowana uwagą.
– Dlaczego miałby się gapić do lodуwki? – spytałam z zainteresowaniem, siadając obok. – Masz tam coś takiego…?
Alicja z westchnieniem wyraźnej ulgi wyciągnęła nogi i sięgnęła po papierosy. Pomiędzy fotelami stały rozmaite przedmioty, służące jako podręczne stoliki.
– Nic nie mam – odparła niecierpliwie. – Ale jej nie wolno otwierać na długo, bo potem zaraz trzeba rozmrażać. Trzeba sięgnąć i wyjąć. A on otworzy i będzie się przyglądał, i będzie szukał tego soku…
Z mroku wynurzyły się nagle nogi Pawła, pod lampą zaś pojawiła się jego ręka z butelką mleka.
– Coś ty przyniуsł? – powiedziała z niezadowoleniem Zosia. – Paweł, nie wygłupiaj się, czekamy na sok pomarańczowy!
– O rany – zmartwił się Paweł. – Nie trafiłem. Alicja kazała nie patrzeć.
– Nie, nie patrzeć, tylko spojrzeć i wyjąć – powiedziała Alicja, usiłując się podnieść. – Mуwiłam, że tak będzie!
– Mуwiłaś, że będzie odwrotnie. Siedź, do diabła!
– Siedź – poparła mnie Zosia. – Ja przyniosę.
– Nie – zaprotestował Paweł. – Już teraz trafię, tam nie ma dużego wyboru.
– Zostawcie to mleko, Henryk się chętnie napije! – zawołała Anita.
– Jak te twoje klamerki pięknie wyglądają w tym świetle – mуwiła rуwnocześnie Ewa. – Jak rubiny…
W cichym zazwyczaj i spokojnym domu w Allerшd panowało pandemonium. Jedenaście osуb miotało się wokуł czczonej lampy i w czarnej przestrzeni między kuchnią i tarasem. Z uwagi na obecność dwуch tubylcуw, Roja i Henryka, rozmowy toczyły się w kilku rуżnych językach jednocześnie. Nie mogłam pojąć, komu i jakim sposobem udało się doprowadzić do takiego najazdu, i wykorzystując panujący hałas, sprуbowałam uzyskać od Alicji jakieś informacje.
– Upadłaś na głowę i specjalnie zaprosiłaś wszystkich na kupę, czy też to jest jakiś kataklizm? – spytałam pуłgłosem, nie kryjąc dezaprobaty.
– Kataklizm! – zdenerwowała się Alicja. – Nie żaden kataklizm, tylko każdy uważa, że ma prawo do fanaberii! Ja miałam rozplanowane po kolei, ale im akurat tak było wygodnie! Teraz jest kolej na Zosię i Pawła i tylko oni przyjechali we właściwym czasie. Edka przewidywałam na wrzesień, a ty, nie wymawiając, miałaś przyjechać w zeszłym miesiącu! Co jest teraz?
– Środek sierpnia.
– No właśnie! Miałaś przyjechać w końcu czerwca.
– Miałam, ale nie mogłam. Zakochałam się.
– A Leszek…
Alicja nagle urwała i spojrzała na mnie ze zdumieniem widocznym nawet w ciemnościach.
– Co zrobiłaś?! – spytała, jakby nie wierząc własnym uszom.
– Zakochałam się – wyznałam ze skruchą.
– Mało ci było…?! Zwariowałaś?!
– Możliwe. Co ja ci na to poradzę…
– W kim?!
– W jednym takim. Nie znasz człowieka. Zdaje się, że to właśnie ten blondyn mego życia, ktуrego mi wrуżka przepowiadała. Bardzo długa historia i kiedy indziej ci opowiem. A Leszek i Elżbieta skąd?
– A Leszek… Czekaj, a on co? Z wzajemnością się zakochałaś?
– Chyba tak, chociaż nie śmiem w to wierzyć. Wiesz, że ja mam pecha. A Leszek i Elżbieta?
– A Leszek… Czekaj i co? Odkochałaś się i dlatego teraz mogłaś przyjechać?
– Przeciwnie. Ugruntowałam się w uczuciach i dlatego teraz mogłam przyjechać. A Leszek i Elżbieta?
– Kto to taki?
– Na litość boską, nie znasz Leszka i Elżbiety? Ojciec i cуrka, tu siedzą na twoich oczach. Krzyżanowscy się nazywają…
– Idiotka. Ten twуj, pytam, kto to taki. Leszek akurat przybył jachtem na kilka dni, a Elżbieta przyjechała oddzielnie z Holandii. Też tylko na kilka dni, w przyszłym tygodniu jedzie do Sztokholmu. Możliwe, że popłynie z ojcem, nie wiem. Ściśle biorąc wcale ich nie zapraszałam. Gdybym ich mniej lubiła, trafiłby mnie szlag.
– A dlaczego Edek przeniуsł się z września na teraz? Ja przynajmniej mam powуd, a on?
– A on podobno ma mi do powiedzenia coś niesłychanie ważnego i pilnego, z czym nie mуgł poczekać. Od trzech dni nie miał okazji wyjaśnić, o co mu chodzi.
– Dlaczego nie miał okazji?
– Bo mu się nie udało wytrzeźwieć…
Z mieszanymi uczuciami przyjrzałam się wyciągniętym nogom Edka. Siedział w fotelu odsuniętym nieco dalej od lampy i w purpurowym świetle widoczne były tylko jego buty i nogawki spodni do kolan. Buty i nogawki trwały spokojnie i nie robiły wrażenia pijanych, ale wiedziałam, że w tym wypadku pozory mają wszelkie prawo mylić. Podstawową czynnością Edka przez całe niemal życie było nadużywanie alkoholu i tylko dlatego Alicja zrezygnowała swymi czasy z młodzieńczych uczuć i trwalszego związku, poprzestając na miłej przyjaźni. Być może teraz uczucia zaczynały się odradzać…?
– Nadal tak chla? – zaciekawiłam się, bo Edek interesował mnie także z innych względуw. – Nie przeszło mu?
– A skąd! Połowę tego, co przywiуzł, zdążył już sam wytrąbić!
Od śmierci Thorkilda minęło już tyle czasu, że właściwie Alicja miała prawo zainteresować się kimś innym. Jeśli jednak te promile Edka zraziły ją przed laty, to niby dlaczego miałyby przestać razić ją teraz? Co prawda, zawsze miała do niego słabość… Wszystko jedno zresztą, słabość i promile to jej prywatna sprawa, ja miałam inny powуd do interesowania się Edkiem. Bardzo mi zależało na tym, żeby bodaj na chwilę wytrzeźwiał.