Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]

Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:

Severian, wygnany z konfraterni katów za złamanie zasad, dotarł do Thraxu. Obejmuje stanowisko liktora i sumiennie wypełnia obowiązki strzegąc więźniów i ścinając skazańców. Mimo poszukiwań nie zdołał zwrócić Pazura Łagodziciela — klejnot o uzdrawiającej mocy zaczyna mu ciążyć, odbierając spokój i sen. Severian wyczuwa coraz bardziej mrok gromadzący się nad światem, zaczyna wątpić w swoje powołanie, aż wreszcie wbrew rozkazowi archonta daruje życie kobiecie skazanej na uduszenie. Musi uciekać z Thraxu i udaje się na północ, w góry zamieszkane przez istoty, które odrzuciły człowieczeństwo. Rozpoczyna niebezpieczną podróż, która wyjaśni wiele kłębiących się wokół niego tajemnic.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 74
Перейти на страницу:

— Z tyłu jest taki okrągły dom — powiedział mały Severian. — Pójdę go obejrzeć.

Pozwoliłem mu, ponieważ byłem pewien, że w tym opuszczonym mieście nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Ku memu zdziwieniu, wrócił niemal natychmiast.

— Drzwi są otwarte!

ROZDZIAŁ XXIV

TRUP

Nigdy nie dowiedziałem się, jakim celom miały służyć bezokienne budynki. Ten, do którego zaprowadził mnie chłopiec, także stanowił zagadkę. Był okrągły, nakryty kopułą, o metalowych ścianach — nie ciemnych, jak w Cytadeli, ale lśniących niczym wypolerowane srebro. Zastanowiło mnie, że do tej błyszczącej budowli prowadziło kilkanaście stopni, podczas gdy gigantyczne podobizny katafraktów odzianych w starożytne zbroje stały bezpośrednio na ulicy. Wszystkie drzwi, jakie znaleźliśmy obchodząc rotundę dokoła (było ich pięcioro), stały otworem. Na podstawie wyglądu posadzki w ich bezpośrednim sąsiedztwie starałem się ocenić, czy otwarto je przed wiekami czy też całkiem niedawno, ale na tak znacznej wysokości gromadzi się bardzo mało kurzu, nie doszedłem więc do żadnych konkretnych wniosków. Po zakończeniu obchodu nakazałem chłopcu, żeby trzymał się z tyłu, i jako pierwszy wkroczyłem do środka.

Nic się nie stało. Nawet kiedy chłopiec ruszył za mną, drzwi się nie zatrzasnęły, nikt nas nie zaatakował, nie nastąpiło żadne wyładowanie energii, a podłoga nie zapadła się pod naszym ciężarem. Mimo to miałem wrażenie, że znaleźliśmy się w pułapce; na zewnątrz, na zboczu góry, byliśmy wolni, choć głodni i spragnieni, tutaj natomiast o żadnej wolności nie mogło być mowy. Gdyby nie mały Severian, chyba odwróciłbym się i wziął nogi za pas. Nie chciałem jednak, by uznał mnie za tchórza albo człowieka przesądnego, a poza tym czułem się w obowiązku poszukać wody i żywności.

W budynku znajdowało się wiele urządzeń, których nie potrafię w żaden sposób nazwać. Z pewnością nie były to ani meble, ani skrzynie, ani maszyny — przynajmniej nie takie, jakie potrafiłbym rozpoznać. Większość miała niezwykłe, skomplikowane kształty; w paru dostrzegłem wgłębienia, jakby przeznaczone do tego, żeby w nich siedzieć, choć ten, kto by tego spróbował, musiałby znosić znaczne niewygody, a w dodatku byłby zwrócony twarzą nie do towarzyszy, a do jakiejś części urządzenia. Inne wgłębienia, nieco większe, sprawiały wrażenie, jakby były nawet dość wygodne.

Przedmioty te stały wzdłuż zbiegających się centralnie alejek, przypominających szprychy ogromnego koła. Na końcu alejki, w którą weszliśmy, dostrzegłem jakiś czerwony obiekt, na nim zaś brązowy, znacznie mniejszy. Początkowo nie wzbudziły mego zainteresowania, ale kiedy przekonałem się, że przedmioty zgromadzone po obu stronach przejścia nie przedstawiają dla nas żadnej wartości, ale i nie stanowią zagrożenia, poprowadziłem chłopca w tamtą stronę.

* * *

Czerwony obiekt okazał się wymyślną kanapą zaopatrzoną w pasy, którymi można by przypiąć do niej więźnia, oraz w mnóstwo przyrządów służących najprawdopodobniej dostarczaniu pożywienia i usuwaniu odchodów. Stała na niewielkim podium, na niej zaś spoczywało coś, co kiedyś było ciałem człowieka o dwóch głowach. Suche górskie powietrze sprawiło, że zwłoki uległy mumiflkacji, ale, podobnie jak w przypadku budynków, nie sposób było stwierdzić, czy leżą tu od roku, czy od tysiąca lat. Mężczyzna znacznie przewyższał mnie wzrostem — kto wie, może nawet należał do arystokracji — i był niegdyś potężnie umięśniony; teraz mógłbym jednym ruchem oderwać mu całe ramię. Nie miał na sobie ubrania, a choć wiedziałem z doświadczenia, jak istotnym zmianom ulegają nieraz narządy prokreacyjne, to jednak zdziwiłem się, widząc je w niemal całkowitym zaniku. Na obu głowach zachowały się resztki włosów — odniosłem wrażenie, iż te na prawej były czarne, natomiast te na lewej płowożółte. Trup miał zamknięte oczy i rozchylone usta, w których widać było kilka zębów. Zauważyłem, że pasy, które powinny przytrzymywać tę istotę, były rozpięte.

Jednak znacznie większe zainteresowanie niż dwugłowy człowiek wzbudziły we mnie przyrządy, które kiedyś dostarczały mu pożywienia. Powtarzając sobie w myślach, że starożytne maszyny bywają często nadspodziewanie trwałe oraz że te akurat przebywały w najlepszych warunkach, jakie można sobie wymarzyć, kręciłem po kolei wszystkimi pokrętłami i poruszałem dźwigniami w nadziei, iż uda mi się wydobyć z nich choć trochę żywności. Chłopiec przez dłuższą chwilę przyglądał mi się w milczeniu, po czym zapytał, czy grozi nam śmierć głodowa.

— Nie — odparłem. — Bez jedzenia można wytrzymać znacznie dłużej, niż myślisz. Dużo bardziej potrzeba nam wody, ale nawet jeśli jej tutaj nie znajdziemy, to już wkrótce dotrzemy do granicy wiecznego śniegu.

— Dlaczego on umarł?

Z jakiegoś powodu nie mogłem się zmusić, żeby dotknąć trupa, natomiast chłopiec przesunął pulchnymi palcami po wyschniętym ramieniu.

— Każdy musi kiedyś umrzeć. Dziwne, że taki potwór w ogóle żył. Tacy jak on zazwyczaj umierają zaraz po urodzeniu.

— Myślisz, że inni zostawili go tutaj, kiedy odchodzili?

— Żywego? Całkiem możliwe. Przypuszczalnie nie chcieli wziąć go ze sobą na niziny albo on nie chciał iść, albo przywiązali go do tej kanapy, aby ukarać za złe zachowanie. Nie zdziwiłbym się, gdyby był szalony albo często ulegał atakom wściekłości. Zapewne spędzał swoje ostatnie dni wędrując po zboczu góry i wracał tu po to, aby się najeść i napić, aż wreszcie umarł, kiedy skończyły się zapasy wody i żywności.

— Skoro tak, to znaczy, że niczego tutaj nie znajdziemy — zauważył trzeźwo chłopiec.

— Słusznie. Nie wiemy jednak, czy na pewno tak właśnie się stało. Może umarł z jakiegoś innego powodu, na długo przed wyczerpaniem się zapasów? Poza tym wcale nie musiał być maskotką ludzi, którzy rzeźbili górę, bo dlaczego mieliby go umieszczać w miejscu zapełnionym tak skomplikowanymi urządzeniami? Zresztą to i tak nie ma znaczenia, bo jestem pewien, że nie uda mi się uruchomić tej maszyny.

— Chyba powinniśmy zejść niżej — powiedział mały Severian, kiedy wychodziliśmy z budynku.

Obejrzałem się, a przez moją głowę przemknęła myśl, jak dziecinne były moje niedawne obawy. Drzwi nadal stały otworem, nic się nie poruszyło, nic się nie zmieniło. Nawet jeśli rotunda została pomyślana jako pułapka, to przestała działać wiele stuleci temu.

— Też tak uważam — odparłem. — Jednak zwróć uwagę, że dzień ma się już ku końcowi. Widzisz, jakie długie są nasze cienie? Nie chcę, żeby noc zastała nas podczas schodzenia po stromym stoku, chyba więc najpierw sprawdzę, czy uda mi się dotrzeć do pierścienia, który widzieliśmy dziś rano. Być może zdobędziemy nie tylko złoto, ale i wodę. Noc spędzimy w tym okrągłym budynku, a jutro o pierwszym brzasku ruszymy w dół po północnym zboczu góry.

Skinął głową, po czym bez wahania ruszył za mną na poszukiwanie ścieżki wiodącej do skarbu. Musieliśmy wrócić na południowe ramię kolosa, a więc niemal cofnąć się w kierunku, z którego przybyliśmy. Obawiałem się, że czeka nas uciążliwa wspinaczka, a tymczasem w miejscu, gdzie ramię wyrasta z barku, natrafiliśmy na to, co przydałoby nam się znacznie wcześniej: wąskie, ale całkiem wygodne schody. Były tak długie, że musiałem wziąć chłopca na ręce, aby zanadto nie opadł z sił.

Samo ramię okazało się mieć bardzo gładką powierzchnię, lecz zarazem było tak szerokie, iż nie istniało niebezpieczeństwo upadku — naturalnie pod warunkiem, że szło się samym środkiem, zachowując należną ostrożność. Postawiłem chłopca na wyślizganej skale, wziąłem go za rękę i raźno ruszyliśmy naprzód.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)