Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 62
Перейти на страницу:

— Co takiego?

— „Nie mogę jej zrozumieć.”

— Nie wydała rozkazu porzucenia mnie w kosmosie?

— „Boje się w nią wchodzić.”

— Wchodź, mały sukinsynu, albo rozerwę cię na sztuki. Co ona ma na myśli?

Dzieciak wył; kobieta skręcała się; Foyle szalał z wściekłości:

— Wchodź w nią! Wchodź! Wyciągnij to z niej. Jezu Chryste, dlaczego jedyny telepata na Marsie musi być dzieciakiem? Sigurd! Sigurd, posłuchaj. Zapytaj ją: Czy to ona wydała rozkaz wyrzucenia za burtę uchodźców?

— „Nie. Nie!”

— To znaczy nie wydała, czy ty w nią nie wejdziesz?

— „Ona go nie wydała.”

— Czy to ona wydała rozkaz pozostawienia „Nomada” własnemu losowi?

— „Ona jest spaczona i chora. Och, proszę! NIA-NIUUU! Chce do domu. Chce stąd wyjść.”

— Czy to ona wydała rozkaz pozostawienia „Nomada” własnemu losowi?

— „Nie.”

— Nie wydała?

— „Nie. Odprowadź mnie do domu.”

— Spytaj jej, kto go wydał.

— „Chcę do mojej niani.”

— Spytaj, kto mógł jej rozkazywać. Była kapitanem na swoim własnym statku. Kto mógł jej rozkazywać. Spytaj ją o to.

— „Chcę do mojej niani.”

— Zapytaj ją.

— „Nie. Nie. Nie. Boję się. Ona jest chora. Ona jest ciemna i czarna. Ona jest zła. Nie rozumiem jej. Chcę do mojej niani. Chcę do domu.”

Dzieciak wrzeszczał i trząsł się na całym ciele; Foyle krzyczał. Echo huczało. W momencie, gdy Foyle wyciągnął rękę chcąc zatkać Sigurdowi usta, oślepiło go jaskrawe światło. Całe katakumby oświetlał Płonący Człowiek. Przed Foylem stał w płonącym ubraniu jego sobowtór o straszliwej twarzy i błyszczącymi oczyma wpatrywał się w Skopca, którego nazwisko brzmiało Lindsey Joyce.

Płonący Człowiek otworzył swe tygrysie usta. Wydobył się z nich zgrzytliwy dźwięk, przypominając ognisty śmiech.

— Ona cierpi — usłyszał Foyle.

— Kim jesteś? — wyszeptał.

Płonący Człowiek skrzywił się z bólu.

— Za jasno — jęknął. — Mniej światła.

Foyle postąpił krok naprzód i Płonący Człowiek zasłonił dłońmi uszy. Na jego twarzy malowała się śmiertelna udręka.

— Za głośno — krzyknął. — Poruszaj się ciszej.

— Czy jesteś moim Aniołem Stróżem?

— Oślepiasz mnie. Sza! — powiedział Płonący Człowiek i nagle roześmiał się znowu. — Posłuchaj jej. Ona krzyczy. Ona błaga. Ona nie chce umierać. Ona nie chce cierpieć. Słuchaj jej.

Foyle zadrżał.

— Ona nam mówi, kto wydał ten rozkaz. Czy nie słyszysz? Słuchaj oczyma — Płonący Człowiek wskazał szponiastym palcem na skręcającego się w konwulsjach Skopca. — Ona mówi: Olivia.

— Co?!

— Ona mówi Olivia. Olivia Presteign. Olivia Presteign. Olivia Presteign.

Płonący Człowiek zniknął.

W katakumbach znowu zapanowały ciemności.

Wokół Foyla wirowały kolorowe światła i kakofonia ech. Dyszał ciężko i chwiał się na nogach.

— Ślepy Jaunting — mruczał. — Olivia. Nie. Nie. Nigdy. Olivia…

Poczuł jak jego dłoni dotyka jakaś inna dłoń.

— Jiz? — wyrzęził.

I dopiero teraz uświadomił sobie, że to Sigurd Magsman trzyma go za rękę i płacze. Wziął chłopca na ręce.

— „Cierpię” — wychlipał Sigurd.

— Ja też cierpię, synu.

— „Chcę do domu.”

— Zaraz cię tam odprowadzę.

Ciągle trzymając chłopca na rękach powlókł się przez katakumby.

— Śmierć za żyda — mamrotał do siebie. — Dołączyłem do nich.

Znalazł kamienne stopnie prowadzące z podziemi do budynku monastyru. Wspinał się po nich mozolnie, rozkoszując się myślą o śmierci i swym nieutulonym żalem. Dostrzegł nad sobą jasne światło i przez chwile myślał, że to już świt. Potem zdał sobie sprawę, że cały klasztor skąpany jest w potokach sztucznego światła. Słyszał tupot obutych stóp i niski pomruk wydawanych komend. Przystanął w połowie schodów i wziął się w garść.

— Sigurd — szepnął — kto jest na górze? Wybadaj to.

— „Wojsko” — odparł dzieciak.

— Żołnierze? Jacy żołnierze?

— „Komandosi” — pomarszczona twarz Sigurda rozjaśniła się — „Przyszli po mnie. Chcą mnie zabrać do niani. TUTAJ JESTEM! TUTAJ JESTEM!”

Telepatycznemu wrzaskowi odpowiedziały okrzyki na górze. Foyle przyspieszył i przemierzając resztę schodów wpadł rozmazaną plamą do klasztoru. Znalazł się w czworokącie romańskich łuków, okalających zielony trawnik. Pośrodku trawnika rósł gigantyczny, libański cedr. Wytyczone chorągiewkami ścieżki roiły się od doborowych oddziałów komandosów i Foyle stanął oko w oko z równym sobie przeciwnikiem, bowiem w chwile po dostrzeżeniu wypadającej z katakumb na powierzchnię rozmazanej plamy, komandosi przyspieszyli również, przemieniając się dla świata zewnętrznego w identyczne, poruszające się błyskawicznie plamy.

Ale Foyle miał ze sobą chłopca. Tylko dzięki temu nie został z miejsca ostrzelany. Unosząc w ramionach Sigurda przemknął przez klasztor niczym uczestnik biegu z przeszkodami gnający do mety. Nikt nie ważył się zastąpić mu drogi, bowiem czołowe zderzenie dwóch ciał pozostających pod pięciokrotnym przyspieszeniem pociągnęłoby za sobą fatalne dla obu skutki. Dla postronnego obserwatora, cały ten karkołomny pościg wyglądał jak trwający pięć sekund zygzak błyskawicy.

Foyle wyprysnął z klasztoru, przeleciał jak strzała przez nawę główną monastyru, minął w pełnym pędzie labirynt i dopadł do publicznej jauntrampy za główną bramą. Tam zatrzymał się, wyłączył przyspieszenie i jauntował się na odległy o pół mili kosmodrom. Kosmodrom był również rzęsiście oświetlony i roił się od Komandosów. Każdy szyb antygrawitacyjny zajęty był przez statek Brygady. Jego własny jacht znajdował się pod strażą.

W jedną piątą sekundy po pojawieniu się na kosmodromie Foyla, przyjauntowała tam za nim pogoń z monastyru. Rozejrzał się rozpaczliwie dokoła. Otaczało go pół regimentu Komandosów; wszyscy pod przyspieszeniem; wszyscy gotowi do walki na śmierć i życie; wszyscy dorównujący mu sprawnością albo przewyższający go w niej. Szanse na zwycięstwo były żadne.

I wtedy Satelity Zewnętrzne odwróciły te szanse. Dokładnie w tydzień po nalocie na Ziemię uderzyły na Marsa.

Pociski spadły znowu na tę pogrążoną w mroku nocy ćwiartkę planety, na której minęła już północ, a nie nastał jeszcze świt. Znowu niebiosa zamigotały wybuchami przechwytywanych przez system obronny bomb, horyzont eksplodował wielkimi kłębami światła, a ziemia drżała od detonacji pocisków docierających do celu. Tym jednak razem nastąpiło upiorne urozmaicenie, gdyż oto na niebie rozerwała się oślepiająco jasna nova, oblewając nocną półkule globu jaskrawym światłem. To rój głowic nuklearnych zderzył się z maleńkim satelitą Marsa — Fobosem, zmieniając go w jednej chwili w obłok pary.

Zaskoczenie, jakie wywołał wśród Komandosów ten przerażający atak, dało Foylowi szansę. Przyspieszył ponownie i przedarł się przez kordon zdezorientowanych żołnierzy do swego jachtu. Zatrzymał się przed lukiem głównym, którego strzegł oszołomiony oddział wartowniczy, wahający się czy kontynuować starą akcję, czy też zareagować na zaistniałą sytuację. Foyle z całych sił cisnął Sigurda Magsmana w powietrze jak starożytny Szkot miotający pniakiem i gdy oddział wartowniczy rzucił się jak jeden mąż, aby pochwycić chłopca, zanurkował miedzy nimi i wpadł przez luk do jachtu zatrzaskując za sobą klapę i ryglując ją.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)