Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
upadając w trawę i osłaniając się rękami przed sypiącymi się drzazgami. Na oślep
wycelowała i posłała Repulso w kierunku, w którym powinien znajdować się
Śmierciożerca. Zaklęcie uderzyło w znajdujące się wokół drzewa, rozsadzając je i
wypełniając powietrze dymem, prochem oraz resztkami kory, ale w ostatniej chwili
zdążyła skoczyć w bok, przeturlać się po ziemi i ukryć za grubym, powalonym na
ziemię konarem.
Miała wrażenie, że każdy oddech rani jej płuca, jakby w powietrzu zamiast tlenu,
znalazły się jedynie igły. Czuła piekące rozcięcia na twarzy, posiekanej resztkami
fruwających wszędzie drzazg.
Zapadła względna cisza, jeśli nie liczyć odległych eksplozji, wybuchów i kakofonii
wykrzykiwanych zaklęć.
Podniosła się i bardzo powoli wysunęła głowę zza pnia, przeszywając badawczym
spojrzeniem zadymioną okolicę.
Powinien gdzieś tam leżeć... Powinien...
- Tu cię mam, ty podstępna zdziro!
Tonks odwróciła głowę, czując przeszywający jej ciało, lodowaty dreszcz i spojrzała
prosto w czubek wycelowanej w siebie różdżki.
*
Powietrze drżało, naelektryzowane wypełniającą ją magią. Snopy zaklęć wzbijały się
w górę, zderzając się ze sobą, lub niczym płonące strzały, mknęły wprost ku
znajdującym się na ziemi wrogom.
Ziemia paliła się, zamieniała w smolistą maź lub w sypki piasek, pochłaniając
każdego, kto okazał się zbyt powolny lub po prostu nieostrożny. Sylwetki walczących
raz po raz rozświetlały eksplozje i erupcje, wrzaski umierających mieszały się z
wykrzykiwanymi klątwami, a zaklęcia ochronne z zabijającymi.
Śmierciożercy nacierali niczym stado rozwścieczonych, złaknionych krwi bestii, ale
zorganizowana obrona drugiej strony, skutecznie odpierała ich ataki. Ministerialne
zaklęcia ochronne rozpościerały się wokół niczym rozkładane pospiesznie parasole,
drżąc pod wpływem uderzającego w nie deszczu klątw. Ziemia wybuchała pod
stopami, zasypując głowy walczących gradem ciemnobrązowej brei.
Aurorzy utworzyli szczelny kordon, ciskając zaklęciami z taką prędkością, że
powietrze przed nimi wydawało się parować. Ich ataki okazały się na tyle skuteczne,
że bez przerwy przesuwali się w przód, zmuszając dużą grupę Śmieciożerców do
cofania się.
Ale pozostali mieli mniej szczęścia. Ich ciała uderzały w ziemię, wstrząsane
konwulsjami, podpalane lub zamieniane w nieruchome posągi. Hermiona widziała na
własne oczy, jak jedna z czarownic rozpadła się dosłownie na proch, a fala
uderzeniowa odrzuciła ją i Rona na kilka metrów w tył. Upadając, wrzasnęła z bólu,
czując chrupnięcie w barku, ale bardzo szybko się podniosła, rozglądając się wokół i
szukając pozostałych.
Na lewo od niej Luna, Neville, Seamus i Dean walczyli z dwójką Śmierciożerców.
Cho i reszta Krukonów zniknęła jej z oczu już jakiś czas temu, kiedy tuż obok
eksplodował krajobraz, zmieniając znajdujących się w samym epicentrum
czarodziejów w zwęglone, porozrzucane szczątki.
- Reducto! - wykrzyknęła, powalając jednego ze Śmierciożerców i obserwując, jak
skumulowane zaklęcia Seamusa i Deana trafiają w drugiego.
- Uważajcie!
Instynktownie zasłoniła głowę rękami, czując świst potężnego zaklęcia. Obok niej
przebiegł auror, wymieniając klątwy z piątką znajdujących się nieopodal
Śmierciożerców.
- Chodźmy stąd! - wrzasnął Ron, łapiąc ją za rękę i ciągnąc z powrotem w stronę
walczących przyjaciół.
Nie było czasu na nic. Na zastanowienie się, na oddech, na zaplanowanie strategii.
Świat wydawał się zaledwie rozmazaną, wibrującą od uderzeń, wybuchów i krzyków
plamą. Jakby wszystko, poza tym wypełnionym śmiercią, popiołem i ogniem
miejscem, przestało istnieć. Każdy oddech wydawał się wiecznością. Jakby czas
rozciągał się, zmuszając zmysły do wykonywania kilkudziesięciu rzeczy na raz.
Poruszanie nogami, wypowiadanie zaklęć, czujność, obserwacja, unik, reakcja...
wszystko w jednym momencie. Pomiędzy jednym a drugim oddechem. Pomiędzy
jednym a drugim uderzeniem serca. I wystarczyło spóźnić się chociaż o ułamek
sekundy, by zmysły zamarły na zawsze.
Hermiona widziała kątem oka, jak auror, który ich wyminął, powalił pięciu
Śmierciożerców, zanim na jego drodze stanął przeciwnik, którego nie był w stanie
pokonać.
Bellatriks.
Jej zaklęcie rozwaliło go na kawałki.
- W nogi! - wykrzyknął Ron w stronę Luny i Gryfonów, ciągnąc Hermionę za sobą
pomiędzy walczącymi. Słyszała za sobą jej wysoki, lodowaty śmiech. Wwiercał się w
mózg niczym natrętny kornik.
- A gdzie to się wybieracie, dzieciaczki? - Głos Bel atriks ociekał trującą słodyczą. -
Ładnie to tak uciekać przed ciocią Bel atriks? Chcę się tylko przywitać...
Eksplozja na lewo od nich niemal zwaliła ich z nóg. Hermiona prawie upadła na
martwe ciało Hestii Jones i tylko dzięki sile Rona była w stanie biec dalej. Seamus,
Dean i reszta byli tuż za nimi, kiedy pędzący niczym huragan powiew wiatru
przewrócił ich wszystkich na ziemię. Hermiona poderwała głowę, patrząc z
niedowierzaniem, jak Śmierciożercy padają, powaleni siłą uderzenia.
- To robota Kingsleya - wysapał Ron, podnosząc się na kolana. - Widzę
Dumbledore'a!
Hermiona podążyła za jego spojrzeniem i na chwilę jej serce zamarło.
Kilkudziesięciu Śmierciożerców okrążyło dyrektora, odgradzając go od reszty
walczących, ale Szatańska Pożoga, którą wokół siebie wyczarował, wydawała się
skutecznie utrzymywać ich na dystans.
Niedaleko nich McGonagall posyłała oślepiające klątwy w kierunku dwojga
Śmierciożerców. Hermiona rozpoznała w nich rodzeństwo Carrow.
Potężny ryk ściągnął jej uwagę z powrotem w stronę dyrektora. Płomienne bestie
zaatakowały Śmierciożerców krążących wokół niego niczym hieny i nagle powietrze
wypełniło się smrodem palonych ciał i upiornym wrzaskiem bólu. Ciemne sylwetki
rozbiegły się, płonąc żywcem niczym przemieszczające się szybko pochodnie.
Aurorzy wykorzystali chwilowy zamęt, atakując ze zdwojoną siłą, ale zakapturzonych
postaci wydawało się w ogóle nie ubywać. Jakby wypełzali spod ziemi,
przypominając stado karaluchów i przynosząc ze sobą jedynie zniszczenie.
Widziała profesora Flitwicka i profesor Sprout walczących z Yaxleyem i kilkoma
innymi Śmierciożercami. Widziała zbudowane z błota, potężne sylwetki,
wyczarowane przez profesor McGonagall, które rzucały się na przeciwników,
pogrążając ich pod zwałami ziemi. Widziała wilkołaka Greybacka, który dopadł
Erniego Macmillana, rozrywając jego ciało na strzępy. Widziała pełzających w błocie
rannych, dobijanych przez zakapturzone postacie, słyszała charczenia, rzężenia i
krótkie, urywane nagle okrzyki bólu.
Podniosła się z ziemi, spoglądając na swoje spodnie i ręce. Pokrywała je brunatno-
czerwona maź, jakby całe pole bitwy zamieniło się w krwawe bagno. Gdzieś na lewo
rozległo się upiorne skamlenie, kiedy Lupin wraz z kilkoma czarodziejami wytworzył
wokół grupki Śmierciożerców świetliste pole i Hermiona patrzyła szeroko otwartymi
oczami, jak ciała wewnątrz zapadały się w sobie, jakby coś je z ogromną siłą
miażdżyło.
Widziała przelatujące nad jej głową ogromne głazy, upadające pomiędzy
Śmierciożerców i toczące się po nich niczym kule bilardowe, zgniatając ich ciała i