Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 62
Перейти на страницу:

— Możesz? Po dzisiejszym bombardowaniu? Spróbuj.

Był zaskoczony jej buńczuczną postawą.

— Skąd mam wiedzieć, że nie blefujesz?

— Uchylę rąbka tajemnicy. Pamiętasz tego człowieka z Australii?

— Forresta?

— Tak. Próbował wyjawić ci nazwiska załogi. Pamiętasz to jedyne nazwisko, które zdołał powiedzieć zanim umarł?

— Kemp.

— Umarł zanim skończył mówić. To nazwisko brzmi Kempsey.

— I to ten twój ślad?

— Tak. Kempsey. Nazwisko i adres jeśli obiecasz, że pozwolisz mi odejść.

— Zgadzam się — powiedział. — Możesz odejść. Mów.

Odwróciła się i podeszła do ubrania podróżnego, które miała na sobie w Szanghaju. Z jednej z kieszeni wyciągnęła arkusik nadpalonego papieru.

— Zobaczyłam to na biurku Sergeia Orela, kiedy próbowałam ugasić ogień… ogień, który wzniecił Płonący Człowiek… — Wręczyła arkusik Foylowi.

Był to fragment błagalnego listu:

„… zrób coś, żeby mnie wydostać z tych pól bakteryjnych. Czy człowiek tylko dlatego, że nie potrafi jauntować, ma być traktowany jak pies? Pomóż mi Serg, proszę cię. Pomóż staremu kamratowi ze statku, którego nazwy lepiej nie wspominajmy. Możesz chyba wydać 100 kredytek. Pamiętasz ile wyświadczyłem ci przysług? Przyślij 100 albo chociaż 50 kredytek. Nie daj mi tu zginąć.

Rodg Kempsey

Barak Nr. 3

Bacteria, Inc.

Mare Nubium

Księżyc”

— Na Boga! — wykrzyknął Foyle. — To jest ślad. Teraz nie może nam się nie udać. Już my będziemy wiedzieli co robić. Wyśpiewa wszystko… wszystko. — Uśmiechnął się do Robin. -Jutro w nocy lecimy na Księżyc. Zarezerwuj bilety. Albo nie. W związku z nalotem mogą z tym być kłopoty. Kup jakiś statek. Tak czy owak nie powinien teraz kosztować drogo.

— Mówisz „my”? — odezwała się Robin. — Myślisz chyba o sobie.

— Nie, myślę o nas — odparł Foyle. — Lecimy na Księżyc. Oboje.

— Ja odchodzę.

— Nigdzie nie odchodzisz. Zostajesz ze mną.

— Ale przecież obiecałeś…

— Zmądrzej wreszcie, dziewczyno. Musiałem obiecać ci co chciałaś, żeby się tego od ciebie dowiedzieć. Teraz potrzebuje cię bardziej niż kiedykolwiek. Tu nie chodzi o „Vorgę”. Z „Vorgą” sam sobie poradzę. Potrzebna mi jesteś do czegoś ważniejszego.

Popatrzył na jej twarz, na której malował się wyraz niedowierzania i uśmiechnął się smutnie.

— Niedobrze, mała. Gdybyś dała mi ten list dwie godziny temu, dotrzymałbym słowa. Ale teraz jest już za późno. Potrzebuję sekretarki do spraw Romansów. Zakochałem się w Olivii Presteign.

Płonąc gniewem zerwała się na nogi.

— „Kochasz ją? Olivię Presteign? Kochasz tego białego trupa?” — Przejmująca furia jej telenadawanie była dlań wstrząsającym odkryciem.

— „No to teraz mnie straciłeś. Straciłeś na zawsze. Teraz cię zniszczę!”

Znikneła.

ROZDZIAŁ 12

W Kwaterze Centrali Wywiadowczej w Londynie kapitan Yáng-Yeovil wertował napływające raporty z szybkością sześciu na minutę. Informacje przekazywane były za pomocą telefonu, telegrafu, dalekopisu i jauntingu. Wyłaniał się z nich szybko obraz zniszczeń, jakie pociągnęło za sobą bombardowanie.

ATAKIEM ZOSTAŁY OBJĘTE AMERYKI PÓŁNOCNA I POŁUDNIOWA W PASIE ZAWIERAJĄCYM SIĘ MIĘDZY 60 A 120 STOPNIEM DŁUGOŚCI GEOGRAFICZNEJ ZACHODNIEJ. OD LABRADORU NA PÓŁNOCY PO EKWADOR NA POŁUDNIU. SZACUJE SIĘ, ŻE PRZEZ EKRAN PRZECHWYTUJĄCY PRZEDARŁO SIĘ OKOŁO DZIESIĘCIU PROCENT (10%) CAŁKOWITEJ LICZBY POCISKÓW. OFIARY ŚMIERTELNE W LUDZIACH SZACUJE SIĘ NA 10 DO 12 MILIONÓW…

— Gdyby nie jaunting — powiedział Yáng-Yeovil — straty byłyby pięciokrotnie wyższe. Mniejsza z tym, to był prawie nokaut. Jeszcze jedno takie uderzenie i Ziemia jest skończona.

Słowa te kierował do asystentów wjauntowujących się i wyjauntowujących z jego biura, pojawiających się i znikających, rzucających meldunki na jego biurko oraz nanoszących dane i równania na szklaną tablicę pokrywającą całą ścianę. Nieformalność była tu zasadą, więc Yáng-Yeovil zdziwił się wielce i zaczął wietrzyć jakiś podstęp, gdy jeden z dyżurnych zapukał służbiście do drzwi, po czym wszedł do gabinetu przyjmując wyszukanie sztywną postawę.

— Co to znowu za kawały? — spytał Yáng-Yeovil.

— Jakaś dama do ciebie, Yeo.

— Czy to pora na komedie? — Powiedział rozwścieczonym tonem Yáng-Yeovil. Wskazał palcem na widniejące na przezroczystej tablicy równania Whiteheada, opisujące obraz zniszczeń. — Przeczytaj to i zetrzyj wychodząc.

— To bardzo specjalna dama, Yeo. Twoja Wenus ze Schodów Hiszpańskich.

— Kto? Jaka znowu Wenus?

— Twoja Wenus z Kongo.

— Ach, ta? — Yáng-Yeovil zawahał się przez moment. — Wprowadź ją.

— Porozmawiasz z nią prywatnie, ma się rozumieć?

— Żadne ma się rozumieć. Toczy się wojna. Zajmij się lepiej nadchodzącymi meldunkami, ale przedtem uprzedź wszystkich, żeby zwracając się do mnie używali Tajnej Mowy.

Do biura weszła Robin Wednesbury wciąż jeszcze ubrana w podartą, białą suknię wieczorową. Nie tracąc czasu na przebieranie, jauntowała się natychmiast z Nowego Jorku do Londynu. Jej twarz, chociaż przemęczona, była śliczna. Yáng-Yeovil obrzucił ją taksującym spojrzeniem, co nie trwało dłużej jak ułamek sekundy i stwierdził, iż pierwsze wrażenie, jakie odniósł na Schodach Hiszpańskich nie było pomyłką. Robin również przyjrzała mu się uważnie i jej oczy rozszerzyły się.

— Przecież pan jest kucharzem ze Schodów Hiszpańskich! Angelo Poggi!

Jako oficer Wywiadu Yáng-Yeovil był świetnie przygotowany do tego typu kryzysowych sytuacji.

— Nie jestem kucharzem, madame. Nie miałem czasu, aby powrócić do swej normalnej, fascynującej osobowości. Proszę usiąść Miss…

— Wednesbury. Robin Wednesbury.

— Czarująco. Jestem kapitan Yáng-Yeovil. Jak to miło z pani strony, że mnie pani odwiedza. Oszczędziła mi pani wielu długich i żmudnych poszukiwań.

— „A… Ale ja nie rozumiem. Co w takim razie robiłeś na Schodach Hiszpańskich? Czego tam szukałeś…”

Yáng-Yeovil zauważył, że dziewczyna nie porusza ustami.

— Ach? Pani jest telepatką, Miss Wednesbury? Jak to możliwe? Myślałem, że znam wszystkich telepatów w układzie.

— „Nie jestem pełną telepatką. Jestem tylko telenadawczynią. Mogę tylko wysyłać myśli, ale nie potrafię ich odbierać.”

— Co, oczywiście, czyni panią bezwartościową dla świata. Rozumiem. — Yáng-Yeovil zrobił do Robin pełne sympatii oczko. — Co za paskudny pech, Miss Wednesbury… żeby zostać wyposażonym we wszystkie wady telepatii, i jednocześnie być pozbawionym wszystkich jej dobrych stron. Szczerze pani współczuję. Proszę mi wierzyć.

— „Coś takiego! Jest pierwszym, który zrozumiał to sam, bez tłumaczenia.”

— Ostrożnie, Miss Wednesbury, odbieram panią. Przejdźmy teraz do Schodów Hiszpańskich, dobrze?

Zamilkł, wsłuchując się uważnie w strumień wysyłanych przez nią myśli:

— „Na kogo tam polował? Czyżby na mnie? Nieprzyja… O Boże! Czy będą mnie torturować? Wyciągać… informacje? Ja…”

— Moja droga pani — powiedział łagodnie Yáng-Yeovil. Ujął życzliwie jej dłoń i poklepał ją uspokajająco. — Proszę mnie przez chwilę posłuchać. Nie ma się pani czego obawiać. Najwyraźniej w tym konflikcie stoi pani po przeciwnej stronie barykady, tak?

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)