Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]

Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:

Severian, wygnany z konfraterni katów za złamanie zasad, dotarł do Thraxu. Obejmuje stanowisko liktora i sumiennie wypełnia obowiązki strzegąc więźniów i ścinając skazańców. Mimo poszukiwań nie zdołał zwrócić Pazura Łagodziciela — klejnot o uzdrawiającej mocy zaczyna mu ciążyć, odbierając spokój i sen. Severian wyczuwa coraz bardziej mrok gromadzący się nad światem, zaczyna wątpić w swoje powołanie, aż wreszcie wbrew rozkazowi archonta daruje życie kobiecie skazanej na uduszenie. Musi uciekać z Thraxu i udaje się na północ, w góry zamieszkane przez istoty, które odrzuciły człowieczeństwo. Rozpoczyna niebezpieczną podróż, która wyjaśni wiele kłębiących się wokół niego tajemnic.
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 74
Перейти на страницу:

Szczerze mówiąc, wcale nie byłem tego pewien, gdyż żelazne koła takich pojazdów zniszczyły nawet wykładane twardymi kamieniami ulice Thraxu i Nessus, ta droga zaś była gładka i równa jak powierzchnia stołu. Całkiem możliwe, że wędrowały nią tylko wiatr i promienie słońca.

— Duży Severianie, patrz! Widzisz rękę?

Chłopiec wskazał górski grzbiet daleko przed nami. Zadarłem głowę, aż poczułem ból w karku, ale początkowo dostrzegłem jedynie to samo, co wszędzie dokoła, to znaczy jałową, szarą skałę. Chwilę później promienie słońca zalśniły na czymś w pobliżu końca grzbietu. Tajemniczy przedmiot błyszczał jak czyste złoto. Wytężywszy wzrok stwierdziłem, że to złoty pierścień, a potem bez trudu wypatrzyłem ogromny, wykuty w skale kciuk oraz pozostałe palce.

Nie mieliśmy pieniędzy, ja zaś doskonale wiedziałem, jak bardzo możemy ich potrzebować, kiedy wreszcie ponownie wejdziemy na zamieszkane tereny, co prędzej lub później musiało nastąpić. Jeżeli nadal mnie szukano, złoto mogło przekonać poszukujących, aby na chwilę przymknęli oczy. Złoto mogło także pomóc małemu Severianowi rozpocząć naukę w jakiejś szacownej konfraterni, bo przecież nie mogłem ciągnąć go ze sobą na tułaczkę. Przypuszczalnie pierścień został wykuty w skale, a następnie pokryty listkami złota, ale nawet te listki, zdrapane z tak dużej powierzchni, musiały przedstawiać ogromną wartość. Poza tym — co prawda odganiałem od siebie te myśli, ale powracały z nie słabnącym uporem — czy cienkie, złote listki mogły przetrwać tyle stuleci? Czy nie powinny złuszczyć się już dawno temu i spłynąć wraz z deszczem i śniegiem? Jeżeli pierścień wykonano z litego złota, to był wart fortunę. Jednak nawet połączone fortuny całej Urth nie wywarłyby na mnie tak kolosalnego wrażenia, jak ta kamienna ręka ze złotym pierścieniem na palcu. Ten, kto kazał ją wykuć w skale, musiał być wręcz niewyobrażalnie bogaty.

Rozmyślając nad tym wszystkim podążałem raźno w górę, a ponieważ miałem znacznie dłuższe nogi, bez trudu wyprzedziłem chłopca. Chwilami droga była tak stroma, iż nie mogłem uwierzyć, aby kiedykolwiek poruszały się po niej ciężkie, wyładowane materiałem skalnym pojazdy. Dwa razy natrafiliśmy na poprzeczne szczeliny; jedna z nich była tak szeroka, że musiałem przerzucić chłopca na drugą stronę, a dopiero potem pokonać ją długim susem. Miałem nadzieję, że przed postojem znajdziemy jeszcze wodę, ale nic takiego nie nastąpiło, a kiedy zapadła noc, wtuliliśmy się w skalną szczelinę, owinięci dwoma kocami i moim płaszczem, i tak zasnęliśmy.

Rankiem obaj odczuwaliśmy pragnienie. Chociaż do jesieni, a zarazem do nadejścia pory deszczowej, zostało jeszcze sporo czasu, powiedziałem chłopcu, że dzisiaj prawie na pewno będzie padać, wyruszyliśmy więc w dobrych nastrojach. On z kolei nauczył mnie, że można oszukać pragnienie trzymając w ustach mały kamyk. Wiatr był znacznie chłodniejszy niż do tej pory, zaczęło też dawać się we znaki rozrzedzone powietrze. Od czasu do czasu droga wyłaniała się z cienia góry i przez chwilę mogliśmy cieszyć się promieniami słońca.

Jednocześnie coraz bardziej oddalała się od pierścienia, aż wreszcie zupełnie straciliśmy go z oczu. O ile mogłem się zorientować, dotarliśmy w pobliże kolan siedzącej postaci. Tutaj nagle napotkaliśmy stromiznę jeszcze większą niż wszystkie, z jakimi mieliśmy do czynienia do tej pory, a kiedy ją pokonaliśmy, naszym oczom ukazało się zbiorowisko smukłych wież; sprawiały wrażenie, jakby wisiały nieruchomo w doskonale przejrzystym powietrzu.

— Thrax! — wykrzyknął chłopiec z taką radością w głosie, że bez trudu domyśliłem się, iż matka często opowiadała mu cudowne historie o tym mieście, a może nawet obiecywała, kiedy opuszczali ubogą chatkę w górach, że właśnie tam się udadzą.

— Nie — odparłem. — To nie jest Thrax. Bardziej przypomina moją Cytadelę z Wieżą Matachina, Wiedźmińcem, Niedźwiedzią Wieżą i Wieżą Dzwonów.

Wytrzeszczył na mnie oczy.

— Ale to także nie jest Cytadela. Byłem w Thraksie wiem, że miasto zostało zbudowane z kamieni, a te wieże są metalowe, tak jak nasze.

— I mają oczy — dodał mały Severian.

Istotnie, miały. W pierwszej chwili pomyślałem, że wyobraźnia płata mi figle, tym bardziej że oczy znajdowały się tylko na niektórych wieżach, ale w porę uświadomiłem sobie, że przecież część budowli jest odwrócona tyłem do nas. Zaraz potem zorientowałem się, iż mają nie tylko oczy, ale również barki i ramiona, i zrozumiałem, że widzimy metalowe figury katafraktów, żołnierzy uzbrojonych od stóp do głów.

— To nie jest prawdziwe miasto — powiedziałem do chłopca. — Natknęliśmy się na strażników Autarchy, czekających w jego objęciach, aby zniszczyć każdego, kto będzie chciał wystąpić przeciwko niemu.

— Czy zaatakują nas?

— Niepokojąca myśl, prawda? Przecież mogliby nas zmiażdżyć niczym myszy. Jestem jednak pewien, że nie zrobią nam krzywdy. To jedynie posągi, duchowi obrońcy pozostawieni dla upamiętnienia jego potęgi.

— Są też duże domy — zauważył mały Severian.

Miał rację. Budynki sięgały zaledwie do pasa metalowym postaciom i dlatego w pierwszej chwili nie zwróciliśmy na nie uwagi. One także przywiodły mi na myśl Cytadelę, gdzie wśród wież wznoszą się budowle, które nigdy nie odważyły się rzucić wyzwania gwiazdom. Być może sprawiło to rozrzedzone powietrze, ale nagle wydało mi się, jakby stalowi mężczyźni zaczęli się z wolna unosić, potem coraz szybciej, wznosząc ręce ku niebu, tak jak my czyniliśmy, nurkując przy świetle pochodni w zbiorniku wody pod Wieżą Dzwonów.

Choć moje buty z pewnością skrzypiały na wychłostanej wiatrem skale, nie mogę sobie przypomnieć tego odgłosu. Przypuszczalnie pochłonął go ogrom góry, dzięki czemu zbliżaliśmy się ku gigantycznym postaciom tak cicho, jakbyśmy stąpali po mchu. Nasze cienie, które zaraz po pojawieniu się leżały za nami długimi krechami, teraz zamieniły się w niewielkie kałuże. Nagle stwierdziłem, że widzę oczy wszystkich gigantów. Próbowałem sobie wmówić, iż początkowo niektóre po prostu przeoczyłem, choć błyszczały wyraźnie w promieniach słońca.

Wreszcie wkroczyliśmy na ścieżkę wiodącą wśród metalowych postaci, a także wśród otaczających je budynków. Sądziłem, że domy te popadły już w ruinę, tak jak budowle w zapomnianym mieście Apu-Punchau, tymczasem, choć pozamykane, tajemnicze i milczące, mogły zostać wzniesione nawet wczoraj. Nigdzie nie było widać pozapadanych dachów, korzenie roślin nigdzie nie obluzowały sześciobocznych kamiennych brył, z jakich postawiono ściany. Wszystkie były pozbawione okien, ich wygląd zaś nie kojarzył mi się ani ze świątyniami, ani z fortecami, grobowcami czy w ogóle z jakimikolwiek znanymi budowlami. Nie miały także żadnych ozdób i z pewnością brakowało im lekkości, ale ich budowniczym nie można było zarzucić braku fachowości, rozmaitość kształtów zaś zdawała się świadczyć o różnorodności funkcji, jakie niegdyś pełniły. Lśniące posągi stały między nimi jakby zatrzymane w marszu nagłym podmuchem lodowatego wiatru i w niczym nie przypominały pomników.

Wybrałem jeden z budynków i powiedziałem chłopcu, że włamiemy się do niego. Jeżeli będzie sprzyjało nam szczęście, znajdziemy tam wodę, a może nawet zakonserwowaną żywność. Okazało się jednak, iż nie byłem w stanie wprowadzić w życie tego ambitnego planu, gdyż drzwi były równie solidne jak ściany, dach zaś tak samo mocny jak fundamenty. Chyba nawet za pomocą siekiery nie udałoby mi się dostać do środka, a nie śmiałem narażać na szwank ostrza Terminus Est. Straciliśmy kilka wacht myszkując w poszukiwaniu wejścia, ale zarówno ten budynek, jak i dwa kolejne pozostały dla nas niedostępne.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)