Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:

Ta książka jest dla mnie niesamowita. Wokół słyszymy wciąż: narkomani, nie, narkotyki, nie, to niezdrowe, nie, to szkodliwe, nie, trucizna, nie, narkotyki, nie, złe towarzystwo, nie, nie i nie… A (może nie mnie, ale wielu) to wcale nie odstrasza, wręcz zaciekawia. Ta książka mówi o psychice młodej narkomanki, o skutkach nałogu, o tym, że nie mogła spełnić swych marzeń, o miłości w narkotykach, o tym, kim się staje człowiek, gdy zaczyna brać narkotyki.
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 78
Перейти на страницу:

Mama co wieczór kontrolowała mi teraz ręce, żeby zobaczyć, czy nie ma świeżych śladów. Zaczęłam wtedy ładować w dłoń. Zawsze w to samo miejsce. Zrobił mi się strup. Mamie mówiłam, że się skaleczyłam i źle mi się goi. Kiedyś tam mama znalazła jednak świeży ślad. Powiedziałam: – No, zgadza się. Tylko dzisiaj, wyjątkowo. Robię to tylko wyjątkowo, wtedy nie jest szkodliwe.

Mama porządnie mnie wtedy sprała. Nie broniłam się. Nawet nie za bardzo się wtedy przejęłam, i tak traktowała mnie już jak ostatnią szmatę i przy byle okazji mieszała mnie z błotem. Instynktownie robiła to, co trzeba. Bo narkoman musi dokładnie wiedzieć, że jest absolutnym zerem i szmatą, dopiero wtedy może poważnie spróbować coś zmienić. Wtedy albo ze sobą kończy albo wykorzystuje tę drobną szansę wyjścia z nałogu. Ale wtedy nie miałam jeszcze o tym wszystkim pojęcia.

Mama liczyła jeszcze na jedną sprawę. Na ferie wiosenne miałam pojechać do babci na wieś, do Hesji. Miałam tam zostać pełne cztery tygodnie albo ewentualnie dłużej. Nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy bać się rozłąki z Detlefem i nieuniknionego odwyku. Właściwie robiłam już tylko to, co mi kazali. Jedyne, co wymusiłam, to to, żeby na ostatnią noc Detlef mógł być u mnie.

Tej ostatniej nocy przed wyjazdem znowu zaczęłam sobie robić jakieś nadzieje. Jak skończyliśmy się kochać, powiedziałam do Detlefa: – Słuchaj, właściwie jak dotąd wszystko robiliśmy razem. Przez te cztery tygodnie chciałabym autentycznie zrobić odwyk. Nigdy już nie będę miała takiej szansy. Chciałabym, żebyś ty też przestał brać. Jak wrócę, oboje będziemy po odwyku i zaczniemy nowe życie.

Detlef powiedział, że oczywiście, jasne, że skończy z ćpaniem. Znalazł nawet dojście do valeronu. Zaraz zacznie szukać pracy i już jutro albo pojutrze skończy z chodzeniem na zarobek.

Następnego dnia rano, przed startem w nowe życie u babci, władowałam sobie jeszcze szczególnie potężną działkę. Kiedy znalazłam się na wsi, nie byłam jeszcze tak całkiem na głodzie. Ale czułam się w tej idylli chłopskiej kuchni jak obce ciało. Wszystko mnie wkurzało. Wkurzało mnie, że mój mały kuzynek chciał koniecznie do mnie na kolana, chociaż strasznie lubiłam się z nim bawić, jak był jeszcze niemowlakiem. Wkurzał mnie stary sracz bez spuszczanej wody, który jeszcze ostatnim razem wydawał mi się taki romantyczny.

Następnego dnia zaczęły się klasyczne objawy odstawieniowe. Wymknęłam się z domu i poszłam do lasu. Wkurzał mnie świergot ptaków, przestraszyłam się jakiegoś królika. Wdrapałam się na ambonę. Nie potrafiłam nawet zapalić papierosa. Chciałam tam umrzeć. W końcu wróciłam jakoś do domu i poszłam do łóżka. Babci powiedziałam, że mam grypę, czy coś w tym rodzaju. Była zatroskana, ale nie za bardzo zaniepokoił ją mój żałosny stan.

Nad moim łóżkiem wisiał plakat. Była na nim ręka kościotrupa ze strzykawką. Pod spodem było napisane: Taki jest koniec. Zaczęto się od ciekawości. Moja kuzynka twierdziła, że dostała ten plakat w szkole. Nie miałam pojęcia, że mama powiedziała babci, że jestem narkomanką. Gapiłam się na strzykawkę. Na samą strzykawkę. Napisu i tej ręki kościotrupa nie widziałam. Wyobrażałam sobie, że w tej strzykawce jest ćwiartka bezbłędnej, czyściutkiej hery. Strzykawka normalnie wyłaziła do mnie z plakatu. Godzinami gapiłam się na ten kurewski plakat i myślałam, że dostanę zajoba.

Kuzynka prawie cały czas była w pokoju i zachowywała się tak, jakby w ogóle nie widziała, co się ze mną dzieje. Bez przerwy puszczała kasety z jakąś gównianą muzyką i pewnie jej się wydawało, że mnie tym jakoś zajmie. Jak się tak teraz na to patrzy, to nawet wzruszające, jak mi się wtedy starali dogodzić.

Pierwszy dzień odtrucia ciągnął się w nieskończoność. W którymś momencie się zdrzemnęłam i przyśnił mi się jeden taki, którego autentycznie spotykałam w Berlinie. Był już taki poharatany od ciągłego ładowania, że wszędzie miał otwarte rany. Normalnie gnił na żywca. Stopy miał czarne, martwica. Ledwie chodził. Śmierdział na dwa metry tak, że nie dało się wytrzymać. Jak mu ktoś mówił, żeby może poszedł do szpitala, szczerzył zęby jak trupia czaszka. Ten to już autentycznie czekał tylko na śmierć. O nim właśnie myślałam, kiedy patrzyłam na tę strzykawkę albo prawie traciłam przytomność z bólu. Wszystko było jak za pierwszym razem: z potem, smrodem i rzyganiem.

Następnego dnia rano nie wydoliłam, zwlokłam się do budki telefonicznej i zadzwoniłam do mamy. Wyłam i smarkałam w słuchawkę i błagałam, żeby mama pozwoliła mi już wrócić do Berlina.

Mama była kompletnie niewzruszona. Powiedziała: – O, czyżbyś znowu nie za dobrze się czuła? Przecież podobno brałaś narkotyki tylko wyjątkowo, od czasu do czasu. W takim razie nie powinno być tak najgorzej.

W końcu zaczęłam już tylko błagać, żeby mi przysłała ekspresem proszki nasenne. Wiedziałam, że w najbliższym miasteczku jest rynek narkotyków. Wyniuchałam w czasie ostatniego pobytu. Ale nie miałam sił, żeby tam pojechać. Zresztą, przecież nikogo z tamtych nie znałam. Jak narkoman urywa się ze swojego środowiska, to jest kompletnie bezbronny i samotny.

Na szczęście febra znowu trwała tylko cztery dni. Kiedy wszystko minęło, czułam się tylko pusta i wypompowana. Już nawet nie było tego miłego poczucia, że wylazła ze mnie cała trucizna. Znowu miałam wstręt do Berlina, ale na tej wsi też już nie czułam się jak u siebie. Pomyślałam, że po prostu nigdzie nie ma już dla mnie miejsca, i starałam się już dalej nie zastanawiać.

Żeby się otępić, miałam tylko proszki nasenne, które mama przysłała mi o wiele za późno, i wino jabłkowe, którego było pełno u babci w piwnicy. Nagle zrobiłam się strasznie żarta. Zaczynałam rano od czterech albo pięciu bułek, a do popołudnia zdążyłam zawsze wtranżolić dwanaście do piętnastu listków chrupkiego pieczywa z marmoladą. W nocy szłam do ogromnego regału ze słojami śliwek, brzoskwiń i truskawek. Na to wszystko nakładałam sobie jeszcze kupę bitej śmietany, i tak nie mogłam zasnąć do drugiej – trzeciej nad ranem.

W całkiem krótkim czasie przytyłam dziesięć kilo. Wszyscy tam się cieszyli, że mi się brzuch wylewa ze spodni, a tyłek robi coraz grubszy. Tylko ręce i nogi zostały takie cienkie, jak przedtem. Było mi kompletnie wszystko jedno. Po prostu miałam teraz głód żarcia. Już niedługo przestałam włazić w swoje obcisłe dżinsy. Wtedy dostałam od kuzynki porozciągane spodnie w kratkę. Po raz ostatni miałam takie na sobie jako jedenastolatka. Nie robiło mi to żadnej różnicy. Stopniowo znowu zaczęłam się dopasowywać do tych dzieciaków ze wsi. Ale nie traktowałam tego serio. To był dla mnie trip, piękny film, który niedługo znowu musi się skończyć.

Nie rozmawiałam z nikim o narkotykach i wkrótce przestałam nawet o nich myśleć. Nie chciałam sobie psuć tego pięknego filmu. Tylko raz, kiedyś, zaraz jak się skończyła febra, napisałam do Detlefa list i wsadziłam do koperty dwadzieścia marek, za które miał mi przysłać hery. Napisałam tak do Detlefa, któremu powiedziałam, że ma przestać ćpać. Listu jednak potem nie wysłałam, bo sobie wykombinowałam, że Detlef i tak mi nic nie przyśle, tylko sam przećpa te dwie dychy.

Razem z kuzynką zwiedzałyśmy, co było do zwiedzenia w okolicy, prawie codziennie jeździłam konno. Razem z innymi dzieciakami chodziliśmy do kamieniołomów, które kiedyś tam należały do mojego dziadka. Dziadek zdążył przechlać te kamieniołomy, zanim sam zapił się na śmierć. Mama musiała mieć nie najłatwiejsze dzieciństwo.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)