Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Bezwłosy okazywał mu teraz neutralny szacunek, o ile nie przyjaźń.
— Podejrzany o grabież — odparł. — Z nim tak zawsze. Pokaż mu stare łachy, a dostaje kota.
— Dlaczego?
— Czort go wie. Wariat i tyle.
Po założeniu skafandrów w śluzie powietrznej głównego biura, Foyle wyprowadził Kempseya na kosmodrom, gdzie dwadzieścia szybów rakietowych wskazywało bladymi paluchami swych wiązek antygrawitacyjnych wiszący na nocnym niebie sierp Ziemi. Zeszli do jednego z szybów, dostali się na pokład jachtu Foyla i tam zdjęli skafandry. Foyle wyjął z szafki butelkę i żądło-ampułkę. Nalał Kempseyowi drinka i odstąpiwszy kilka kroków do tyłu przyglądał mu się z uśmiechem, ważąc żądło-ampułkę w dłoni.
Kempsey, wciąż oszołomiony, wciąż nie posiadający się z radości pociągnął spory łyk whisky.
— Wolny — mamrotał pod nosem. — Pobłogosław mu Boże! Wolny. Nie wiesz nawet przez co tu przeszedłem — popił znowu. — Wciąż nie mogę w to uwierzyć. To jest jak sen. Dlaczego nie startujesz, przyjacielu? Ja… — Kempsey zakrztusił się trunkiem i wypuszczając z rąk szklankę wybałuszył na Foyla przerażone oczy. — Twoja twarz! — wykrzyknął. — Mój Boże, twoja twarz! Co jej się stało?
— Ty jej się stałeś, sukinsynu! — wrzasnął Foyle, wykrzywiając płonącą tygrysią maskę. Sprężył się nagle w sobie i cisnął ampułką jak nożem. Ugodziła Kempseya w szyje i utkwiła w niej drgając. Kempsey zatoczył się.
Foyle przyspieszył, śmignął rozmazaną plamą ku ciału, pochwycił je zanim upadło na podłogę i przeniósł na rufę, do luksusowej kabiny położonej po prawej burcie. Na jachcie znajdowały się dwie kabiny luksusowe i Foyle już zawczasu odpowiednio przygotował obydwie. Kabina po prawej burcie została ogołocona z wyposażenia i przekształcona w salę operacyjną. Foyle przypasał bezwładne ciało Kempseya do stołu operacyjnego, otworzył futerał z narzędziami chirurgicznymi i przystąpił do skomplikowanej operacji, której tego dnia rano nauczył się w drodze hipno-treningu — operacji możliwej do przeprowadzenia tylko dzięki pięciokrotnemu przyspieszeniu wykonywanych przezeń ruchów.
Przeciął skórę i powieź, przepiłował się przez żebra klatki piersiowej, odsłonił serce, wyciął je, a żyły i arterie podłączył do skomplikowanej, pompy krwi stojącej obok stołu. Włączył pompę. Od momentu rozpoczęcia operacji upłynęło zaledwie dwadzieścia sekund czasu obiektywnego. Nałożył na twarz Kempseya maskę tlenową i włączył ssąco-tłoczącą pompę tlenu.
Wyłączył przyspieszenie swego ciała, zmierzył Kempseyowi temperaturę, zaaplikował mu serię dożylnych zastrzyków pobudzających i czekał. Krew, bulgocząc, płynęła przez pompę j ciało Kempseya. Po pięciu minutach Foyle zdjął mu maskę tlenową. Proces oddychania trwał nadal dzięki odruchowi bezwarunkowemu. Kempsey nie miał serca, ale żył. Foyle usiadł przy stole operacyjnym i czekał. Na twarzy pałało mu wciąż szkarłatne piętno.
Kempsey był ciągle nieprzytomny.
Foyle czekał.
Kempsey ocknął się z krzykiem.
Foyle zerwał się z krzesła, zacisnął pasy i pochylił się nad pozbawionym serca człowiekiem.
— Cześć, Kempsey — powiedział.
Kempsey krzyknął.
— Spójrz na siebie, Kempsey. Jesteś martwy.
Kempsey zemdlał. Foyle ocucił go, nakładając mu maskę tlenową.
— Pozwól mi umrzeć, na miłość boską!
— Co ci jest? Boli? Ja umierałem sześć miesięcy i nie skamlałem.
— Daj mi umrzeć.
— Wszystko w swoim czasie, Kempsey. Twój blok sympatyczny jest zneutralizowany, ale pozwolę ci umrzeć, kiedy nadejdzie na to pora i jeśli będziesz grzeczny. Byłeś na pokładzie „Vorgi” szesnastego sierpnia 2436 roku?
— Zaklinam cię na Chrystusa, daj mi umrzeć.
— Byłeś wtedy na pokładzie „Vorgi”?
— Tak.
— Minęliście w kosmosie wrak. Wrak „Nomada”. Wzywał pomocy, a wy jej mu nie udzieliliście, tak?
— Tak.
— Dlaczego?
— Chryste! O Chryste, dopomóż mi!
— Dlaczego?
— O Jezu!
— To ja byłem na „Nomadzie”, Kempsey. Dlaczego zostawiliście mnie tam, żebym zgnił?
— Słodki Jezu, dopomóż mi! Chryste, wybaw mnie!
— Ja ciebie wybawię, Kempsey, jeśli będziesz odpowiadał na pytania. Dlaczego zostawiliście mnie, żebym tam zgnił?
— Nie mogliśmy cię zabrać.
— Dlaczego?
— Mieliśmy na pokładzie uchodźców.
— Aha! A więc słusznie się domyślałem. Transportowaliście uchodźców z Callisto?
— Tak.
— Ilu?
— Sześciuset.
— To sporo, ale mogliście przecież zrobić miejsce dla jeszcze jednej osoby. Dlaczego mnie nie zabraliście?
— Wyrzucaliśmy tych ludzi.
— Co!? — krzyknął Foyle.
— Za burtę… wszystkich… sześciuset. Rozbieraliśmy ich do naga… zabieraliśmy im ubrania, pieniądze, klejnoty, bagaże… Wypychaliśmy ich partiami przez śluzę powietrzną. Chryste! Te ubrania na całym statku… Te wrzaski… Jezus! Gdybym mógł to zapomnieć! Nagie kobiety… całe sine… rozrywające się w próżni… lecące za statkiem…Te ubrania na całym statku… Sześciuset… Wyrzuconych.
— Ty sukinsynu! Oszukaliście tych ludzi? Wzięliście od nich pieniądze nie mając nawet zamiaru przewieźć ich na Ziemie.?
— Tak, oszukaliśmy ich.
— I to dlatego mnie nie zabraliście?
— I tak musielibyśmy cię wyrzucić.
— Kto wydał ten rozkaz?
— Kapitan.
— Nazwisko?
— Joyce. Lindsey Joyce.
— Adres?
— Kolonia Skopców, Mars.
— Co!? — Foyle był oszołomiony. — On jest Skopcem? Chcesz przez to powiedzieć, że po całym roku tropienia nie mogę go tknąć… nie mogę nic mu zrobić… nie mogę doprowadzić do tego, żeby czuł to co ja czułem? — odwrócił się od rozciągniętego na stole operacyjnym, torturowanego człowieka, cierpiąc na równi z nim torturę pokrzyżowanych planów. — Skopiec! Jedyna rzecz, której nigdy bym się nie spodziewał… przygotowując dla niego tę luksusową kabinę na lewej burcie… Co robić? Na Boga, co robić? — ryczał z wściekłości, a piętno na jego twarzy zdawało się być żywe.
Wyrwał go z tego stanu rozpaczliwy jęk Kempseya. Odwrócił się z powrotem twarzą do stołu operacyjnego i pochylił się nad rozprutym ciałem.
— Podsumujmy to ostatecznie. Rozkaz wyrzucenia uchodźców za burtę, wydał ten Skopiec, Lindsey Joyce?
— Tak.
— I on kazał mnie pozostawić na pastwę losu?
— Tak, tak, tak. Dosyć. Daj mi już umrzeć.
— A żyj, ty świnio… ty ohydny, nieczuły skurwysynie! Żyj bez serca. Żyj i cierp. Utrzymam cię przy życiu na zawsze, ty…
Kątem oka dostrzegł Foyle niesamowity błysk światła. Podniósł głowę. Przez wielki, kwadratowy iluminator luksusowej kabiny prawej burty zaglądał do środka jego płonący sobowtór. Zanim zdążył dopaść do iluminatora, płonący człowiek znikł.
Foyle wypadł z kabiny i popędził na dziób, do sterowni głównej, skąd z pęcherza obserwacyjnego ogarniał wzrokiem 270 stopni przestrzeni. Płonącego Człowieka nigdzie nie było widać.
— Wydawało mi się — mruknął do siebie. — To nie mogła być jawa. To był znak, szczęśliwy znak… To Anioł Stróż. Ocalił mnie już na Schodach Hiszpańskich. Mówi mi, żebym nie rezygnował i odszukał Lindseya Joyce’a.
Przypiął się pasami w fotelu pilota, włączył silniki odrzutowe jachtu i gwałtownym ruchem dźwigni dał pełne przyspieszenie.
— Lindsey Joyce, Kolonia Skopców, Mars — myślał, wtłoczony głęboko w pneumatyczny fotel. — Skopiec… Pozbawiony zmysłów, uczuć rozkoszy i bólu. Ucieczka w stoicką krańcowość. Jak mam go ukarać? Jak torturować? Umieścić go w kabinie lewej burty i pokazać co czułem na pokładzie „Nomada”? Psiakrew! To tak, jakby umarł. On przecież jest martwy. Musze znaleźć sposób, aby ożywić to martwe ciało i doprowadzić do tego, żeby poczuło ból. Żeby być już tak blisko końca i ujrzeć, jak drzwi zatrzaskują ci się przed nosem… Co za cholerne zniweczenie moich wszystkich planów. Zemsta jest po to, aby o niej śnić… nigdy po to, aby wprowadzić ją w czyn.