Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
- Автор: Вулф Джин Родман
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-250-0142-1
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:
Popełniłem zapewne jakiś głupi błąd, gdyż nie udało mi się odnaleźć drogi do okrągłego budynku, w którym ja i mały Severian mieliśmy zamiar spędzić noc. Wkrótce jednak natrafiłem na zaciszny zakątek z dala od metalowych strażników; usiadłem na ziemi, przez chwilę rozcierałem obolałe nogi, po czym najlepiej jak mogłem zawinąłem się w koc i płaszcz. Choć zasnąłem niemal natychmiast, bardzo szybko obudził mnie odgłos kroków.
ROZDZIAŁ XXV
TYPHON I PIATON
Jak tylko usłyszałem kroki, zerwałem się z miejsca i obnażyłem miecz, po czym czekałem, skryty w cieniu, przez co najmniej wachtę — tak mi się przynajmniej wydawało, choć jest bardzo prawdopodobne, że trwało to znacznie krócej. Odgłos rozległ się jeszcze dwukrotnie; kroki były lekkie i szybkie, ale mnie nasunął się obraz potężnie zbudowanego, silnego mężczyzny, poruszającego się zwinnie i bez wysiłku.
Tutaj, wysoko w górach, gwiazdy świecą najsilniejszym blaskiem; przypuszczam, że takimi właśnie widzą je żeglarze rozwijający złociste żagle zdolne przykryć cały kontynent. Widziałem nieruchomych strażników równie wyraźnie jak w dzień; to samo dotyczyło otaczających mnie budowli skąpanych w różnobarwnym blasku dziesięciu tysięcy słońc. Często myślimy z przerażeniem o skutych wiecznym lodem równinach Dis, najdalszej towarzyszki naszego słońca, nigdy natomiast nie zastanawiamy się, dla ilu słońc my jesteśmy najdalszymi towarzyszami? Ludzie zamieszkujący Dis (o ile tacy istnieją), pędzą życie w objęciach nie mającej końca, rozgwieżdżonej nocy.
Kiedy tak stałem w cieniu jednego z budynków, niewiele brakowało, żebym ponownie zapadł w sen. Balansując na granicy między snem a jawą martwiłem się o chłopca, gdyż przypuszczałem, że obudziłem go, zrywając się tak gwałtownie z posłania, oraz zastanawiałem się, gdzie znajdę dla niego coś do jedzenia, kiedy wschodni horyzont opuści się na tyle nisko, by odsłonić ukryte za nim słońce. Zaraz potem jednak, niczym noc powracająca nad górzystą krainę, pojawiało się wspomnienie o jego śmierci i pogrążałem się w czarnej rozpaczy. Dopiero teraz pojąłem, co musiała czuć Dorcas po śmierci Jolenty. Między mną a chłopcem nigdy nie doszło do seksualnego zbliżenia — jestem pewien, iż między dziewczętami miało miejsce coś takiego — ale też nie ich cielesna miłość stała się przyczyną mojej zazdrości. Uczucie, jakie żywiłem do małego Severiana, z pewnością dorównywało głębią temu, jakim Dorcas darzyła Jolentę, przewyższało natomiast to, jakim Jolenta odwdzięczała się Dorcas. Gdyby Dorcas zdawała sobie z tego sprawę, przypuszczalnie odczuwałaby czasem zazdrość równą mojej — naturalnie pod warunkiem, że kochałaby mnie tak mocno, jak ja ją.
Kiedy wreszcie kroki umilkły na dobre, ukryłem się najlepiej jak mogłem i ponownie zasnąłem. Liczyłem się poważnie z możliwością, że już nie obudzę się z tego snu albo obudzę się z nożem przystawionym do gardła, ale nic takiego nie nastąpiło. Śniłem o wodzie, obudziłem się zaś długo po świcie, zupełnie sam, zziębnięty i ze zdrętwiałymi mięśniami.
Nic mnie nie obchodziły ani tajemnicze kroki, ani strażnicy, ani pierścień, ani w ogóle nic, co miało jakikolwiek związek z tym przeklętym miejscem. Jedyne, czego pragnąłem, to opuścić je jak najprędzej. Odczułem ogromną ulgę — choć nie miałem pojęcia, dlaczego — kiedy okazało się, że w drodze na północno-zachodnie zbocze góry nie będę musiał ponownie przechodzić obok okrągłego budynku.
Wielokrotnie w moim życiu doznałem uczucia, że tracę zmysły, ponieważ doświadczyłem licznych i niezwykłych przygód, a każda wielka przygoda odciska niezatarte piętno na naszych umysłach. Tak właśnie stało się teraz. Jakiś człowiek, znacznie wyższy i potężniejszy ode mnie, wyłonił się z cienia u stóp jednego z katafraktów; poczułem się tak, jakbym ujrzał na własne oczy, jak któraś z potwornych konstelacji nocnego nieba spadła na Urth i przywdziała ludzkie przebranie. Człowiek ten miał dwie głowy, tak samo jak olbrzym z opowieści zamieszczonej w Cudach Urth i nieba.
Odruchowo chwyciłem za rękojeść miecza i wyciągnąłem go z pochwy, a wówczas jedna z głów roześmiała się głośno. Nigdy przedtem ani potem nie zdarzyło mi się spotkać kogoś, kto zareagowałby w ten sposób na widok tego śmiercionośnego ostrza.
— Czego się boisz? — zapytał mężczyzna. — Z tego, co widzę, jesteś równie dobrze wyposażony jak ja. Jak się nazywa twój przyjaciel?
Zdumienie nie przeszkodziło mi docenić jego śmiałości.
— Terminus Est — odparłem i ustawiłem miecz w taki sposób, aby mógł odczytać napis na ostrzu.
— „Tędy przebiega linia podziału”… Dobre, nawet bardzo dobre, szczególnie tu i teraz, gdyż nasz czas istotnie oddziela stare od nowego. Jeżeli chodzi o mojego przyjaciela, to nazywa się Piaton, co, obawiam się, nie znaczy nic wielkiego. Z pewnością jest gorszym sługą niż twój, choć może lepiej wywiązuje się z roli rumaka.
Usłyszawszy swoje imię, druga głowa szeroko otworzyła półprzymknięte do tej pory oczy i zatoczyła nimi wkoło. Poruszyła także ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
— Możesz już schować broń. Jak widzisz, jestem nie uzbrojony, choć już pozbawiony głowy, a poza tym, nie zamierzam wyrządzić ci krzywdy.
Podniósł obie ręce i odwrócił się najpierw w jedną, potem w drugą stronę, abym mógł przekonać się, że jest zupełnie nagi, co zresztą zdążyłem stwierdzić już wcześniej.
— Czy jesteś może synem martwego człowieka, którego widziałem w okrągłym budynku? — zapytałem.
Mówiąc to schowałem Terminus Est, nieznajomy zaś postąpił krok w moją stronę i powiedział:
— Skądże znowu. Jestem nim we własnej osobie.
Oczami wyobraźni ujrzałem Dorcas unoszącą się w brązowej wodzie Ptasiego Jeziora i ponownie poczułem uścisk jej martwej ręki.
— Czyżbym przywrócił cię do życia? — wykrztusiłem.
— Powiedziałbym raczej, że mnie obudziłeś. Myślałeś, że jestem martwy, podczas gdy ja byłem tylko wyschnięty. Napiłem się jednak do syta i teraz, jak sam widzisz, znowu żyję. Woda to życie, a kąpiel w niej równa się powtórnemu narodzeniu.
— To naprawdę wspaniale, naturalnie jeśli mówisz prawdę, ale ja sam za bardzo potrzebuję wody, żebym mógł się teraz nad tym zastanawiać. Powiedziałeś, że napiłeś się do syta, a z twojego zachowania wnioskuję, że żywisz do mnie przyjazne uczucia. Udowodnij to, proszę. Od dawna niczego nie jadłem ani nie miałem okazji zaspokoić pragnienia.
Głowa, która do tej pory mówiła, uśmiechnęła się szeroko.
— Masz zdumiewającą umiejętność odgadywania moich zamiarów, twój wygląd zaś, a także ubiór budzą moją szczerą aprobatę. Właśnie miałem zamiar zaproponować, żebyśmy odwiedzili miejsce, gdzie jest pod dostatkiem jedzenia i picia. Chodź za mną.
Znajdowałem się już w takim stanie, że poszedłbym za każdym, kto obiecałby mi choć łyk wody. Od tamtej pory wielokrotnie próbowałem sobie wmówić, iż podążyłem za nim wyłącznie z ciekawości albo że miałem nadzieję rozwikłać zagadkę ogromnych katafraktów, ale kiedy sięgam pamięcią do tych chwil, natrafiam jedynie na rozpacz i pragnienie. Ilekroć zamknąłem oczy, pod powiekami natychmiast ukazywały mi się albo wodospad w pobliżu domu Casdoe, albo Fontanna Wróżb w Domu Absolutu, albo wypełniony wodą zbiornik blisko krawędzi urwiska w Thraksie, który wykorzystałem dla zatopienia Vinculi.