Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Sipaj, Fia. Co w h’inglish znaczy „służyć”? Czy służba może oznaczać takie zachowanie… żeby mieć przyjemność?
— Może — odpowiedziała po dłuższej chwili. — Ale nie dla Marca, Di czy Milo. Dla nich służyć oznacza pomagać wszystkim. Dawać jedzenie głodnym, dawać schronienie… Zaraz… służyć wszystkim? O Boże. Stworzyłeś rynek? Supaari, co się stało z Emiliem?
W różowym świetle, które rozlało się po drugim zachodzie słońca, Sofia siedziała i patrzyła na śpiącego Supaariego, zbyt wyczerpana, by czuć coś poza rezygnacją. Potrzebowała kilku godzin, by dowiedzieć się od niego wszystkiego, i pod koniec zdawał się już rozumieć jej pogardę.
— Byłem taki dumny ze swojej przebiegłości! Ogłupiło mnie pragnienie dzieci, ale myślałem: Ten Supaari jest naprawdę wielki, taki mądry, taki sprytny! Powinienem rozumieć! — krzyknął, wyczerpany i rozgorączkowany. — To byli Jana’atowie. Tacy jak ja. Zrobiłem Sandozowi wielką krzywdę. Może inni cudzoziemcy też byli skrzywdzeni w ten sposób. A teraz ty będziesz mnie nienawidzić.
Chcieliśmy dobrze, myślała, patrząc na niebo pokryte kumulusami o barwach ametystu i indygo. Nikt z nas nie był rozmyślnie zły. Staraliśmy się jak najlepiej. A mimo to, jakiego narobiliśmy bałaganu…
Siedząc oparta plecami o Kanchaya, wyciągnęła rękę, by pogłaskać kasztanowe kędziory swojego śpiącego synka i pomyślała o D.W. Yarbrough, ojcu przełożonym jezuickiej misji na Rakhat, nie żyjącym już od prawie pięciu lat, pogrzebanym koło Kashanu razem z Annę Edwards, jego towarzyszką w nagłej i niespodziewanej śmierci.
Sofia Mendes i D.W. Yarbrough pracowali razem przez długie miesiące przygotowań do jezuickiej misji na planetę Śpiewaków. Wielu, którzy obserwowali rozwój i pogłębianie się ich partnerstwa, uważało to za potwierdzenie maksymy głoszącej, że przeciwieństwa się przyciągają, bo D.W. Yarbrough, ze swoim rozbieżnym zezem, meandrowatym nosem i dwoma rzędami koślawych zębów był przeraźliwie brzydki, podczas gdy klasyczna uroda Sofii Mendes zapierała dech w piersiach. Tylko niektórzy rozumieli, że przyjaźń, jaką się nawzajem obdarzyli, była czymś w rodzaju sanktuarium dla każdego z nich i tylko oni cieszyli się ze spotkania tych dwóch dusz.
Niewiele było potrzeba czasu, by sefardyjska Żydówka i ksiądz jezuita wypracowali sobie wspólny rytm pracy. Stało się ich zwyczajem, by kończyć każdy długi i ciężki dzień kompilacji, analiz, wnioskowań i decyzji kolacją i paroma szklankami piwa Lone Star w cichym barze niedaleko rezydencji prowincjała w Nowym Orleanie. Czasami rozmawiali do późnej nocy, często na temat religii. Z początku Sofia była nastawiona wojowniczo, wciąż odczuwając uzasadnioną historycznie wrogość do katolicyzmu, ale wprawiało ją w zakłopotanie to, że — jak się okazało — tak mało wiedziała o judaizmie. Yarbrough był świadom, jak raptownie i nieszczęśliwie zakończyło się jej dzieciństwo, a ponieważ od dawna żywił podziw i szacunek dla judaizmu, stał się jej przewodnikiem, prowokując ją do przemyśleń i pomagając w ponownym odkryciu tradycji, w której się urodziła.
— Żydzi mają w sobie jakąś wspaniałą zawziętość, która bardzo mi się podoba — powiedział jej pewnego wieczoru Teksańczyk podczas dyskusji na temat orędownictwa Matki Bożej i świętych obcowania, a także barokowej hierarchii księży, prałatów, biskupów, arcybiskupów, kardynałów i papieża, która dzieli katolików od Boga, co Sofia uważała za niesłuszne. — Ale wierz mi, większość ludzi wcale nie lubi zmierzać prosto do celu, naprawdę. Na wszystko spoglądają z niedowierzaniem, do wszystkiego wolą dochodzić okrężną drogą. Czują się lepiej, jeśli mają do dyspozycji drogę służbową — dodał jako stary dowódca eskadry piechoty morskiej, którego lata spędzone w zakonie jezuitów nie oduczyły skłonności do posługiwania się terminologią wojskową. — Masz problem, zwracasz się do sierżanta. Sierżant może z tym iść do kapitana, którego zna. Większość facetów w wojsku potrzebuje sporo czasu, żeby tak się wkurzyć, by zapukać do drzwi gabinetu generała, nawet jeśli jest najprzyjemniejszym gościem na świecie. Katolicyzm umożliwia to zwykłym śmiertelnikom. — Uśmiechnął się, robiąc strasznego zeza i szczerząc krzywe zęby; najbrzydszy i najwspanialszy człowiek, jakiego w życiu spotkała. — A dzieci Abrahama? Patrzą Bogu prosto w twarz. Chwalą się. Kłócą! Targują. Uskarżają. Trzeba mieć jaja i głowę na karku, żeby tak się odnosić do Wszechmocnego.
Polubiła go wtedy jeszcze bardziej, czując, że to najwyższa pochwała, jaką mógł wygłosić pod adresem jej i jej ziomków.
W czasie tych wieczornych rozmów doszli do wielu wspólnych wniosków. Uznali, na przykład, że nie ma czegoś takiego, jak eksżyd, ekskatolik czy ekskomandos.
— A dlaczego tak jest? — zapytał ją pewnego wieczoru, po stwierdzeniu, że eks-Teksańczyk też jest trudny do przyjęcia.
D.W. uważał, że jest bardzo ważne, by dotrzeć do rekruta, kiedy jest jeszcze młody i wrażliwy. Duma z własnej tradycji jest też tego częścią, dopowiedziała Sofia. Ale najważniejsze, odrzekł D.W., jest to, że wszystkie te grupy opierają swoje filozofie na tej samej zasadzie.
— Gadanie nic nie kosztuje. My wierzymy w działanie — mówił. — O sprawiedliwość trzeba walczyć. Głodnych trzeba nakarmić. Plażę trzeba zdobyć. Żaden z nas nie siedzi na tyłku, czekając na jakiś cud.
Choć ciągle kładł nacisk na działanie, D.W. Yarbrough był jednak człowiekiem na tyle wykształconym i uczciwym, żeby dostrzegać niebezpieczeństwo kulturowych i duchowych szkód, jakie mogą wyrządzić misjonarze, i wyłożył jej ścisłe zasady jezuickiego zaangażowania w misję na Rakhat.
— Nie będziemy im wygłaszać kazań. Będziemy ich słuchać. Oni też są dziećmi Boga i tym razem zamierzamy się dowiedzieć, czego mogą nas nauczyć, zanim zabierzemy się do odwzajemniania tej łaski.
Ze wszystkich członków załogi „Stelli Maris” Sofia Mendes najbardziej cieszyła się z takiej wolnej od uprzedzeń pokory i z wyrzeczenia się prozelityzmu. Dlatego uznała za gorzki paradoks, że tego popołudnia właśnie ona, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, ma mówić o Bogu mieszkańcowi planety Rakhat.
— Kim są „bóg”? — zapytał Supaari.
Nie wiem, pomyślała.
Nawet D.W. nie był skłonny do stwierdzeń wyrażających podstawy wiary. Tolerował sceptycyzm i wątpliwości, był oswojony z dwuznacznościami i niejasnościami.
— Może Bóg jest tylko najpotężniejszą poetycką ideą, o jakiej my, ludzie, jesteśmy w stanie pomyśleć — powiedział pewnego wieczoru po kilku Jrinkach. — Może Bóg nie jest realny poza naszymi umysłami, może istnieje tylko w paradoksie Doskonałego Współczucia i Doskonałej Sprawiedliwości. A może odchylił się na krześle i obdarzył ją krzywym, diabolicznym uśmiechem — może Bóg jest dokładnie taki, jakiego zachwala Tora. Może, razem ze wszystkimi innymi prawdami i całym swym pięknem, judaizm przechowuje dla każdego nowego pokolenia ludzi realność Boga Abrahama, Izaaka, Jakuba, Mojżesza Boga Jezusa.
Kapryśny, tajemniczy Bóg, jak o Nim mówił D.W.
— Bóg z pokrętnymi, nieodgadnionymi zasadami, Bóg, który tak często ma nas dość i każe nam pójść precz! Ale skory do wybaczania, Sofio, i tak szczodrobliwy! — powiedział D.W. Głos mu zmiękł, a oczy zapłonęły. — Zawsze tak zakochany w ludzkości. Zawsze wyczekujący, żebyśmy odwzajemnili Jego namiętność. Zawsze, z pokolenia na pokolenie. Ach, Sofio, kochanie!
W najlepszych dniach wierzę w Niego z całego serca.