Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 152
Перейти на страницу:

– To prawda. – Kowal założył ręce na piersi, potężne muskuły napięły się pod kamizelką. – Nie powinienem się cieszyć, ale...

Przez chwilę jego spojrzenie stało się nieobecne, jakby próbował zebrać myśli, których sam nie był do końca świadom.

– ... ale dziś rano przeszedłem na drugą stronę tej góry, spojrzałem na dolinę, którą mamy przebyć, i nagle dotarło do mnie, że... że za kilka dni mogę postawić stopę na wyżynie. W domu. Dzięki wam przebyliśmy już ponad połowę drogi, może nawet dwie trzecie, a nie sądziłem, że w ogóle wyjedziemy spod zamku. I wtedy nagle przypomniałem sobie o tych wszystkich rzeczach, o których wam teraz mówię, i zrozumiałem, że tu – dotknął piersi – tu w środku tęsknię za tym jak za pierwszym oddechem. Więc przyszedłem podziękować.

Kenneth chrząknął.

– Nie lepiej poczekać, aż będziemy na miejscu?

And’ewers uśmiechnął się niespodziewanie łagodnie.

– Nie. Wtedy może być trudniej. I jeszcze jedno, tu gdzie stoicie, zacznie się rampa, po której wozy będą wjeżdżać na górę, więc gdybyście mogli...

– Już się usuwamy.

– Dobrze. Odesłaliśmy ciało waszego żołnierza razem z pismem do twierdzy. Dotrze tam pewnie jutro wieczorem.

– Dziękuję.

* * *

Przejście przez górę prowadziło na krawędź łagodnej doliny, którą musieli przebyć, by wąwozem między dwoma szczytami wydostać się na kolejną grań. Czerwone Szóstki zostawiły za sobą przesączającą się przez szczelinę karawanę i wyszły dobre dwie mile w przód. Z Kennethem szedł cały oddział, Wozacy nie mogli tu zabłądzić.

Dolina była szeroka na dobre trzy mile, potem jeszcze mila wąwozem, gdzie trzeba będzie pousuwać trochę kamieni i głazów, i kolejna grań, tym razem wąska i ostra jak brzytwa. Ta grań go niepokoiła, bo na mapie oznaczono ją jako wyjątkowo niebezpieczną, ale bardziej martwił się wąwozem i okolicznymi mieszkańcami.

To, że ktoś tu w ogóle przebywa, odkryli nocą, gdy stali u wylotu ze szczeliny i obserwowali światełka zapalające się po przeciwnej stronie doliny. Naliczyli osiem, wszystkie w pobliżu wejścia do wąwozu, co sugerowało, że mogą ich tam czekać kłopoty. W takim miejscu nawet nieliczna grupka napastników mogłaby zatrzymać – albo przynajmniej poważnie opóźnić – pochód Verdanno.

Porucznik nie sądził, by byli to zbóje. Rabusie są trochę jak terytorialne zwierzęta: żeby przeżyć, muszą się trzymać miejsc, które zapewniają im egzystencję, okolic wiosek, szlaków handlowych, nawet miast. Każdy herszt, który poprowadziłby swoją bandę tak daleko od kupców i chłopów, w miejsce, gdzie w promieniu dwudziestu mil nie ma żadnej osady, szybko przestałby być hersztem. Nie, właścicielami ognisk byli najpewniej jacyś „tutejsi”.

„Tutejsi” byli stałym elementem każdych gór. Zapomniane przez bogów i poborców podatkowych doliny, niedostępne płaskowyże, dzikie lasy, oprócz miejscowej fauny obradzały także ludźmi. Ludźmi, którzy czasem nie wiedzieli nawet, co to Imperium Meekhańskie, którzy nieraz latami nie utrzymywali kontaktów ze światem zewnętrznym, mówili dziwnymi narzeczami, a nawet zupełnie obcymi językami. W miarę jak Imperium umacniało władzę na pograniczu, „tutejsi” albo usuwali się w cień, albo asymilowali, lecz wschodni kraniec Olekadów uchodził za tereny dziksze niż Wielki Grzbiet na północy. Nie było tu nic, co przyciągałoby osadników, więc grupy półdzikich górali miały się całkiem nieźle.

Niekiedy „tutejsi” byli potomkami plemion i ludów mieszkających na tych terenach w czasach, zanim jeszcze powstał Stary Meekhan, kiedy indziej powstawali z band uciekinierów, którzy szukali własnego miejsca na ziemi. Zawsze jednak pozostawali niechętni i nieufni w stosunku do obcych, hołdowali własnym zwyczajom, a bywało, że bezlitośnie zabijali każdego intruza, który wkroczył na ich teren. Kenneth nie wątpił, że jeśli trzeba, Wozacy otworzą sobie drogę siłą, ale prowadzenie karawany wąskim szlakiem z groźbą conocnych ataków grupek desperatów było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę. Dlatego zabrał całą kompanię – i sporo prezentów. Kilka worków z ostrzami siekier, nożami, kawałkami kolorowych materiałów i szklanymi ozdóbkami. Liczył na połączoną siłę niewypowiedzianej groźby i całkiem realnego przekupstwa. Oczywiście pod warunkiem, że miejscowi w ogóle raczą się pokazać.

Dolinę porastała tylko trawa i wątłe krzaczki. Vełergorf pierwszy wskazał wydeptane ślady i kopczyki bobków. Owce i kozy, kolejne potwierdzenie, że w okolicy mieszkali ludzie, i jednocześnie znak, że ludzie ci schowali się na widok żołnierzy. Kenneth rozejrzał się, teoretycznie w tym miejscu trudno byłoby się ukryć, płaski teren i rachityczne krzaki to nie jest idealne miejsce na zasadzkę. Ale gdyby miał całą noc, zamaskowałby tu pełny pułk. Dookoła było cholernie cicho.

– Psy na przód i na boki – rzucił krótko. – Broń do ręki.

Ludzie i tak trzymali dłonie na rękojeściach mieczy, szabel i na trzonkach toporów, ale różnica między człowiekiem trzymającym dłoń na rękojeści a trzymającym miecz w ręce jest czasem taka sama, jak między martwym a takim, którego nikt nie ośmieli się zaatakować. Podobnie sprawa ma się z napiętą kuszą, bełt leżący w rowku bardzo skutecznie przekonuje napastnika, by zrezygnował z ataku.

Kenneth rozejrzał się, obserwując psy. Teraz to one były oczami, uszami i nosami kompanii. Dopóki nic nie wykryją...

Najpierw jeden, a potem pozostałe zwierzęta zatrzymały się, warcząc głucho. Żołnierze natychmiast przykucnęli, ci z kuszami przytulili się do broni, ci, którzy mieli tarcze, skulili się za nimi. Nie widział niczego podejrzanego w miejscu, które wskazywały psy.

Może poza krzakiem, właśnie przechylającym się na bok, i człowiekiem, który wyrósł z ziemi.

– Nie strzelać!

Mężczyzna wynurzył się z zamaskowanego dołu niecałe trzydzieści jardów od nich. Był niski, czarnowłosy, ubrany w skórzane portki, skórzaną bluzę i fantazyjną futrzaną czapkę. Stanął, otrzepał się niedbale, było coś dziwnie uspokajającego w tym geście, i ruszył ku nim, rozkładając szeroko puste ręce.

– Zachować czujność. – Kenneth ani myślał zaufać temu swojskiemu obrazkowi.

Jeśli czaił się tu jeden, mogła się czaić i setka.

– Zatrzymaj się – zażądał, gdy mężczyźnie zostało jeszcze kilka kroków do pierwszych żołnierzy. Nieznajomy stanął, uniósł wyżej ręce i niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Ale wyglądało na to, że przynajmniej rozumie meekh.

– Kim jesteś?

– Sawondeli Ong. Mówiący Ludzi Ziemi. – Miał dziwny akcent. Niski, gardłowy. – A wy kim jesteście?

– Porucznik Kenneth-lyw-Darawyt z Górskiej Straży.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

– Strasznie długie imię jak na tak młodego człowieka.

– Strasznie jesteś dowcipny jak na kogoś, do kogo mierzy tuzin kusz. Dobrze wiesz, co oznacza mój stopień i cała reszta.

– Skąd ta pewność, poruczniku Kenneth-lyw-Darawyt z Górskiej Straży?

– Bo mówisz po meekhańsku, a to znaczy, że wiesz o świecie więcej niż przeciętna bulwa, którą ktoś wyrwał z ziemi.

Mężczyzna uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

– Racja, powinienem udawać, że nie rozumiem cię ani w ząb. Choć pewnie wtedy byłbym martwy.

– Pewnie tak. Czego chcesz?

– Wiedzy. Kim jesteście już wiem, żołnierzami Cesarza, który siedzi na tronie tysiąc mil stąd. Teraz chcę wiedzieć, po co tu przyszliście i kiedy odejdziecie.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)