Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
- Автор: Вулф Джин Родман
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-250-0142-1
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:
— Dlaczego tego nie zrobiłeś?
— Bo uważałem, że trzeba tu silnej ręki, ale musi to być jedna silna ręka, wszystko jedno czyja… Tymczasem akurat wtedy pojawił się ten cudotwórca. Wbrew temu, co twierdzili niektórzy spośród moich ministrów, wcale nie nakłaniał ludzi do nieposłuszeństwa. Już wówczas mieszkałem tutaj, czekając, aż moja rekonwalescencja po zabiegu dobiegnie końca, a ponieważ dotarły do mnie słuchy, że człowiek ów potrafi leczyć różne dolegliwości i likwidować deformacje, kazałem go do mnie sprowadzić.
— Łagodziciel… — szepnąłem. Zaraz potem o mało nie odgryzłem sobie języka, ale było już za późno.
— Rzeczywiście, tak właśnie brzmiało jedno z jego imion. Wiesz może, gdzie jest teraz?
— Umarł przed wieloma chiliadami.
— A jednak w pewien sposób wciąż żyje, jak przypuszczam?
Tak bardzo zdumiała mnie ta uwaga, że pospiesznie zerknąłem na woreczek z ludzkiej skóry, aby sprawdzić, czy nie sączy się przez niego błękitne światło. W tej samej chwili dziób naszej łodzi powędrował w górę i pojazd zaczął szybko nabierać wysokości. Świst rozdzieranego powietrza wzmógł się, a potem zamienił w ogłuszający ryk.
ROZDZIAŁ XXVI
OCZY ŚWIATA
Możliwe, że łódź kierowała się ku światłu, gdy pojawiło się bowiem ono wokół nas, natychmiast się zatrzymała. Tam skąd wyruszyliśmy, dokuczało mi przenikliwe zimno, które jednak okazało się niczym w porównaniu z tym, jakie panowało u celu naszej podróży. Pogoda była bezwietrzna, ale takiego mrozu nie zaznałem nawet podczas najostrzejszej zimy. Usiadłem, a od wysiłku aż zakręciło mi się w głowie.
Typhon jednym susem wyskoczył z łodzi.
— Dawno tutaj nie byłem. Miło jest znowu wrócić do domu. Znajdowaliśmy się w pustej komnacie wykutej w litej skale; rozmiarami dorównywała sali balowej. Typhon skierował się prosto ku dwóm okrągłym oknom w najbardziej oddalonej od nas ścianie. Przypuszczam, że dzieliła je odległość jakichś stu kroków, a każde z nich miało około dziesięciu łokci średnicy. Ruszyłem za nim, by stwierdzić ze zdziwieniem, że jego bose stopy zostawiają wyraźne, ciemne ślady. Dopiero teraz zauważyłem, iż kamienną podłogę pokrywa cienka warstwa śniegu, który dostawał się do wnętrza przez okna. Padłem na kolana, zgarnąłem śnieg obiema rękami i wepchnąłem go do ust.
Nigdy nie miałem okazji skosztować czegoś równie smakowitego. Pod wpływem ciepła panującego w ustach biały puch błyskawicznie rozpuścił się, zamieniając się w przepyszny nektar. Wydawało mi się, że mógłbym trwać tak do końca życia: na kolanach, pochłaniając kolejne garście śniegu. Typhon obejrzał się, zobaczył, co robię, i parsknął śmiechem.
— Zapomniałem, jak bardzo jesteś spragniony. Dalej, nie krępuj się. Mamy mnóstwo czasu. To, co chciałem ci pokazać, może trochę poczekać.
Piaton także poruszył ustami, jak kilka razy do tej pory. Odniosłem wrażenie, że na jego twarzy pojawił się wyraz współczucia. To pozwoliło mi wrócić do równowagi — poza tym, zaspokoiłem już pierwsze pragnienie. Mimo to nadal klęczałem, zgarniając śnieg z posadzki.
— Nie powiedziałeś mi jeszcze, dlaczego Piaton nie mówi.
— Ponieważ nie może nabrać tchu w piersi, biedaczysko — odparł Typhon. Dostrzegłem, że ma erekcję, i że przesuwa ręką po swoim nabrzmiałym narządzie. — Jak już wspomniałem, kontroluję wszystkie odruchy warunkowe naszego wspólnego ciała, ale już niedługo przejmę także kontrolę nad bezwarunkowymi. Tak więc, mimo że biedny Piaton może poruszać językiem i ustami, przypomina muzyka, który przebiera palcami po przyciskach trąby, w którą nie jest w stanie zadąć. Powiedz mi, kiedy już nasycisz się tym śniegiem, a wtedy wskażę ci miejsce, gdzie będziesz mógł się najeść.
Wepchnąłem do ust kolejną garść i szybko przełknąłem.
— Teraz mi wystarczy. Rzeczywiście, jestem bardzo głodny.
— To dobrze — odparł, po czym odwrócił się od okien, by podejść do jednej z bocznych ścian komnaty. Kiedy ja także się tam zbliżyłem, przekonałem się, iż wcale nie jest wyciosana ze zwykłego kamienia, lecz zrobiona z czegoś w rodzaju kryształu albo grubego, przydymionego szkła. Widziałem przez nią bochenki chleba oraz wiele niezwykłych potraw — wszystko nieruchome i doskonałe jak martwa natura na obrazach.
— Masz przy sobie magiczny talizman o wielkiej mocy — ciągnął Typhon. — Musisz mi go oddać, żebyśmy mogli otworzyć tę szafę.
— Obawiam się, że nie rozumiem, o czym mówisz. Czyżbyś chciał dostać mój miecz?
— Chcę dostać to, co nosisz na szyi — odparł wyciągając rękę w kierunku woreczka. Cofnąłem się o krok.
— Nie ma w nim już żadnej mocy.
— A więc nie poniesiesz żadnej straty. Daj mi go.
Głowa Piatona niemal niedostrzegalnie poruszyła się z boku na bok.
— To jedynie ciekawostka — powiedziałem. — Kiedyś istotnie wydawało mi się, że drzemie w nim wielka siła, ale kiedy spróbowałem z jego pomocą ocalić życie pewnej pięknej, umierającej kobiecie, niczego nie osiągnąłem, wczoraj zaś nie pomógł także chłopcu, który towarzyszył mi w podróży. Skąd wiesz, że mam go przy sobie?
— Obserwowałem was. Wspiąłem się na tyle wysoko, żeby was widzieć. Kiedy mój pierścień zabił chłopca, a ty podbiegłeś do niego, zobaczyłem święty ogień. Jeżeli nie chcesz, wcale nie musisz dać mi go do ręki. Wystarczy, że zrobisz dokładnie to, co ci powiem.
— Zatem mogłeś nas ostrzec.
— Dlaczego miałbym to uczynić? Wtedy jeszcze nic dla mnie nie znaczyliście. No więc jak, jesteś głodny czy nie?
Wyjąłem klejnot z ukrycia. Bądź co bądź widzieli go Dorcas i Jonas, a Peleryny podobno od czasu do czasu wystawiały go na pokaz w ozdobnej monstrancji. Leżał na mojej dłoni jak kawałek niebieskiego szkła, pozbawiony jakiegokolwiek blasku.
Typhon nachylił się, przyglądając mu się uważnie.
— Nie robi wielkiego wrażenia. A teraz uklęknij.
Ukląkłem.
— Powtarzaj za mną: przysięgam na wszystko, co reprezentuje ten talizman, że w zamian za żywność, którą otrzymani, już na zawsze pozostanę niewolnikiem tego, którego znam pod imieniem Typhon…
Zaczął oplatać mnie czar, przy którym urok rzucany przez Decumana wydawał się nieskończenie prymitywny. Ten był tak subtelny, że prawie niewyczuwalny, choć jednocześnie zdawałem sobie sprawę, iż ma twardość najszlachetniejszej stali.
— …służąc mu całym sobą oraz wszystkim, co posiadam i kiedykolwiek będę posiadał oraz że składam swoje życie i śmierć w jego rękach.
— Łamałem już różne przysięgi, tej więc także nie zawaham się złamać — ostrzegłem go.
— W takim razie złóż ją. To jedynie formalność, której musimy dopełnić. Złóż ją, a ja uwolnię cię natychmiast, jak tylko najesz się do syta.
Podniosłem się z klęczek.
— Niedawno wspomniałeś, że kochasz prawdę. Teraz rozumiem, dlaczego: twoja prawda zniewala ludzi.
Powiedziawszy to, schowałem Pazur do woreczka.
Gdybym tego nie uczynił, klejnot przepadłby na zawsze, gdyż Typhon chwycił mnie wpół, przyciskając ramiona w taki sposób, aby uniemożliwić mi sięgnięcie po miecz i pobiegł ku jednemu z okien. Walczyłem ze wszystkich sił, ale mogłem wskórać tyle, co szczenię trzymane w ręku przez dorosłego mężczyznę.
Z bliska okno było tak wielkie, że przestało przypominać okno. Odniosłem wrażenie, jakby część zewnętrznego świata wdarła się do komnaty i to część składająca się nie z pól oraz drzew porastających podnóże góry, lecz z błękitnego, niczym nieograniczonego nieba. Gruba na niecały łokieć, kamienna ściana przemknęła gdzieś na granicy mojego pola widzenia, podobna do zamazanej linii oddzielającej wodę od powietrza, jaką widzimy płynąc z otwartymi oczami.