Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Giną, paliwo tej energii, przychodziła codziennie o ósmej wieczorem, żeby go stamtąd wyciągnąć, a jego uczniowie cieszyli się z jej przyjścia tak samo jak Emilio, choć z innych powodów. Gdyby nie jej interwencje, Sandoz męczyłby ich parę godzin dłużej, a pod koniec dnia wszyscy byli już tak wygłodniali, że z utęsknieniem nasłuchiwali szczebiotu Celestiny i jej drobnych kroczków na długim korytarzu wiodącym od drzwi frontowych do biblioteki.
— Chryste! Spójrzcie na nich. Gabriel i Lucyfer w towarzystwie małego cherubina — mruknął pewnego wieczoru Sean Fein, patrząc, jak odchodzą. Odwrócił się od okna z kwaśną miną; jego twarz była zbiorem krótkich poziomych linii: wąskie, pozbawionę warg usta, głęboko osadzone oczy, zadarty nos. — Lepsze dla księdza kurewstwo niż stan małżeński.
— Myślę, że kiedy święty Tomasz Morę to pisał, nie miał na względzie sytuacji Emilia — zauważył sucho Vincenzo Giuliani, wchodząc niespodziewanie do biblioteki. — Proszę siadać — dodał, gdy wszyscy poderwali się na nogi. — Stare zakony zachowały śluby czystości, ale księża diecezjalni mogą już się żenić — przypomniał Seanowi. — Czy ojciec potępia decyzję Emilia?
— Księża parafialni mogą się żenić, bo jedyną alternatywą było kapłaństwo kobiet — odrzekł cynicznie Sean. — Nie bardzo mi to wygląda na afirmację miłości rodzinnej.
Giuliani zyskał nieco naczasie, przechodząc przez bibliotekę, biorąc do ręki raporty, uśmiechając się do Johna Candottiego i witając skinieniem głowy Daniela Żelaznego Konia i Josebę Urizarbarrenę. Sam nie był zachwycony tą sytuacją, ale uznał, że już najwyższy czas, aby stawić jej czoło.
— Już za mojej młodości więcej ludzi opuszczało Towarzystwo, niż w nim pozostawało — powiedział beztroskim tonem, siadając tyłem do okna, tąk aby dobrze widzieć ich twarze, a samemu pozostawać w cieniu. — To najlepsze rozwiązanie dla wszystkich, jeśli pozostają tylko ci, którzy są naprawdę powołani do takiego życia. Ale kiedyś, dawno temu, traktowaliśmy odejście jak samobójstwo, jak śmierć w rodzinie, i to haniebną, zwłaszcza kiedy facet odchodził, żeby się ożenić. Zrywano trwające od wielu lat przyjaźnie. Często towarzyszyło temu poczucie zdrady i porzucenia i to po obu stronach.
Umilkł i rozejrzał się wokoło, widząc, że młodsi mężczyźni poruszyli się nerwowo na krzesłach.
— Zastanawiam się, co wy myślicie, patrząc na Emilia i Ginę? — zapytał, unosząc brwi z umiarkowanym zainteresowaniem.
Ojciec generał patrzył na Daniela Żelaznego Konia, kiedy to mówił, ale to Sean Fein odrzucił głowę do tyłu i przymknął powieki z miną ucznia dobrze przygotowanego do lekcji.
— Zachowanie celibatu wymaga silnego poczucia jego wartości jako środka czyniącego nas nieustannie gotowymi do pełnienia Bożej woli — wyrecytował monotonnym głosem — a także pragnienia podtrzymania starożytnej i godnej czci tradycji i niewzruszonej nadziei na czerpanie siły ze źródła łaski Bożej, która nas czyni zdolnymi do miłowania obecności Boga w innych ludziach, bez żadnego wyjątku. Jeśli tego brakuje, celibat jest bezcelowym zaparciem się samego siebie. — Wypowiedziawszy tę formułę, Sean spojrzał po obecnych z teatralną melancholią. — Niemniej jednak bezcelowe zaparcie się samego siebie dawało połowę radości i dumy z bycia katolikiem i jeśli chodzi o mnie, żal mi, że zostało odrzucone.
Giuliani westchnął. Nadszedł czas, by zdemaskować chemika.
— Panowie, wiem z wiarygodnego źródła, że ojciec Fein jest w stanie opisać związek wodorowy jako, cytuję: „ramiona Chrystusa ukrzyżowanego, rozpostarte szeroko i obejmujące całe życie”. Prowincjał ojca Seana zapewnił mnie, że jeśli się wie o jego poetyckiej duszy, nieco łatwiej znieść bzdury, jakie opowiada. — Czerpiąc estetyczną przyjemność z widoku rumieńca, jaki oblał twarz Seana, kontrastujący wdzięcznie z jego niebieskimi oczami, Giuliani wrócił niezwłocznie do tematu rozmowy. — Wiem, że nie potępiacie Emilia Sandoza i nie zazdrościcie mu jego szczęścia. A jednak ta sytuacja musi stanowić dla was pewne wyzwanie i nie ma w tym nic dziwnego. Kto z nas ma rację? Czy to ón odrzucił swą duszę, czy ja odrzuciłem życie? A jeśli to ja się mylę?
To Joseba Urizarbarrena nie zawahał się użyć najmocniejszych słów.
— Jak można — zapytał spokojnie — iść dalej samotnie przez życie, widząc radość tego człowieka?
John Candotti opuścił oczy, a Sean chrząknął i spojrzał w bok, ale ojciec generał nadal wpatrywał się w przełożonego załogi.
— Chodzi o naprawdę wielkie rzeczy: o życie, potomstwo, wieczność — powiedział Giuliani, patrząc na Daniela Żelaznego Konia. — I każdy z was musi znaleźć własne odpowiedzi.
Przez długi czas panowała cisza, której nie zakłócał żaden odgłos z głębi domu. A potem rozległ się natarczywy pisk drewnianych nóg krzesła ślizgających się po kamiennej posadzce. Danny powstał i przez chwilę patrzył na Vincenza Giulianiego swoimi małymi, czarnymi oczami osadzonymi w szerokiej podziobanej twarzy.
— Muszę zaczerpnąć powietrza — powiedział, odrzucając stylus, i wyszedł.
— Panowie wybaczą — rzekł spokojnie Giuliani i wyszedł za nim z biblioteki.
Danny czekał na niego w ogrodzie: wcielone sumienie, masywna obecność w gęstniejącym mroku.
— Wybacz mi — powiedział ojciec generał łagodnym tonem, kiedy stało się oczywiste, że Żelazny Koń nie przemówi pierwszy. — Pewno mną gardzisz.
— Możemy od tego zacząć.
Giuliani usiadł na jednej z ławek i spojrzał w górę, rozpoznając kilka jasnych konstelacji na ciemniejącym niebie.
— Święty Ignacy powiedział kiedyś, że największą pociechę daje kontemplacja rozgwieżdżonego nieba. Od czasu Galileusza przestrzeń kosmiczna stała się domeną teleskopów i modlitwy… Oczywiście Loyola i Galileusz nie mieli do czynienia ze skażeniem nieba przez światła Neapolu. Na Rakhacie musi być niesamowite niebo. Może ci Jana’atowie mają rację, zakazując sztucznego przedłużania światła dnia. — Spojrzał na Danny’ego. — Chcesz mnie zapytać, w jaki sposób, uwzględniając radość tego człowieka, możemy nadal planować tę misję tak, jak ją zaplanowaliśmy?
— To nieuczciwe — rzekł Danny dobitnie. — To zarozumiałe. To okrutne.
— Ojciec Święty…
— Nie chowaj się pod cudzą spódniczką — warknął Danny.
— Jesteś pedantem — zauważył Giuliani. — Jest pewne wyjście, ojcze Żelazny Koniu…
— I co, oddać Towarzystwo w ręce takiego jak ty?
— Ach. Takiego jak ja — powiedział ojciec generał, prawie się uśmiechając.
Wieczór był dziwnie cichy. W dzieciństwie Vince Giuliani lubił rechotanie żab wypełniające letni zmierzch chóralną pieśnią bez słów. Tu, w Italii, słychać było tylko suche ćwierkanie cykad, a wieczór przez to wydawał się mniej radosny.
— Jesteś młody, ojcze Żelazny Koniu, i masz wady młodego człowieka. Pewność siebie. Krótkowzroczność. Pogardę dla pragmatyzmu. — Odchylił się do tyłu, złożywszy ręce na podołku.
— Bardzo bym chciał żyć na tyle długo, żeby zobaczyć, co z ciebie wyrośnie.
— To się da załatwić. Może się zamienimy? Spędź rok w podróży na Rakhat. Kiedy wrócisz, będę miał osiemdziesiąt lat.
— Takie rozwiązanie ma pewien urok, zapewniam cię. Niestety, nie wchodzi w rachubę. Każdy z nas stoi samotnie przed Bogiem i nie możemy się zamienić życiem. Miałbym wywiesić jedną z tych wszechobecnych włoskich tabliczek? — zapytał, unosząc brwi. — Chiuso per restauro: zamknięte z powodu remontu, póki nie wróci Daniel Żelazny Koii.