Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Supaari odłożył mięso; usta miał wyschnięte.
— Później, kiedy było prawie ciemno, wystąpiła Askama. Była jeszcze dzieckiem, ale dobrze znała cudzoziemców, więc ktoś słuchał jej słów. Użyła h’inglish, bo ruanja nie nadaje się do tego. Powiedziała: Milo nie umarł.
Zamilkł, widząc, że skóra Sofii nagle zmieniła barwę. Zobaczył drgający puls pod jej gardłem i dopiero teraz w pełni pojął, jak straszną tragedią była dla niej jego opowieść.
— Nie wiedziałaś?
— Gdzie jest teraz Milo? O Boże. O Boże, jeśli on żyje, to zmieni a wszystko…
— Jego nie ma! — krzyknął Supaari. — Komuś jest przykro!
— Rozumiesz? Ktoś by ciebie szukał, ale VaKashani powiedzieli, że wy wszyscy odeszliście, a „odejść” może znaczyć dwie rzeczy! Askama powiedziała, że tylko Milo nie umarł, że zabrał go patrol Jana’atów. Nie mówiła nic o cudzoziemcu Marcu albo o tobie…
— Marc! — zawołała Sofia. — Marc też żyje?
Nie! On odszedł! — Supaari zgiął się we dwoje z bezsilnej rozpaczy. — Sandoz też odszedł, ale w inny sposób! — Czuł się bardzo zmęczony, ale mimo to wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem. — W ruanja nie można tego powiedzieć! Pamiętasz Winglish! — zapytał z nadzieją, okręcając się w miejscu, aby na nią spojrzeć.
— Tak, pamiętam — odpowiedziała.
Dziecko zaczęło kwilić. Kinsa też stawała się coraz bardziej niespokojna z powodu intensywności emocji i chyba była bliska płaczu. Sofia podała dziecko Kanchayowi, wstała i zatrzymała Supaariego, kładąc mu rękę na ramieniu.
— Tak, pamiętam angielski — powtórzyła. — Supaari, gdzie jest Marc? Gdzie jest teraz Sandoz? Czy są martwi, czy są gdzieś, gdzie możemy ich zobaczyć?
— Marc jest martwy. To moja wina. Nie chciałem go skrzywdzić! — Wyciągnął do niej ręce, ale była zbyt wstrząśnięta, żeby zrozumieć znaczenie tego gestu. — My nie wykrwawiamy się przy hasta ‘akali…
— Supaari, na miłość boską, gdzie jest Sandoz?
— Inni wysłali go do domu…
— Jacy inni? — krzyknęła, teraz już prawie oszalała z emocji. — Co to znaczy „do domu”? Do Kashanu?
— Nie, nie do Kashanu. Byli inni cudzoziemcy, którzy przybyli…
— Inni cudzoziemcy! Supaari, masz na myśli ludzi z innej doliny albo…
— Cudzoziemcy tacy jak ty. Bez ogonów. Z Ziemi.
Zachwiała się, ale zdążył ją schwycić, zanim upadła.
— Nic mi nie jest — wyszeptała, ale widział, że coś się z nią stało.
Usiadła na ziemi i zakryła twarz rękami. Kanchay oddał płaczące dziecko Kinsie, mówiąc jej, żeby wróciła na polanę i została tam z innymi. Podszedł i usiadł za Sofią, obejmując ją opiekuńczo, a ona oparła się o niego, dając mu znać, że docenia ten gest, ale przemówiła do Supaariego, siląc się na taki spokój, na jaki było ją stać.
— Opowiedz mi. Opowiedz mi wszystko.
Zajęło to dużo czasu i wymagało użycia trzech języków. Opowiedział jej, jak wytropił Sandoza i odkrył, że Marc też jeszcze żyje; opowiedział, jak przekupił dowódcę patrolu i o hasta ‘akali, i o tym, że pragnął tylko uchronić Marca i Sandoza przed procesem o podburzenie Runów do buntu.
— Widzisz? — zapytał, znowu wyciągając ręce, żeby jej pokazać cienkie, łykowate błony między palcami. — Dla nas to nic… To tylko osłabia ręce. Ale cudzoziemcy bardzo krwawią i Marc umarł.
Później był pobyt Sandoza w Gayjurze, był lęk Supaariego, że Emilia zniszczy samotność. To Sofia potrafiła zrozumieć.
— Ale przyszli inni — przypomniała Supaariemu. — Gdzie teraz są ci cudzoziemcy? — A kiedy milczał, wychyliła się, schwyciła go mocno za ramię i krzyknęła: — Supaari, czy oni wszyscy odeszli? Och, mój Boże. Nie mów mi, że odeszli! Czy oni wszyscy wrócili na Ziemię?
— Nie wiem. — Odwrócił się, uszy mu opadły. — Najpierw wysłali Sandoza. Inni przez jakiś czas gościli u mnie w Gayjurze. — Znowu zamilkł.
— Odeszli, prawda? — powiedziała bezbarwnym głosem. — Umarli czy wrócili na Ziemię?
— Nie wiem! — powtórzył, ale wyczuła, że coś przed nią ukrywa. W końcu powiedział, siląc się na spokój: — Nie wiem, ale myślę… Mogłem stworzyć rynek na… — Znowu zapadła długa cisza. — Sofia, co znaczy słowo „celibat”?
Wytrzeszczyła oczy, zdumiona, że pyta o coś takiego właśnie teraz. Ale Supaari nie zwykł robić uników… Jak mu to wyjaśnić?
— To znaczy powstrzymywać się od seksu.
Supaari popatrzył na nią bezradnie. Nie, angielski nie jest dobry. Spróbowała w ruanja.
— Żeby począć dziecko, potrzebna jest czynność… — Uniósł podbródek. — Wśród nas robi się to też dla przyjemności. Rozumiesz? Dla przyjemności. — Podbródek znowu się uniósł, ale tym razem wolniej, a Supaari wpatrywał się w nią z napięciem. — Jak ktoś żyje w celibacie, to nigdy… nigdy tego nie robi… ani po to, żeby począć dziecko, ani dla przyjemności. Rozumiesz?
— Nawet jeśli urodził się pierwszy albo drugi?
— Kolejność narodzin nie ma u nas żadnego znaczenia…
— A więc ten, kto jest w celibacie, to VaHapta, tak? Wyrzutek bez praw?
— Nie! Sipaj, Supaari, nawet dla tego kogoś celibat jest trudny do zrozumienia. — Przerwała, nie wiedząc, jak mu tó wytłumaczyć, jakiego języka użyć, ile mu powiedzieć. — Tacy ludzie jak Sandoz, Marc, Di odłączają się od innych. Postanawiają powstrzymać się od tej czynności. Nie robią tego ani dla dzieci, ani dla przyjemności. Żyją w celibacie, bo chcą lepiej służyć Bogu.
— Kim są „bóg”?
Znalazła schronienie w gramatyce.
— Kim jest, a nie kim są. Jest tylko jeden Bóg. Powiedziała to bez zastanowienia, ale zanim spróbowała wyjaśnić mu, co to jest monoteizm, Supaari przerwał jej gwałtownie.
— Sandoz powiedział, że jest w celibacie… powiedział, że nie bierze sobie żony, bo chce służyć wszystkim! — zawołał Jana’ata z oburzeniem, zrywając się na nogi i odchodząc od niej. Obrócił się w miejscu i spojrzał na nią gniewnie, z uszami postawionymi do przodu, gotów do ataku. — Powiedział, że jest w celibacie. Ci, co są w celibacie, służą bogu. Bóg to wielu.
Q.E.D., [quod erat demonstrandum — co było do dowiedzenia: formuła kończąca przeprowadzony dowód.] pomyślała, wzdychając. Gdzie są jezuici, kiedy ich potrzeba?
— Bóg jest jeden. Ma wiele dzieci. Wszyscy jesteśmy jego dziećmi. Sandoz służył Bogu, służąc jego dzieciom. — Supaari nagle usiadł i zaczął sobie pocierać głowę. — Sipaj, Supaari — powiedziała ze współczuciem, wyciągając rękę, by dotknąć jego wydłużonej, wilczej twarzy. — Boli cię głowa?
Tak. To nie ma sensu! — Umilkł, zastanowił się i zmienił język, wracając do h‘inglish. — Może to ma sens dla ciebie. Ja nie rozumiem.
Sofia uśmiechnęła się nieznacznie.
— Annę mówiła, że to początek mądrości. — Spojrzał na nią z otwartymi ustami. — Mądrość: naprawdę wiedzieć — wyjaśniła. — Annę mówiła, że mądrość zaczyna się, kiedy odkrywasz różnicę między „To nie ma sensu” a „Nie rozumiem”.
— Więc muszę być bardzo mądrość. Niczego nie rozumiem.
Powiedział to z zamkniętymi oczami. Kiedy je otworzył, wyglądał, jakby mu się zbierało na wymioty, ale zebrał się w garść i zapytał ją w tym okropnym wolapiku, którym musieli się porozumiewać: