Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
- Автор: Вулф Джин Родман
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-250-0142-1
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:
Po lewej stronie mieliśmy zbocze, na które zaczęliśmy się wspinać poprzedniego dnia, nieco dalej leżała przykryta zielonym płaszczem dżungli przełęcz, jeszcze dalej natomiast, spowita w półprzeźroczystą zasłonę z niebieskawej mgły, wznosiła się góra, na której Becan i Casdoe postawili swój dom. Co jakiś czas odwracałem się, usiłując go dojrzeć albo choć w przybliżeniu ustalić jego położenie. Wreszcie dostrzegłem coś, co przypominało pionową ścianę urwiska, po której niedawno schodziłem, przedzieloną pośrodku cieniutką nitką spadającej wody.
Wówczas zatrzymałem się i spojrzałem na szczyt góry, po której zboczu wędrowaliśmy. Teraz bez trudu widziałem całą głowę oraz wieńczącą ją mitrę ze śniegu, trochę niżej zaś fragment lewego ramienia, gdzie bez trudu zmieściłoby się tysiąc kawalerzystów.
Chłopiec wysforował się do przodu, ale nagle stanął jak wryty, wyciągnął rękę i krzyknął coś, czego nie zrozumiałem. Wskazywał na budynki i metalowe postaci zbrojnych. Minęła dłuższa chwila, zanim zorientowałem się, o co mu chodzi: ich twarze były skierowane w naszą stronę, tak samo jak rano, kiedy wyruszyliśmy w drogę, co oznaczało, że gigantyczne posągi poruszały głowami. Ich oczy wpatrywały się w słońce.
— Widzę! — zawołałem do chłopca.
Dotarliśmy już do przegubu, mając przed sobą niewielki płaskowyż ręki, znacznie szerszej i bezpieczniejszej od ramienia. Mały Severian wysforował się jeszcze bardziej naprzód. Pierścień był na serdecznym palcu, dłuższym i grubszym niż pień najpotężniejszego drzewa. Chłopiec wbiegł na niego, bez najmniejszego trudu utrzymując równowagę, błyskawicznie dotarł do pierścienia i wyciągnął obie ręce, aby go dotknąć.
W tym momencie błysnęło światło, bardzo jasne, choć nie oślepiające. Ponieważ było lekko zabarwione fioletem, w blasku dnia wydawało się niemal ciemnością.
Ciało małego Severiana natychmiast sczerniało niczym kawałek tkaniny rzucony w szalejący ogień. Myślę, że przez chwilę żył jeszcze, gdyż poderwał raptownie głowę i rozkrzyżował ramiona. W niebo buchnął kłąb dymu, porwany natychmiast przez wiatr, a potem zwęglone zwłoki runęły w szczelinę między palcami.
Mimo że widziałem wiele egzekucji wykonywanych przy użyciu ognia, a nawet sam posługiwałem się rozpalonym żelazem (wśród miliarda moich wspomnień jednym z najbardziej wyrazistych jest widok przypiekanych policzków Morwenny), to musiałem stoczyć ze sobą długą walkę, zanim wreszcie zdecydowałem się podejść i spojrzeć na to, co z niego zostało.
W wąskiej szczelinie leżało mnóstwo kości, ale wszystkie były bardzo stare, tak że kiedy zeskoczyłem z grzbietu palca, trzaskały mi pod nogami tak samo jak te, które znajdywałem w alejkach naszej nekropolii. Wyjąłem z ukrycia Pazur.
Gdy czyniłem sobie wyrzuty, że nie spróbowałem z niego skorzystać podczas bankietu u Vodalusa, kiedy przyniesiono ciało Thecli, Jonas zbeształ mnie mówiąc, że jestem głupcem i że nawet cudowna siła Pazura nie zdołałaby przywrócić życia czemuś, co było już tylko upieczonym mięsem. Teraz przemknęła mi przez głowę myśl, że jeśli uda mi się wskrzesić małego Severiana, to mimo ogromnej radości, jaką by mi to sprawiło, zaprowadziłbym go w jakieś bezpieczne miejsce, a następnie poderżnął sobie gardło ostrzem Terminus Est. Oznaczałoby to bowiem, iż mogłem także ożywić Theclę, a ona przecież, choć martwa na wieki, stanowiła obecnie cząstkę mej osobowości.
Przez chwilę wydawało mi się, że powietrze drży wokół mnie, wypełnione świetlistym cieniem albo mroczną poświatą, potem zaś ciało chłopca zamieniło się w czarny popiół poruszany niespokojnymi podmuchami wiatru.
Wstałem, schowałem Pazur i zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób mógłbym wydostać się na któryś z palców, a potem na wierzch ręki. Ostatecznie musiałem postawić Terminus Est przy skalnej ścianie, stanąć na jego rękojeści, podciągnąć się na rękach, następnie zaś położyć na brzuchu i sięgnąć w dół najdalej jak potrafiłem, by złapać go za gałkę i wyciągnąć ze szczeliny. Moja pamięć była równie dobra jak zawsze, krótkotrwałemu zaburzeniu uległo zaś funkcjonowanie mego umysłu, gdyż wydawało mi się, że mały Severian i Jąder — chłopiec z zapuchniętym okiem, który mieszkał wraz z umierającą siostrą w lepiance w najwyżej położonej części Thraxu — są tą samą osobą. Tego, który tyle dla mnie znaczył, nie zdołałem ocalić, a wyleczyłem tego, który znaczył tak niewiele. Bez wątpienia była to obronna reakcja umysłu usiłującego znaleźć jakąś kryjówkę, aby przeczekać burzę szaleństwa, lecz mnie wydawało się, iż dopóki Jąder żyje, chłopiec, któremu matka nadała imię Severian, nie może naprawdę umrzeć. Miałem zamiar przystanąć na krawędzi ręki i spojrzeć za siebie, ale nie uczyniłem tego — prawdę mówiąc obawiałem się, że zawrócę i rzucę się w przepaść. Zatrzymałem się dopiero przy wąskich schodach prowadzących stromo w dół, do płaskiego terenu na kolanach gigantycznego posągu. Tu usiadłem, a następnie jeszcze raz odszukałem w oddali urwisko, u którego podnóża stał domek Casdoe. Myślałem o ujadającym brązowym psie — zachował się jak tchórz, kiedy przyszło alzabo, ale potem zginął z kłami zatopionymi w ciele zoantropa, podczas gdy ja, jeszcze większy tchórz, ociągałem się z przyłączeniem do walki. Myślałem o zmęczonej, pięknej twarzy Casdoe, o chłopcu wyglądającym zza jej spódnicy oraz o starym mężczyźnie siedzącym ze skrzyżowanymi nogami przy ogniu i wspominającym Fechina. Wszyscy już nie żyli: Severa i Becan, których nawet nie zdążyłem poznać, starzec, pies, Casdoe, mały Severian, a nawet Fechin. Zniknęli we mgle spowijającej dni naszego życia. Wydaje mi się, że czas jest namacalną rzeczą, przypominającą ciągnący się bez końca płot, którego metalowe słupki oznaczają kolejne lata; płyniemy wzdłuż niego jak Gyoll, z każdą chwilą coraz bardziej zbliżając się do oceanu, skąd możemy wrócić już tylko pod postacią deszczu.
Siedząc na ramieniu ogromnego posągu dowiedziałem się, na czym polega pragnienie pokonania czasu, pragnienie, w porównaniu z którym rządzą podbicia odległych słońc stanowi jedynie małą, śmieszną ambicyjkę wystrojonego w pióra wodza jakiegoś dzikiego plemienia, snującego plany podboju terenów należących do sąsiedniego szczepu.
Trwałem bez ruchu aż do chwili, gdy poszarpany zachodni horyzont niemal sięgnął krawędzi gasnącego słońca. Wędrówka schodami w dół powinna być znacznie łatwiejsza niż niedawna wspinaczka, ale pragnienie dawało mi się już mocno we znaki, a każdy krok wywoływał ostre ukłucie bólu w kolanach. Ciemność coraz bardziej gęstniała, zerwał się też lodowaty wiatr. Jeden koc spłonął razem z chłopcem, zawinąłem się więc w drugi, na wierzch zaś narzuciłem płaszcz.
Mniej więcej w połowie drogi zatrzymałem się dla zaczerpnięcia tchu. Z minionego dnia pozostała jedynie czerwonobrązowa poświata z najwyższym trudem przelewająca się nad skalnymi graniami, które dzieliły mnie od zachodniego horyzontu. Wkrótce ona także zniknęła, a wówczas każdy z metalowych katafraktów podniósł rękę w milczącym salucie. Uczynili to wszyscy jednocześnie i bez najmniejszego odgłosu, tak że gdybym ujrzał ich dopiero teraz, łatwo mógłbym uwierzyć, iż od wieków trwają właśnie w takiej pozie.
Zdumienie pozwoliło mi zapomnieć na jakiś czas o rozpaczy. Stałem tak jak oni, bez najmniejszego ruchu, nie śmiać nawet głębiej odetchnąć. Noc błyskawicznie spływała z górskich szczytów, ale zanim otuliła mnie swymi skrzydłami, dojrzałem jeszcze, jak gigantyczne ramiona bezszelestnie powracają na poprzednie miejsce.
Wciąż oszołomiony wkroczyłem między budynki stojące w objęciach wykutej w górze postaci. Co prawda byłem świadkiem, jak jeden cud nie zadziałał, ale za to widziałem inny, a nawet pozornie bezużyteczny cud stanowi niewyczerpane źródło nadziei, ponieważ udowadnia nam, że nie rozumiemy wszystkiego, a tym samym nie zdajemy sobie sprawy, że nawet nasze porażki — tylekroć liczniejsze od mało istotnych sukcesów — także mogą mieć jakieś ukryte znaczenie.