Majstar i Marharyta [be_lat]
- Автор: Булгаков Михаил Афанасьевич
- Язык: белорусский
- Жанр: Советская классическая проза
Электронная книга - «Majstar i Marharyta [be_lat]». Краткое содержание книги:
Udaviłasia ad płaču, pieraviała duch i pačała havaryć zusim aby-što:
— I piša, piša, piša! Zvarjacieć možna! Havoryć pa telefonie! Harnitur! Usie razbiehlisia, jak zajcy!
Buchhałtar stajaŭ i kałaciŭsia. Ale tut sam los z jaho zlitavaŭsia. U sakratarski pakoj dziełavoju chadoju ŭvachodziła milicyja ŭ asobie dvuch čałaviek. Jak tolki ŭhledzieła ich, pryhažunia zapłakała jašče macniej, pakazała palcam na dzviery ŭ kabiniet.
— Davajcie nie budziem płakać, hramadzianka, — spakojna skazaŭ pieršy, i buchhałtar adčuŭ, što jon tut zusim niepatrebny, vyskačyŭ z sakratarskaha pakoja i praz chvilinu ŭžo byŭ na sviežym pavietry. U hałavie ŭ jaho hulaŭ niejki skrazniak, huło, jak u kominie, a siarod hetaha hudu čulisia abryŭki kapieldynierskich raskazaŭ pra ŭčarašniaha kata, jaki ŭdzielničaŭ u sieansie. „E-hie! Dy ci nie naš heta kocik?”
Pasla taho jak nie dabiŭsia tołku ŭ kamisii, dobrasumlenny Vasil Sciapanavič rašyŭ naviedać filijal, jaki razmiaščaŭsia ŭ Vahańkaŭskim zavułku. I kab krychu supakoicca, pajšoŭ tudy pieššu. Haradski filijal vidoviščaŭ razmiaščaŭsia ŭ abłuplenym starym budynku ŭ hłybini dvara i byŭ znakamity svaimi parfiravymi kałonami ŭ viestybiuli.
Ale nie hetyja kałony ŭražvali naviedvalnikaŭ u toj dzień, a toje, što adbyvałasia pad imi.
Niekalki naviedvalnikaŭ zdrancvieła stajali i hladzieli na zapłakanuju panienku, što siadzieła za stolikam, na jakim lažała spiecyjalnaja vidoviščnaja litaratura, jakuju jana pradavała. U hety momant panienka nikomu ničoha nie prapanoŭvała i ŭ adkaz na spačuvalnyja pytanni tolki admachvałasia, a zvierchu, i znizu, i z bakoŭ, z usich addziełaŭ filijała sypaŭsia zvon sama mała z dvaccaci telefonnych aparataŭ.
Panienka papłakała, raptam skałanułasia, isteryčna ŭskryknuła:
— Voś iznoŭ! — i niespadziavana zaspiavała dryhotkim saprana:
Słavnoje morie sviaščiennyj Bajkal…
Kurjer, jaki pakazaŭsia na lesvicy, pahraziŭ niekamu kułakom i zaspiavaŭ razam z panienkaju hłuchim, ćmianym barytonam:
Słavien korabl, omulevaja bočka!..
Da kurjeravaha hołasu dałučylisia dalokija hałasy, chor pačaŭ razrastacca, i, narešcie, piesnia hrymieła z usich kutkoŭ filijała. U bližejšym pakoi, dzie razmiaščaŭsia padlikova-pravieračny addziel, asabliva vyłučałasia niečaja mahutnaja chrypłavataja aktava. Akampanavaŭ choru tresk telefonnych aparataŭ, jaki ŭsio macnieŭ.
Hiej, barhuzin… pošievielivaj val!.. —
roŭ kurjer na lesvicy.
Slozy ciakli pa tvary ŭ dziaŭčyny, jana sprabavała scisnuć zuby, ale rot raziaŭlaŭsia sam, i jana spiavała na aktavu vyšej, čym kurjer:
Mołodcu byt' niedalečko!
Uražvała aniamiełych naviedvalnikaŭ filijała toje, što charysty, raskidanyja ŭ roznych miescach, spiavali vielmi zładžana, byccam uvieś chor stajaŭ i nie zvodziŭ voč z niabačnaha dyryžora.
Ludzi spynialisia la ahorodžy dvara, dzivilisia z viesiałosci, jakaja panavała ŭ filijale.
Jak tolki pieršy słupok skončyŭsia, spieŭ adrazu scich, nibyta pa zahadzie dyryžora. Kurjer cicha vyłajaŭsia i znik. Tut adčynilisia i hałoŭnyja dzviery, pakazaŭsia hramadzianin u letnim palito, z-pad jakoha vidać byŭ bieły chałat, a pobač z im milicyjanier.
— Doktar, zrabicie što-niebudź, prašu, — isteryčna ŭskryknuła dziaŭčyna.
Na lesvicu vybieh sakratar filijała, jon hareŭ ad soramu i zbiantežanasci, zahavaryŭ zaikajučysia:
— Bačycie, doktar, u nas niejki masavy hipnoz… Dyk voś, nieabchodna… — jon nie dahavaryŭ, pačaŭ davicca słovami i raptam zaspiavaŭ tenaram:
Šiłka i Nierčinsk…
— Durań! — uspieła kryknuć dziaŭčyna, ale nie rastłumačyła, na kaho łajecca, a zamiest hetaha sama zamarmytała i vyvieła pra Šyłku i Nierčynsk.
— Vaźmicie siabie ŭ ruki! Pierastańcie spiavać! — zviarnuŭsia doktar da sakratara.
Jano i tak vidać było, što sakratar addaŭ by što chočacie, kab tolki pierastać spiavać, ale spynicca jon užo nie moh i danios da ludskich vušej u zavułku navinu pra toje, što ŭ nietrach nie začapiŭ jaho pražorlivy zvier i što kula strałka nie zdahnała!
Jak tolki słupok skončyŭsia, dziaŭčyna pieršaju atrymała porcyju valarjanki ad doktara, a potym jon pabieh sledam za sakratarom da inšych — paić i ich.
— Prabačcie, hramadzianačka, — niespadziavana zviarnuŭsia Vasil Sciapanavič da dziaŭčyny, — da vas čorny kot nie prychodziŭ?
— Jaki tam jašče kot? — złosna zakryčała dziaŭčyna. — Asiol siadzić u nas u filijale, asiol! — i dadała da hetaha: — Niachaj čuje! Ja pra ŭsio raskažu!
I sapraŭdy raskazała, što adbyłosia.
Vysvietliłasia, što zahadčyk haradskoha filijała, jaki „daščentu razvaliŭ ablehčanyja zabavy” (hetak skazała dziaŭčyna), pakutavaŭ manijaj arhanizoŭvać roznyja hurtki.
— Načalstva abmanvaŭ! — kryčała dziaŭčyna.
Na praciahu hoda zahadčyk paspieŭ arhanizavać hurtok pa vyvučenni Lermantava, šachmatna-šaškavy, pinh-ponhavy i hurtok konnikaŭ. Na leta pahražaŭ arhanizavać hurtok viesłavannia na presnaj vadzie i hurtok alpinistaŭ. I voś sionnia ranicaj uvachodzić jon, zahadčyk…
— I viadzie pad ruku niejkaha abarmota, — raskazvała dziaŭčyna, — jaki nieviadoma adkul uziaŭsia, u klatčastych štanach, u pabitym piensne… i morda, što hladzieć niemahčyma!
I adrazu ž, jak raskazała dziaŭčyna, usim nazvaŭ jaho jak vydatnaha spiecyjalista arhanizoŭvać charavyja hurtki.
Tvary budučych alpinistaŭ pazmračnieli, ale zahadčyk adrazu zaklikaŭ usich nie žurycca, a spiecyjalist pažartavaŭ, i pasmiašyŭ, i paklaŭsia, što spievy času zabiaruć zusim mała, a karysci ad hetaha budzie ceły voz.
Nu, viadoma, jak raskazvała dziaŭčyna, pieršyja vyskačyli Fanaŭ i Kasarčuk, sama pieršyja ŭ filijale padchalimy, abjavili, što zapisvajucca. Tut i astatnija słužačyja pierakanalisia, što spievaŭ nie pazbiehnuć, daviałosia zapisvacca ŭ hurtok i im. Spiavać vyrašyli ŭ abiedzienny čas, bo astatni zajmali Lermantaŭ i šaški. Zahadčyk, kab pakazać prykład, abjaviŭ, što ŭ jaho tenar, a dalej usio pačałosia jak u strašnym snie. Klatčasty spiecyjalist-charmajstar zakryčaŭ:
— Do-mi-sol-do! — vyvałak sama saramlivych z-za šafaŭ, dzie jany sprabavali ŭratavacca ad spievaŭ, Kasarčuku skazaŭ, što ŭ jaho vyklučny słych, pačaŭ žalicca, skuholić, prasić, kab nie kryŭdzili staroha rehienta-pievuna, stukaŭ kamiertonam pa palcach, paprasiŭ zaspiavać „Słavnoje morie”.
Hrymnuli. I vydatna hrymnuli. Klatčasty sapraŭdy byŭ majstar svaje spravy. Skončyli pieršy słupok. Tut rehient paprasiŭ prabačennia, skazaŭ, što jamu treba na chvilinku — i… znik. Dumali, što i sapraŭdy jon praz chvilinku vierniecca nazad. Ale i praz dziesiać jaho nie było. Uzradavalisia filijalcy — uciok.
I raptam mižvoli zaspiavali druhi słupok, usich pavioŭ za saboj Kasarčuk, u jakoha, moža, i nie było absalutnaha słychu, ale byŭ davoli pryjemny tenar. Praspiavali. Rehienta niama! Pajšli kožny na svajo miesca, ale nie ŭspieli siesci, jak znoŭ mižvoli zaspiavali. A spynicca nie atrymlivałasia. Pamaŭčać chviliny sa try i znoŭ zapiavajuć. Pamaŭčać — i znoŭ! Tut zdahadalisia, što biada. Zahadčyk zamknuŭsia ad soramu ŭ svaim kabiniecie.
Raskaz pierapyniŭsia. Valarjanka nijak nie dapamahała.
Praz čverć hadziny ŭ dvor u Vahańkaŭskim zavułku padjechali try hruzaviki, u jaho zahruzili ŭvieś štat filijała razam z zahadčykam.
Jak tolki mašyna hajdanułasia ŭ varotach i vyjechała ŭ zavułak, słužačyja, jakija stajali ŭ kuzavie i trymalisia za plečy adzin u adnaho, raziavili raty, i zavułak napoŭniŭsia papularnaju piesniaj. Druhi hruzavik padchapiŭ, a za im i treci. Hetak i pajechali. Ludzi na vulicy tolki nieznarok kidali vokam na mašyny i nie zdziŭlalisia, dumali, što heta ekskursija jedzie za horad. Jechali i na samaj spravie za horad, ale tolki nie na ekskursiju, a ŭ kliniku prafiesara Stravinskaha.