Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:

Ta książka jest dla mnie niesamowita. Wokół słyszymy wciąż: narkomani, nie, narkotyki, nie, to niezdrowe, nie, to szkodliwe, nie, trucizna, nie, narkotyki, nie, złe towarzystwo, nie, nie i nie… A (może nie mnie, ale wielu) to wcale nie odstrasza, wręcz zaciekawia. Ta książka mówi o psychice młodej narkomanki, o skutkach nałogu, o tym, że nie mogła spełnić swych marzeń, o miłości w narkotykach, o tym, kim się staje człowiek, gdy zaczyna brać narkotyki.
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 78
Перейти на страницу:

Detlef: – Pewnie, że przestać to nic trudnego. W każdej chwili sam to mogę zrobić. Tyle, że mi się jeszcze nie chce. Ale wiesz, żebyś znowu w to nie wsiąkła.

Jeszcze w czasie tej gadki władował sobie w kanał i zostawił w strzykawce trochę dla mnie. Ponieważ tak długo kompletnie nic nie brałam, ta odrobinka starczyła, żeby mnie trochę nabuzować i, żebym prawie zapomniała o Axelu.

Tym razem o wiele szybciej się uzależniłam niż poprzednio. Mama nie miała o niczym pojęcia. Cieszyła się, że jestem taka tłuściutka, bo faktycznie długo nie zrzucałam wagi.

Żeby być z Detlefem, musiałam teraz często chodzić do Rolfa, tego jego klienta. Bo nigdzie nie mieliśmy już wspólnego łóżka. Od początku nie lubiłam tego Rolfa. Był w Detlefie kompletnie zakochany. No i oczywiście zazdrosny o mnie. Kiedy kłóciłam się z Detlefem, był cały szczęśliwy i stawał po jego stronie. Wtedy normalnie dostawałam kurwicy. Detlef traktował Rolfa jak jakąś kompletnie uległą żonę czy dziewczynę. Wysyłał go do sklepu, kazał mu gotować i zmywać. To też mnie wpieniało, bo sama bym dla niego chętnie robiła zakupy i gotowała.

Powiedziałam Detlefowi: – Słuchaj, nasza trójka po prostu do siebie nie pasuje. – Ale Detlef stwierdził, że nie miałby gdzie spać. i, że Rolf tak właściwie jest całkiem w porządku. W każdym razie nie zna drugiego klienta, który by się tak mało czepiał, jak Rolf.

Detlef mógł robić z Rolfem, co mu się podobało. Wrzeszczał na niego i mówił: – Ciesz się, że w ogóle u ciebie mieszkam. – Detlef szedł z nim do łóżka tylko wtedy, jak gwałtownie potrzebował forsy. Nasze stało w tym samym pokoju co Rolfa. Kiedy kochaliśmy się ze sobą, Rolf oglądał telewizję albo po prostu się odwracał. Był kompletnym pedałem i nie chciał patrzeć, jak kocham się z Detlefem. W tym czasie wszyscy troje byliśmy już zdrowo porypani.

Bez przerwy się bałam, że przez to wszystko Detlef sam zostanie pedałem. Jednej nocy to nawet myślałam, że już koniec. Detlef musiał iść z Rolfem do łóżka, bo nie miał forsy. Ja leżałam w naszym. Detlef zgasił światło. Zawsze tak robił, kiedy musiał zaspokoić Rolfa. Cała sprawa trwała mi podejrzanie długo. i wydawało mi się, że słyszę pojękiwanie Detlefa. Wstałam i zapaliłam świecę. Obaj byli schowani pod kocem. Wydawało mi się, że obrabiają się nawzajem. A to było złamanie mojej umowy z Detlefem, jeśli pozwalał się dotykać. Niesamowicie mnie to zabulgotało. Byłam taka zła, że nie potrafiłam powiedzieć, żeby może Detlef wreszcie już do mnie przyszedł. Zamiast tego powiedziałam – Ale radocha, co? – Detlef w ogóle się nie odezwał, ale Rolf się wpienił. Zgasił świecę. Detlef został na całą noc z Rolfem. A ja płakałam w poduszkę. Szlochałam po cichu, bo nie chciałam, żeby oni słyszeli, jak mnie to wzięło. Następnego dnia byłam taka zła i smutna, że poważnie się zastanawiałam, czy nie zostawić Detlefa. Nie zdawaliśmy sobie w pełni sprawy, jak bardzo heroina zdążyła już opanować same podstawy naszej miłości.

W każdym razie uświadomiłam sobie bardzo wyraźnie, że dopóki ćpamy, Detlef nie jest tylko mój. Że muszę go dzielić z jego klientami, zwłaszcza z Rolfem. Nie inaczej było ze mną. Znowu musiałam codziennie łazić na dworzec Zoo, a, że najczęściej czas mnie naglił, to już nie mogłam tak przebierać w klientach i nie zawsze udało mi się przepchnąć swoje warunki.

Żeby nie bywać tak często u tego Rolfa, znowu zaczęłam więcej czasu spędzać z resztą ludzi z paczki, przede wszystkim ze Stellą i Babsi. Ale z nimi też coraz trudniej było się dogadać. Każdy chciał godzinami mówić tylko o sobie, a, żeby chociaż dwie minutki posłuchać, to nie. Stellą i ja chciałyśmy na przykład opowiedzieć, jak to wyrolował nas jakiś handlarz i zamiast hery wcisnął nam mąkę, a Babsi dziamgała o znaczeniu myślnika na jakimś szyldzie. Wtedy obie darłyśmy się na nią: – Stul mordę!- Potem ja i Stellą zaczynałyśmy mówić jedna przez drugą i darłyśmy się na siebie, bo każda z nas chciała sama opowiedzieć tę historię. Prawie każda próba rozmowy kończyła się prędzej czy później tym „stul mordę”. Każda z nas gwałtownie potrzebowała kogoś, kto by słuchał. Ale takiego kogoś w naszej paczce już nie dało się znaleźć. Po prostu nie było prawdziwego zrozumienia. Na słuchaczy można było jeszcze liczyć tylko wtedy, jak się opowiadało o przeżyciach z gliniarzami. Wtedy wszyscy byliśmy zgodnie przeciwko glinom. W tych sprawach zresztą byłam najlepsza. Na początku lata 1977 capnęli mnie już bądź co bądź trzeci raz.

To było na dworcu metra Kurfürstendamm. Właśnie wróciliśmy od klienta. Musieliśmy tylko odstawić przy nim numerek – za 150 marek. Dlatego byliśmy cali szczęśliwi, każde z nas miało w kieszeni ćwiartkę hery i w dodatku kupę forsy ekstra. Pierwsza zobaczyłam, że na peron wysypuje się kupa tajniaków. Obława. Właśnie wjeżdżała kolejka i kompletnie spanikowana zaczęłam zasuwać wzdłuż peronu. Detlef, dokumentnie w tym momencie skołowany, poleciał za mną. Kiedy wpadłam do wagonu przy końcu pociągu, potrąciłam jakiegoś zgreda. A on do mnie – Co robisz, trupie. – Autentycznie tak powiedział. Przez te wszystkie artykuły w gazetach wszyscy już od dawna wiedzieli, co się wyprawia na dworcu Kurfürstendamm. Kołtuny z kolejki od razu pokapowały, że to obława na narkomanów.

Detlef przyleciał za mną, a za nim oczywiście dwóch cywilnych gliniarzy. W końcu zachowywaliśmy się wystarczająco podejrzanie. Gliny właściwie wcale nie musiały za nami ganiać. Bo jeszcze zanim do nas dolecieli, rzuciły się na nas babsztyle i zgredy z wagonu, złapały nas za łachy i zaczęły się histerycznie wydzierać: – Tu są, tu są! Policja! – Poczułam się jak taka wyjęta spod prawa z westernu, która zaraz zadynda na najbliższym drzewie.

Wczepiłam się w Detlefa. Kiedy znaleźli się przy nas gliniarze, jeden powiedział. – Nie ma co się zgrywać na Romea i Julię. Idziemy, idziemy.

Zapakowali nas do volkswagena-busa i zabrali na komisariat.

Gliniarze byli dla mnie bardzo nieprzyjemni, ale nic ode mnie nie chcieli. Powiedzieli mi tylko, że przyskrzyniają mnie już po raz trzeci i, że mam u nich osobny segregator akt Jeden wystukał na maszynie protokół i musiałam podpisać. Nawet już nie zawiadamiali mojej mamy. Byłam dla nich jednym z wielu beznadziejnych przypadków, o których trzeba będzie jeszcze napisać parę protokołów, zanim postawią przy moim nazwisku krzyżyk

Detlefa wypuścili razem ze mną po niecałej godzinie. Ponieważ odebrali nam towar, trzeba było iść na rynek i kupić nowe dwie ćwiartki. Na szczęście mieliśmy przecież forsę.

Tajniacy z dworca Zoo znali mnie po pewnym czasie właściwie wszyscy i zostawiali mnie w spokoju. Jeden z nich był nawet całkiem fajny. Taki młody, z południowoniemieckim akcentem. Kiedyś zaszedł mnie z tyłu i nagle podetknął znaczek pod nos. Myślałam, że się zesram ze strachu. Ale on się roześmiał i zapytał, czy czekam na klientów. Jak zwykle udawałam naiwną: – Skąd, a wyglądam na taką?

Ale on wiedział lepiej. Nawet nie chciał zajrzeć do mojej plastikowej torby. Powiedział tylko: – Na parę dni przestań się tu kręcić. Inaczej będę cię musiał przymknąć. – Może zresztą nie był miły, tylko za leniwy, żeby mnie ciągnąć na komisariat. Ci z komisariatu też mieli dosyć pisania ciągle tych samych raportów o czternastoletnim półtrupie.

Po tym, jak mnie i Detlefa zwinęli na dworcu Kurfürstendamm, musieliśmy kupić towar u jakiegoś obcego handlarza, bo naszego nie mogliśmy już znaleźć. Poszliśmy do szaletu przy Winterfeldplatz, żeby sobie władować. Szalet był kompletnie zdewastowany. Nawet wody w kranach nie było.

Wypłukałam strzykawkę w cuchnącym sraczu. Często tak robiłam, bo w niektórych szaletach był za duży ruch, żeby płukać sprzęt na widoku, w umywalce.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)