Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]

Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:

Severian, wygnany z konfraterni katów za złamanie zasad, dotarł do Thraxu. Obejmuje stanowisko liktora i sumiennie wypełnia obowiązki strzegąc więźniów i ścinając skazańców. Mimo poszukiwań nie zdołał zwrócić Pazura Łagodziciela — klejnot o uzdrawiającej mocy zaczyna mu ciążyć, odbierając spokój i sen. Severian wyczuwa coraz bardziej mrok gromadzący się nad światem, zaczyna wątpić w swoje powołanie, aż wreszcie wbrew rozkazowi archonta daruje życie kobiecie skazanej na uduszenie. Musi uciekać z Thraxu i udaje się na północ, w góry zamieszkane przez istoty, które odrzuciły człowieczeństwo. Rozpoczyna niebezpieczną podróż, która wyjaśni wiele kłębiących się wokół niego tajemnic.
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 74
Перейти на страницу:

— Dusze pięciu z nas wyruszyły w wielką podróż — powiedział trójkolorowy człowiek.

— W takim razie dysponujecie większą mocą, niż byłbym gotów przypuszczać. Zdarzało się już, że jednej nocy zabijała nawet setki ludzi.

Podejrzewałem, że zaatakuje nas, jak tylko odwrócimy się do niego plecami, ale nic takiego nie nastąpiło. Ścieżka, którą jeszcze wczoraj szedłem jako więzień, była zupełnie pusta. Nie pojawili się żadni strażnicy, natomiast część czerwonych szmatek poprzywiązywanych do gałęzi nie wiedzieć czemu została zerwana i wdeptana w ziemię. Wszędzie widać było odciski licznych stóp.

— Czego szukasz? — zapytał chłopiec.

— Śluzu zwierzęcia, przed którym uciekliśmy minionej nocy — odparłem półgłosem, nie wiedząc, czy ktoś nie podsłuchuje nas zza drzew.

— I widzisz go?

Potrząsnąłem głową.

Przez jakiś czas chłopiec milczał, po czym zapytał:

— Duży Severianie, skąd ono się wzięło?

— Pamiętasz historię, którą ci czytałem? Z jednego z górskich szczytów daleko poza brzegami Urth.

— Z tego, gdzie mieszkała Wiosenny Wiatr?

— Nie wydaje mi się.

— A w jaki sposób tu dotarło?

— Przywiózł je pewien niedobry człowiek — odparłem. — A teraz bądź przez chwilę cicho, mały Severianie.

Jeżeli byłem trochę opryskliwy wobec chłopca, to tylko dlatego, że dręczyło mnie to samo pytanie. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, iż Hethor przeszmuglował swój zwierzyniec na pokładzie statku, na którym służył, a podążając za mną od samego Nessus bez trudu mógł nieść notule w jakimś niewielkim naczyniu — choć tak niebezpieczne, były cieńsze od papieru, o czym doskonale wiedział Jonas.

Skąd jednak wzięła się istota, którą widzieliśmy w sali prób? I w jaki sposób pojawiła się wcześniej w przedpokoju Domu Absolutu? Czyżby podążała za Hethorem i Agią jak pies, kiedy wędrowali do Thraxu? Przypomniałem sobie, jak wyglądała zabijając Decumana i spróbowałem oszacować jej masę; z pewnością ważyła tyle co kilku ludzi, a kto wie, czy nie dorównywała pod tym względem wierzchowcowi. Po to, żeby ją przewieźć nie zwracając niczyjej uwagi, trzeba było dysponować dużym krytym wozem. Czy Hethor odważyłby się wyruszyć w góry takim pojazdem? Mocno w to wątpiłem. Czy zdecydowałby się zabrać do tego samego wozu pełzającą ciemność oraz płomienistą salamandrę, którą zniszczyłem w Thraksie? W to także nie chciało mi się wierzyć.

Kiedy dotarliśmy do wioski, nie było w niej żywej duszy. Ze zgliszcz sali prób unosił się jeszcze dym. Szukałem szczątków Decumana, ale na próżno, choć udało mi się znaleźć jego częściowo spaloną laskę. Była wydrążona w środku, w związku z czym należało podejrzewać, iż po usunięciu uchwytu mogła służyć jako dmuchawa do miotania zatrutych strzał. Bez wątpienia w taki właśnie sposób zostałaby wykorzystana, gdybym okazał się nadmiernie odporny na czary.

Chłopiec przez cały czas obserwował mnie uważnie i chyba odgadł moje myśli, gdyż powiedział:

— Ten człowiek był prawdziwym czarownikiem, prawda? O mało cię nie zaczarował. Skinąłem głową.

— A wcześniej mówiłeś, że to wszystko nieprawda.

— Mały Severianie, pod wieloma względami nie jestem wcale mądrzejszy od ciebie. Naprawdę wierzyłem w to, co ci mówiłem, gdyż przyłapałem tych ludzi na kilku oszustwach: znalazłem tajne drzwi w pokoju, w którym mnie trzymali i domyśliłem się, w jaki sposób dostarczyli cię pod szaty jednego z trzech dostojników. Mimo to trzeba pamiętać, że wszędzie aż roi się od różnych ciemnych mocy i ci, którzy ich szukają, prędzej czy później na pewno je znajdą. Wtedy stają się prawdziwymi czarownikami, tak jak powiedziałeś.

— Jeżeli znają prawdziwą magię, to mogliby nauczyć jej wszystkich, którzy by tego chcieli.

Wówczas pokręciłem przecząco głową, ale od tamtej pory często zastanawiałem się nad tą sprawą. Myślę, iż istnieją dwa zasadnicze powody, dla których pomysł chłopca nie może zostać zrealizowany.

Pierwszy jest taki, że magowie tylko niewielką część wiedzy przekazują z pokolenia na pokolenie. Ja sam byłem kształcony w czymś, co chyba można nazwać najbardziej podstawową z nauk stosowanych; przekonałem się na własne oczy, iż postęp nauki zależy w znacznie mniejszym stopniu od teoretycznych rozważań lub systematycznych badań, niż się powszechnie przypuszcza, w znacznie większym zaś od przekazywania z generacji na generację użytecznych informacji, zdobytych czy to dzięki przypadkowi, czy trudnemu do wytłumaczenia przeczuciu. Natura tych, którzy poszukują mrocznej wiedzy, każe im gromadzić wiadomości nawet na łożu śmierci i nie dzielić się nimi z nikim, to zaś, co przekazują potomnym, jest tak pogmatwane i spowite w ochronny kokon kłamstw, że nie przedstawia niemal żadnej praktycznej wartości. Czasem podobno zdarzają się tacy, co dzielą się umiejętnościami z żoną lub dziećmi, ale najczęściej ludzie ci spędzają życie w samotności, a jeżeli istotnie uchylają przed kimś rąbek tajemnicy, wówczas tracą znaczną część swojej mocy.

Drugi powód jest natomiast taki, że samo istnienie tych sił wywołuje natychmiastowe pojawienie się przeciwsił. Te pierwsze nazywamy ciemnymi lub mrocznymi, chociaż czasem korzystają ze śmiercionośnego światła, tak jak próbował to uczynić Decuman. Drugie określamy jako jasne lub świetliste, mimo że nierzadko posługują się ciemnością, tak samo jak najlepszy nawet człowiek prędzej czy później zaciąga zasłonę nad łóżkiem, by udać się na spoczynek. Mimo to jest coś do głębi prawdziwego w opozycji światło-ciemność, ponieważ dowodzi ona wyraźnie, iż jedno nie może istnieć bez drugiego. W opowieści, którą czytałem małemu Severianowi, padło stwierdzenie, że świat jest jedynie długim słowem wypowiedzianym przez Prastwórcę. Jeżeli tak jest w istocie, to my stanowimy sylaby tego słowa. Jednak wypowiadanie słowa (wszystko jedno jakiego) mija się z celem, jeżeli nie istnieją inne, których nie mówi się głośno. Jeśli zwierzę zna tylko jeden ryk, ten ryk nic nie znaczy; nawet wiatr dysponuje mnogością głosów, dzięki czemu ci, co siedzą w domu, mogą poznać, jaka pogoda panuje na zewnątrz. Według mnie, siły zwane przez nas „ciemnymi” są właśnie tymi słowami, których Prastwórca nie wypowiedział — naturalnie jeśli założymy, że Prastwórca w ogóle istnieje — i muszą pozostać na zawsze zawieszone w półistnieniu, jeśli to jedyne wypowiedziane słowo ma być dosłyszane. To, co ukryte w milczeniu, może mieć wielkie znaczenie, jeszcze większe jednak ma to, co powiedziano na głos. Dlatego właśnie sama moja wiedza o istnieniu Pazura okazała się niemal wystarczająca, by obronić mnie przed urokiem rzuconym przez Decumana.

A jeżeli poszukujący ciemnych mocy odnajdą je, czy nie może stać się to udziałem także tych, którzy poszukują jasności? Czyż nie oni właśnie powinni przekazywać swoją mądrość następnym generacjom? Dlatego kolejne pokolenia Peleryn chroniły Pazur jak najdroższy skarb i dlatego jeszcze bardziej utwierdziłem się w postanowieniu, żeby je odnaleźć i zwrócić im go. Nawet jeśli wcześniej nie zdawałem sobie z tego do końca sprawy, to nocne spotkanie z alzabo uświadomiło mi z całą mocą, iż jestem tylko ciałem, że kiedyś na pewno umrę i że najprawdopodobniej nastąpi to już niedługo.

* * *

Ponieważ góra, ku której się zbliżaliśmy, wznosiła się na północ od nas i rzucała długi cień na porośniętą dżunglą przełęcz, z tej strony lasu nie natrafiliśmy na zasłonę z pnączy. Jasnozielone liście bladły coraz bardziej, rosła też liczba martwych drzew, przy czym jednocześnie malały ich rozmiary. W baldachimie liści, pod którym szliśmy przez cały dzień, zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze dziury, aż wreszcie zniknął zupełnie.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)