Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Skinęła głową.
— Tak się nieszczęśliwie składa, że nie to nam teraz w głowie. A co do wyciągania informacji od podejrzanych i szatkowania ich w tym celu, to tylko propaganda.
— Propaganda?
— Nie jesteśmy partaczami, Miss Wednesbury. Wiemy jak wyciągać informacje bez cofania się do średniowiecza. Legendę o torturach rozpuściliśmy po to, aby zawczasu zmiękczyć ludzi, zanim jeszcze wpadną w nasze ręce.
— „Czy to prawda? Nie, on kłamie. To podstęp.”
— To prawda, Miss Wednesbury. Często postępuję przebiegle, ale w pani przypadku nie jest to konieczne. Przecież przyszła tu pani z własnej, nieprzymuszonej woli, aby podzielić się z nami informacjami.
— „On jest zbyt zręczny… zbyt bystry… On…”
— Myśli pani jak osoba, którą niedawno boleśnie oszukano, Miss Wednesbury. Boleśnie dotknięto.
— Tak właśnie było. Właśnie tak. „Głównie z mojej winy. Jestem głupia. Beznadziejnie głupia.”
— Głupia pani nie jest na pewno, Miss Wednesbury, a już na pewno nie beznadziejnie. Nie wiem co tak zdruzgotało pani opinię o sobie samej, ale postaram się to naprawić. No więc… została pani oszukana, tak? Głównie z własnej winy? Wszyscy w takich przypadkach powinniśmy mieć pretensje tylko do siebie. Ale ktoś pani w tym dopomógł. Kto to był?
— Jeśli powiem, zadenuncjuję go.
— Niech więc mi pani nie mówi.
— Ale ja musze odnaleźć moją matkę, i siostry… jemu już nie mogę ufać… Muszę to zrobić sama. — Robin wzięła głęboki oddech. — Chce panu powiedzieć o człowieku nazwiskiem Gulliver Foyle.
Yáng-Yeovil od razu przystąpił do wypełniania obowiązków służbowych.
— Czy to prawda, że przybył na przyjęcie pociągiem? — spytała Olivia Presteign. — Odkrytym wagonem ciągniętym przez lokomotywę? Cóż za cudowne zuchwalstwo.
— Tak, to nadzwyczajny młodzieniec — odparł Presteign. Stał z córką, stalowosiwy i stalowotwardy, w holu recepcyjnym swego domu. Strzegł jej honoru i życia, oczekując powrotu służby i personelu z ratuj-się-kto-może jauntingu. Z niewzruszonym spokojem gawędził z Olivią, ani przez chwilę nie dopuszczając do tego, by uświadomiła sobie w jak śmiertelnym znajduje się niebezpieczeństwie.
— Jestem zmęczona, ojcze.
— Tak, to była ciężka noc, moja droga. Ale nie odchodź jeszcze, proszę.
— Dlaczego?
Presteign nie chciał jej niepokoić wyjaśnieniem, że z nim będzie bezpieczniejsza.
— Czuję się osamotniony, Olivio. Porozmawiajmy kilka minut.
— Uczyniłam coś wymagającego odwagi, ojcze. Obserwowałam atak z ogrodu.
— Moja droga! Sama?
— Nie. Był ze mną Fourmyle.
Drzwiami frontowymi, które Presteign zamknął na klucz, zaczęło wstrząsać potężne walenie.
— Co to?
— Łupieżcy — odparł spokojnym głosem Presteign. — Nie obawiaj się, Olivio. Nie wtargną tutaj. — Podszedł do stołu i starannie, jakby układał pasjansa, rozłożył na nim arsenał broni.
— Nic nam nie grozi, kochanie. — Spróbował odciągnąć jej uwagę od nieustającego łomotu — Mówiłaś coś o Fourmyle’u…
— Ach tak. Oglądaliśmy wszystko razem… opisując sobie nawzajem bombardowanie.
— Bez damy do towarzystwa? To nie było rozważne, Olivio.
— Wiem, wiem. Zachowałam się haniebnie. Wydawał mi się taki wielki, tak pewny siebie, że potraktowałam go w stylu Lady Hauteur. Pamiętasz Miss Post, moją guwernantkę, która była tak sztywna i powściągliwa, że przezwałam ją Lady Hauteur? Postępowałam tak, jak Miss Post, a on się wściekał, ojcze. To dlatego przyszedł potem szukać mnie do ogrodu.
— I pozwoliłaś mu pozostać? Jestem wstrząśnięty, moja droga.
— Ja również. Teraz wydaje mi się, że na wpół postradałam zmysły z podniecenia. Jak on wygląda, ojcze? Powiedz mi, proszę, jak on dla ciebie wygląda?
— Jest wielki. Wysoki, bardzo śniady i raczej zagadkowy. Jak Borgia. Sprawia wrażenie kogoś, kto nie może się zdecydować czy być pewnym siebie, czy okrutnym.
— Ach, zatem jest okrutny? Sama to zauważyłam. Cały promieniuje niebezpieczeństwem. Większość ludzi ledwie iskrzy, a on wygląda jak piorun. To strasznie fascynujące.
— Moja droga — zaprotestował łagodnie Presteign — niezamężne niewiasty są zbyt skromne, aby dyskutować o takich sprawach. Nie byłbym zadowolony gdybyś zaczęła utrzymywać jakieś romantyczne stosunki z takim parweniuszem jak Fourmyle z Ceres.
Do holu recepcyjnego wjauntował się personel Presteigna: kucharze, kelnerki, odźwierni, gońcy, stangreci, kamerdynerzy i pokojówki. Wszyscy byli jeszcze roztrzęsieni i mieli miny winowajców. Wstydzili się swej ucieczki przed śmiercią.
— Opuściliście swoje posterunki. Zostanie to wam zapamiętane — powiedział chłodno Presteign. — Moje bezpieczeństwo i honor są znowu w waszych rękach. Strzeżcie ich. Lady Olivia i ja udajemy się na spoczynek.
Ujął córkę pod rękę i poprowadził ją schodami na górę.
— Krew i pieniądze — mruknął po drodze.
— Słucham, ojcze?
— Myślałem o naszej rodzinnej wadzie, Olivio. Dziękowałem Bóstwu, że jej nie odziedziczyłaś.
— Co to za wada?
— Nie ma potrzeby, żebyś o niej wiedziała. To wada, którą ma również Fourmyle.
— Ach, więc on jest grzeszny? Wiem o tym. On jest niczym Borgia, sam to powiedziałeś. Grzeszny Borgia o czarnych oczach i liniach na twarzy. To musi być chyba jakiś wzór.
— Wzór, moja droga?
— Tak. Na jego twarzy dostrzegłam dziwny rysunek… to nie była zwykła elektryczność wytwarzana przez mięśnie i nerwy. To coś leży głębiej pod skórą. Zafascynowało mnie to od samego początku.
— A jaki to wzór?
— Fantastyczny… Cudownie diabelski. Mogę ci go narysować. Daj mi tylko coś do pisania.
Zatrzymali się przed liczącą sobie sześćset lat szafką Chippendale’a. Presteign wyjął z niej kryształową płytkę oprawioną w srebrną ramkę i podał ją Olivii. Dotknęła płytki czubkiem palca i na jej powierzchni pojawiła się czarna plamka. Posunęła palcem i plamka wyciągnęła się w linie. Szybkimi ruchami naszkicowała straszliwe wiry i zawijasy diabelskiej maski.
Saul Dagenham opuścił ciemną sypialnie. W chwilę później zalało ją światło z rozjaśniającej się ściany. Mogłoby się wydawać, że sypialnia Jisbelli odbija się w jakimś gigantycznym zwierciadle, gdyby nie pewien drobny szczegół: Jisbella leżała w łóżku sama, natomiast na domniemanym odbiciu, na krawędzi łóżka siedział samotnie Saul Dagenham. Lustro było w rzeczywistości taflą szkła ołowiowego, oddzielającą dwa identyczne pokoje. Dagenham właśnie włączył w swoim światło.
— Miłość z zegarkiem w ręku — rozległ się z głośnika głos Dagenhama. — Wstrętne.
— Nie, Saul, wcale nie.
— Frustrujące.
— Ależ skąd.
— Ale unieszczęśliwiające.
— Nie. Nie bądź zachłanny. Ciesz się tym, co masz.
— To więcej niż miałem kiedykolwiek. Jesteś wspaniała.
— A ty jesteś ekstrawagancki. Połóż się już spać, kochanie. Jutro idziemy na narty.
— Nie, nie mogę… W moich planach zaszły pewne zmiany. Muszę popracować.
— Och, Saul… Obiecałeś. Koniec z pracą, z tym ciągłym zdenerwowaniem, zabieganiem… Nie dotrzymasz danego raz przyrzeczenia?