Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 152
Перейти на страницу:

– Bo kozy i owce denerwują się w kryjówkach? Każ wyjść reszcie, to porozmawiamy.

– Nie ma reszty. Jestem sam. Na razie.

Kenneth zastanowił się. Wiatr już trzykrotnie zmienił kierunek, a psy nadal wskazywały tylko tego mężczyznę. Czyli prawdopodobnie mówił prawdę.

– Możesz podejść. Porozmawiamy.

Obcy minął ostrożnie żołnierzy i podszedł do porucznika. Dopiero teraz dało się zauważyć, jaki jest niski. Kenneth był średniego wzrostu, ale przybysz sięgał mu ledwo ramienia.

– Usiądźmy – zaproponował.

Teraz przynajmniej nie będzie musiał patrzeć na czubek głowy obcego.

Porucznik wsunął miecz do pochwy i zajęli miejsca wprost na ziemi. Chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Słyszeliśmy o żołnierzach Cesarza, ale rzadko widujemy ich tutaj. – Mężczyzna nie spuszczał z niego spojrzenia. – Ostatnich jakieś pół roku temu. Najpierw szli na wschód, wąwozem, po kilku dniach wracali. Nie pokazaliśmy się im.

– Więc czemu pokazałeś się teraz?

– Bo góry mówią o wielkich wydarzeniach. O kopytach stukających po skałach, skałach nieznających takiego dotyku, o turkocie wozów w miejscach, które nigdy nie słyszały takiego dźwięku. Góry są zaskoczone i pełne podziwu.

– A ludzie w nich mieszkający?

– Też. Choć niektórzy żałują, że nie jedzie tylko kilka wozów. Mogliby wtedy zabić ich właścicieli i zabrać wszystkie bogactwa.

– Właściciele tych wozów są wojownikami i jadą na wojnę. Mogliby się ucieszyć z okazji do ćwiczeń.

– Dlatego też wielu jest takich, którzy mówią, że skoro góry są pełne podziwu, to my nie możemy być gorsi. Okażmy szacunek odwadze, oddajmy honor dzielności.

– To mądre słowa. Ale co za nimi stoi?

Czarne oczy uśmiechnęły się nieznacznie.

– Szybkie słowa, celne pytanie. Zupełnie jakbyś był wojownikiem walczącym na miecze. Chcecie przejść przez dolinę i dalej, wąwozem, aż na Przechodni Wierch – albo Orlą Grań, jak wy nazywacie to miejsce – żeby znaleźć drogę przez ścianę Fenroys i wyjść wprost na Demoni Róg.

– Demoni Róg?

– Tam, gdzie zaczyna się wielka równina. Gdzie ziemia jest płaska jak powierzchnia wody w misce.

– Tak. Tam zmierzamy.

– No to mam propozycję.

* * *

– Przepuszczą nas bez walki, ale chcą wykupu za prawo przejścia.

Narada odbywała się w wozie, bo na zewnątrz właśnie się rozpadało. Pierwszy wiosenny deszcz, odkąd wyruszyli z doliny Amersen. Kenneth uznał, że i tak mieli szczęście, o tej porze roku nawet śnieżyca by go nie zaskoczyła.

Siedzieli przy stole: Emn’klewes Wergoreth, krępy Boutanu obozu New’harr, Awe’aweroh Mantoru z tym swoim wyglądem zagłodzonego charta i Andewers. Has i jego siostra nie przybyli. Cała trójka wpatrywała się w porucznika, na zmianę marszcząc brwi i zaciskając usta. Najwyraźniej słowo „wykup” było im nie w smak.

– Wykup. – Pierwszy odezwał się Awe’aweroh, dowódca rydwanów, potwierdzając podejrzenia Kennetha co do swojego wybuchowego charakteru. – Mamy się wykupywać bandzie dzikusów mieszkających w jaskiniach? Ilu ich jest? Dwustu? Trzystu? Próbują tylko wyłudzić od nas trochę rzeczy, nic więcej. A jak damy im ten wykup, uznają nas za słabych i za dzień czy dwa zażądają kolejnego.

– Nie sądzę. W górach przestrzegamy umów, zwłaszcza gdy obie strony mają broń pod ręką. A to jest ich ziemia i mają prawo do pobierania opłaty za jej przebycie. Możecie oczywiście przebić się siłą. Stracicie dwa, może trzy dni i kilkuset ludzi. Boutanu pokiwał głową.

– Mądre słowa. Jeśli miejscowi złamią umowę, zawsze możemy im dać jeszcze więcej dobra, na przykład trochę naszego żelaza, tak, żeby im bokiem wyszło. Ale wojnę powinniśmy zacząć na wyżynie, a nie w górach. Poza tym najwyraźniej porucznik przychyla się do ich propozycji. Dlaczego?

– Bo widziałem wąwóz za tą doliną. – Kenneth zobrazował rozmiar wąwozu ruchem rąk. – Jest niewiele szerszy niż szczelina, którą tak sprytnie przygotowaliście do drogi. Ludzie, którzy znają trasę na jego szczyt, mogą was mocno opóźnić. A za wąwozem znajduje się Orla Grań, najtrudniejsze miejsce na całym szlaku. Z jednej strony jest tam tak stromo, że jeden krok i człowiek spada w przepaść, z drugiej nieco łagodniej, wóz może i da radę przejechać, ale będzie musiał posuwać się bardzo powoli, mocno przechylony na bok, mały błąd i się przewróci. Nie ma jak manewrować. Dwudziestu ludzi z łukami i kuszami zatrzyma tam armię.

Wymienili spojrzenia, Emn’klewes Wergoreth był spokojny, And’ewers wręcz obojętny, tylko chudy dowódca rydwanów kipiał.

– To czego chcą? – wysyczał wreszcie.

– Dziesięciu wozów mieszkalnych z pełnym wyposażeniem, łóżkami, meblami, naczyniami, i tak dalej. Nie chcą koni, od razu to zaznaczyli, w tej dolinie ledwo wystarcza trawy dla ich owiec i kóz, ale wasze wozy ich oczarowały. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. Mówiący Ludzi Ziemi zaproponował taki układ: pięć wozów teraz, pięć, gdy opuścicie dolinę. To uczciwa propozycja.

Nawet Awe’aweroh lekko się uśmiechnął.

– Tylko tyle?

– Każda rzecz ma taką wartość, jaką widzi w niej kupujący.

Porucznik miał rację. Dla wozackiej armii utrata dziesięciu wozów mieszkalnych była błahostką w porównaniu z opóźnieniem, jakie spowodowałaby walka z tubylcami. A dla miejscowych wozy mieszkalne stanowiły dar niebios, cudny i niebywały w swoim bogactwie.

Verdanno myśleli tak samo.

– Dostaną swoje wozy. – Boutanu pokiwał głową. – Coś jeszcze, poruczniku?

– Orla Grań. – Kenneth przeszedł do najważniejszej sprawy. – Ją też sobie obejrzałem. Jest nie tylko wąska, ale i stroma, takie siodło – pokazał dłonią łuk – z ostrym podjazdem w połowie długości. Mocniej obciążony wóz nie podjedzie tam nawet z poczwórnym zaprzęgiem. Za stromo. Większość z nich trzeba będzie rozładować, inaczej te, które wiozą belki albo zapasy, utkną.

– Od kiedy to Górska Straż zna się na wozach?

– Odkąd niektórzy nasi żołnierze służyli jako strażnicy karawan kupieckich. A jeśli tą granią nie przejechałby wyładowanym wozem żaden z naszych kupców, to wam się też nie uda. Wozy trzeba rozładować, część rzeczy przenieść ręcznie i załadować dopiero po drugiej stronie. Inaczej stracicie tu bogowie wiedzą ile pojazdów i czasu. Oczywiście jeżeli pogoda się utrzyma – dodał. – Na razie to lekki deszczyk, jeśli zacznie poważnie padać albo przyjdzie śnieg i prawdziwy wiatr... będzie trzeba czekać.

Milczeli, patrząc na niego gniewnie i Kenneth nagle zrozumiał, że im, synom Stepów, nie bardzo mieści się w głowach, jak teren i pogoda mogą kogokolwiek zatrzymać. Wychowały ich bezkresne równiny, na których i owszem, bywało ciężko, zimą śniegi, a wiosną i jesienią deszcze mogły utrudnić poruszanie się, ale zawsze dobry koń i lekki rydwan albo sanie potrafiły przewieźć człowieka z miejsca na miejsce. Nawet w czasie najmroźniejszych miesięcy, gdy splunięta ślina zamarza w locie, można wędrować z miejsca na miejsce.

Porucznik westchnął ciężko.

– Nie zdajecie sobie sprawy, gdzie się znajdujecie, prawda? Chyba dlatego góry wydają się wam sprzyjać. Bo lubią połączenie odwagi i brawury, nie, nie przerywaj. – Awe’aweroh Mantoru zamknął usta. – To są Olekady. Nie jestem stąd, ani ja, ani moi ludzie, ale wiemy, że jeśli chodzi o surowość, to tylko Wielki Grzbiet może z nimi konkurować. A nawet on przegra z tutejszymi wiatrami. Jak myślicie, dlaczego Świątynia Dress tu właśnie obrała sobie siedzibę? Dlaczego Pani Wiatrów ukochała te góry?

Kenneth zabębnił palcami po blacie, pokiwał głową.

– Olekady to najbardziej wietrzne miejsce na świecie. Większość tutejszych dolin jest długa, wąska i rozciągnięta z południa na północ. Mijaliśmy kilka takich po drodze. Wiatry z południowych Stepów wpadają w te doliny i rozpędzają się w nich, bywa i tak, że kilka dolin, położonych jedna obok drugiej, kieruje je w jedno miejsce, gdzie kumulują się w potężny podmuch, zwany Oddechem Bogini. Słyszałem o całych stadach bydła zdmuchiwanych takim wichrem w przepaść. Ta grań, o której mówię, to taki właśnie komin i jeśli zacznie wiać, żaden wóz nie ustoi na kołach. A jeśli zacznie naprawdę padać deszcz albo śnieg, woźnice nie dostrzegą nawet zadów własnych koni. To nie Stepy, gdzie możesz przejechać nawet kilka mil na ślepo. W górach jeden zły krok i lecisz w dół.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)