Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Jeśli pan się martwi o bezpieczny anestetyk — mówił — to przecież patologia może go opracować, mając do dyspozycji martwy lub uszkodzony, hm, okaz. Chodzi mi o poszukiwania, które pan zarządził. Myślę, że mamy teraz wystarczający powód, by je przeprowadzić. Czy mam…
— Nie!
Teraz już naprawdę wytrzeszczyli na niego oczy. Szczególnie na twarzy O’Mary pojawił się wyjątkowo wyrazisty grymas.
— Zapomniałem panom powiedzieć — rzekł pospiesznie Conway — że znowu rozmawiałem z Summerfieldem. On twierdzi, że ostatnie dane wskazują, iż odnaleziona połowa statku to akurat nie ta, która wyszła z katastrofy w lepszym stanie. Natomiast druga, utrzymuje, nie rozpadła się po całej okolicy, ale zapewne zachowała w na tyle dobrym stanie, że zdołała samodzielnie dolecieć do miejsca przeznaczenia. Widzicie więc, panowie, że poszukiwania nie mają sensu.
Modlił się w duchu, by Skempton się nie opierał ani nie chciał sprawdzić tej wiadomości. Summerfield rzeczywiście odezwał się z wraka, ale jego ustalenia nawet w części nie były tak jednoznaczne, jak to Conway przedstawił. W świetle tego, co teraz wiedział, na myśl o tym, że ekipa Kontrolerów mogłaby przeczesywać tamten obszar, oblał się zimnym potem.
Jednak pułkownik skinął tylko głową i nie kontynuował tematu. Conway odetchnął, niezbyt głęboko, i powiedział szybko:
— Doktorze Prilicla, chciałbym porozmawiać z panem na temat stanu emocjonalnego pacjenta w ciągu ostatnich kilku minut. Ale nie teraz, później. A panom bardzo dziękuję za radę i pomoc…
W gruncie rzeczy więc wyrzucał ich za drzwi, a ich miny świadczyły, że wiedzą o tym. O’Mara na pewno zada kilka dociekliwych pytań dotyczących jego zachowania w tej sprawie, ale na razie Conway nie dbał o to. Kiedy wszyscy wyszli, polecił Kurseddowi, by co pół godziny sprawdzał wygląd pacjenta, a w razie jakiejś zmiany zawołał go. Potem ruszył w kierunku swego pokoju.
V
Conway nieraz psioczył na ciasnotę miejsca służącego mu za sypialnię, przechowalnię paru osobistych drobiazgów oraz miejsce spotkań, dość rzadkich, z kolegami. Tym razem jednak ciasnota owa była pokrzepiająca. Usiadł na łóżku, bo o przechadzaniu się nie było mowy. Zaczął rozszerzać i uzupełniać obraz, który w błysku olśnienia ujrzał podczas pobytu na sali pacjenta.
Przecież od początku wszystko było jasne. Najpierw te obwody sztucznego ciążenia: głupio przeoczył fakt, że nie zawsze musiały być włączone na pełną moc, ale można je było ustawiać na dowolną wartość pomiędzy zerem a pięcioma g. Potem ten system napowietrzania, tylko dlatego mylący, że nie od razu pojął, iż miał on służyć różnym formom życia, a nie tylko jednej. I jeszcze stan rozbitka oraz barwa pancerza zewnętrznego — piękny, alarmujący, dramatyczny kolor pomarańczowy. Ziemskie pojazdy tego rodzaju, nawet naziemne, były zawsze pomalowane na biało.
Był to bowiem ambulans.
Ale każdy statek międzygwiezdny był wytworem rozwiniętej cywilizacji technicznej, która musi obejmować, lub przynajmniej spodziewać się objąć, wiele systemów planetarnych. A kiedy jakaś cywilizacja osiąga punkt, w którym następuje upraszczanie i specjalizacja jednostek, jaką tu napotkano, rasa taka jest naprawdę wysoko rozwinięta. W Federacji Galaktycznej tylko cywilizacje Illensy, Tralthanu i Ziemi osiągnęły ten poziom, a strefy ich wpływów były ogromne. Jak więc jeszcze jedna cywilizacja tej miary mogła tak długo pozostawać w ukryciu?
Conway poruszył się niespokojnie na koi. Odpowiedź na to pytanie też była dla niego oczywista.
Summerfield powiedział, że odnaleziony wrak stanowi bardziej zniszczoną połowę statku. Druga, jak można sądzić, dotarła do najbliższej bazy remontowej. Tak więc fragment, w którym znalazł się rozbitek, został oderwany w trakcie tej awarii, co oznacza, że kierunek lotu sunącego bez napędu odłamka musiał być taki sam jak całego statku przed katastrofą.
Zatem nadlatywał on z planety, która w rejestrach figurowała jako nie zamieszkana. Ale w ciągu tych stu lat od jej zbadania ktoś mógł tam założyć bazę, a nawet kolonię. Ambulans zaś leciał stamtąd w przestrzeń międzygalaktyczną…
Conway pomyślał ponuro, że cywilizację, która przekroczyła przestrzeń z jednej galaktyki, by założyć kolonię na skraju drugiej, trzeba traktować z wielkim szacunkiem. I ostrożnością. Szczególnie że jedyny, jak dotąd, jej przedstawiciel nie mógł być, nawet przy największej dozie dobrej woli, uznany za przyjaznego. Natomiast inni reprezentanci tej cywilizacji, zapewne bardzo zaawansowanej medycznie, mogli bardzo źle przyjąć wiadomość, że ktoś spaprał kurację jednego z ich chorych. Na podstawie danych, którymi obecnie dysponował, Conway uznał, że w ogóle mogą źle przyjąć cokolwiek i kogokolwiek.
Wiedział, że podboje międzygwiezdne są logistycznie niemożliwe. Jednak zasada ta nie dotyczyła prostych aktów agresji, w czasie których niszczy się całkowicie atmosferę jakiejś planety, nie zamierzając jej okupować lub włączać do własnej strefy wpływów. Przypomniawszy sobie ostatni kontakt z pacjentem, zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie natrafiono w końcu na całkowicie nienawistną i wrogą cywilizację.
Nagle zahuczał komunikator. To Kursedd donosił, że pacjent przez ostatnią godzinę zachowywał się spokojnie, ale narośl rozszerzała się gwałtownie i grozi zakryciem jednego z jego otworów oddechowych. Conway odrzekł, że zaraz tam będzie. Polecił, by odszukano doktora Priliclę, po czym ponownie usiadł.
Podejmując przerwany tok myśli, zdecydował, że nie ma prawa mówić komukolwiek o swoim odkryciu. Doprowadziłoby to do wysłania chmary Kontrolerów w celu nawiązania przedwczesnego kontaktu — przedwczesnego z punktu widzenia Conwaya. Obawiał się bowiem, że takie pierwsze spotkanie odmiennych kultur miałoby charakter ideologicznego zderzenia czołowego, a jedyną możliwością osłabienia nieuchronnego wstrząsu byłoby pokazanie przez Federację, że oto jej przedstawiciele uratowali, otoczyli opieką i wyleczyli jednego z międzygalaktycznych kolonistów.
Oczywiście zawsze istniała możliwość, że pacjent nie był typowym przedstawicielem swej rasy — że był umysłowo chory, jak to zasugerował O’Mara. Conway wątpił jednak, czy nieziemcy uznaliby to za wystarczające usprawiedliwienie dla fiaska leczenia. Przeciwko tej koncepcji z kolei przemawiał fakt, że pacjent miał logiczny — dla siebie — powód, by bać się i odnosić wrogo do kogoś, kto chciał mu pomóc. Przez moment Conway rozważał szaloną koncepcję istnienia nieziemskiej moralności, według której reakcją na udzielenie pomocy jest nienawiść, nie zaś wdzięczność. Nawet to, że rozbitka znaleziono w ambulansie, nie rozpraszało wątpliwości. Dla takich jak on pojęcie sanitarki miało implikacje altruistyczne: szlachetny cel i tak dalej. Jednak wiele ras, nawet w Federacji, traktowało chorobę jak defekt fizyczny, którego usuwanie było po prostu naprawą, a nie szczytnym powołaniem.
Wychodząc z pokoju, Conway nie miał najmniejszego pojęcia, jak zabrać się do leczenia. Wiedział też, że nie ma na to zbyt wiele czasu. Na razie Summerfield, Hendricks i inni badający wrak byli zbyt oszołomieni mnogością znaków zapytania, by pomyśleć o czymś więcej. Ale była to tylko kwestia czasu: dni, może nawet godzin, po których wyciągną te same wnioski co on.
Wkrótce potem Korpus Kontroli wejdzie w kontakt z nieziemcami, którzy bez wątpienia zechcą dowiedzieć się o stan swego niedomagającego brata, a do tego czasu ten powinien być albo całkowicie wyleczony, albo na jak najlepszej drodze do tego.