Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
I nagle znowu stała się Lady Olivią, pełną gracji Śnieżną Dziewicą.
— Szkoda, że bombardowanie już się skończyło, mój drogi Fourmyle. Już po przedstawieniu. Cóż to było za podniecające preludium Nowego Roku. Dobranoc.
— Dobranoc? — powtórzył za nią z niedowierzaniem w głosie.
— Dobranoc — powiedziała jeszcze raz. — Doprawdy, mój drogi Fourmyle, tak dalece brak ci ogłady, że nigdy nie wiesz kiedy jesteś niepożądany? Możesz już odejść. Dobranoc.
Wahał się przez chwile szukając słów, a nie znalazłszy odwrócił się i chwiejnym krokiem opuścił gmach. Drżał z podniecenia i oszołomienia. Szedł jak ślepiec, nie zwracając uwagi na otaczający go chaos i zniszczenie. Horyzont oświetlało teraz czerwone morze płomieni. Falowe naloty gwałtownie wstrząsnęły atmosferą i nad pogorzeliskiem hulały w dziwnych porywach nieustające wiatry. Potężne eksplozje tak silnie wstrząsnęły miastem, że ulice zawalone były cegłami z przewróconych ścian domów, oberwanymi gzymsami, szkłem z potłuczonych szyb i wszelkiego rodzaju żelastwem, chociaż na Nowy Jork nie wykonano bezpośredniego ataku.
Ulice były wyludnione; miasto opustoszało. W rozpaczliwym poszukiwaniu bezpiecznego schronienia jauntowali się wszyscy mieszkańcy Nowego Jorku… każdego innego miasta. Każdy jauntował do granic swoich możliwości… pięć mil, pięćdziesiąt mil, pięćset mil. Niektórzy wjauntowali się w samo centrum bezpośredniego uderzenia. Tysiące zginęły w jaunt-eksplozjach, bowiem jauntrampy publiczne nie były przystosowane do sprostania takiemu masowemu exodusowi.
Foyle otrzeźwiał na widok pojawiającej się na ulicy Brygady Ratowniczej ubranej w białe pancerze. Adresowany doń kategoryczny sygnał ostrzegł, iż mają zamiar go wcielić z natychmiastowym skutkiem w szeregi służby porządkowej. Problemem ery jauntingu było nie to, jak ewakuować ludność z zagrożonego miasta, ale jak ją później ściągnąć z powrotem i zmusić do przywrócenia porządku. Foyle nie miał zamiaru spędzać najbliższego tygodnia na walce z pożarami i użeraniu się z szabrownikami. Przyspieszył i wymknął się Brygadzie Ratowniczej.
Zwolnił dopiero na Piątej Alei. Przyspieszanie kosztowało go tak dużo energii, że niechętnie włączał je na dłużej niż kilka chwil. Długie okresy przyspieszania, wymagały potem dobrych paru dni rekonwalescencji.
Pojedynczo i całymi grupami pracowali już na alei rabusie i Szaber-jauntowcy. Cichaczem, a mimo to z okrucieństwem szakale rozszarpywały ciało żywego jeszcze, ale bezsilnego zwierzęcia. Otoczyli Foyla. Dzisiejszej nocy wszystko było ich łupem.
— Dajcie mi spokój, nie jestem w nastroju — odezwał się do nich. — Poszukajcie sobie kogoś innego.
Wypróżnił kieszenie z pieniędzy i cisnął je im pod nogi. Pozbierali szybko banknoty, ale nie byli zadowoleni. Pragnęli rozrywki, a on był najwyraźniej bezbronnym gentlemanem. Kilku łotrów zbliżało się do Foyla, aby go podręczyć.
— Miły gentlemanie — uśmiechali się. — Urządźmy sobie małe przyjęcie.
Foyle widział już raz okaleczone ciało jednego z honorowych gości ich przyjęcia. Westchnął i otrząsnął się z wizji Olivii Presteign.
— Dobra, szakale — powiedział. — Pobalujemy.
Rabusie przygotowali się do wprawienia go w taniec wrzasku. Foyle przełączył klawiaturę w ustach i na dwanaście niszczycielskich sekund przedzierzgnął się w najbardziej morderczą maszynę, jaką kiedykolwiek wynaleziono — w Komandosa-Zabójcę. Wszystko odbywało się bez udziału jego świadomości, czy woli, jego ciało stosowało się jedynie do dyrektyw zakodowanych w mięśniach i odruchach. Pozostawił na ulicy sześć rozciągniętych ciał.
Odwieczna katedra Św. Patryka stała nienaruszona. Po zaśniedziałym, krytym miedzią dachu igrał odblask szalejących wokół pożarów. Wewnątrz świątynia była pusta. Nawę główną zapełniały namioty Cyrku Four Mile. Były oświetlone i umeblowane, ale personel cyrkowy znikł. Służba, kucharze, kamerdynerzy, atleci, filozofowie, ciury obozowe, kanciarze, wszyscy czmychnęli w popłochu.
— Wrócą pewnie na szaber — mruknął do siebie Foyle.
Wszedł do swojego namiotu. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była postać w bieli siedząca na dywanie i nucąca sobie wesoło. Poznał w niej Robin Wednesbury. Jej suknia była w strzępach, w strzępach był jej umysł.
— Robin!
Nuciła dalej, nie zwracając na niego uwagi. Podniósł ją z dywanu, potrząsnął i uderzył w policzek. Rozpromieniła się i nuciła dalej. Napełnił strzykawkę i zaaplikował jej potężną dawkę Niaciny. Otrzeźwiający kop narkotyku wpłynął w okropny sposób na jej patetyczną ucieczkę od rzeczywistości. Satynowa skóra przybrała barwę popiołu. Piękna twarz skręciła się z bólu. Poznała Foyla; przypomniała sobie to, o czym próbowała zapomnieć. Krzyknęła i padła na kolana. Zaczęła płakać.
— Tak jest lepiej — powiedział do niej. — Jesteś pierwsza do ucieczki. Najpierw samobójstwo, teraz to. Co będzie następne?
— „Odejdź.”
— Prawdopodobnie religia. Już cię widzę jak dołączasz do sekty piwniczników z hasłem w rodzaju Pax Vobiscum na ustach. Przemyt biblii i umartwianie się w imię wiary. Czy nigdy niczemu nie potrafisz stawić czoła?
— „A ty nigdy nie uciekałeś?”
— Nigdy. Ucieczka jest dla kalek. Dla neurotyków.
— „Neurotyków. Najulubieńsze słowo Dopiero-Co-Wyedukowanego Jasia. Jesteś takim Jasiem, prawda? Taki opanowany. Taki zrównoważony. Uciekasz całe swoje życie.”
— Ja? Nigdy. Całe życie poluję.
— „Właśnie że uciekasz. Czy nigdy nie słyszałeś o Ucieczce przez Atak? O ucieczce od rzeczywistości przez atakowanie jej… wyparcie się jej… niszczenie jej? Tak właśnie robisz.”
— Ucieczka przez Atak? — Foyle zerwał się wzburzony na równe nogi. — Chcesz przez to powiedzieć, że przed czymś uciekam?
— „Najwyraźniej.”
— A niby przed czym?
— „Przed rzeczywistością. Nie potrafisz zaakceptować życia takim, jakie ono jest. Wzbraniasz się przed tym. Atakujesz je… starasz się je nagiąć do własnych o nim wyobrażeń. Atakujesz i niszczysz wszystko, co stoi na przeszkodzie twojemu szalonemu stylowi życia.” -Podniosła mokrą od łez twarz i spojrzała mu prosto w oczy. — Nie jestem w stanie dłużej tego znosić. Chce, żebyś pozwolił mi odejść.
— Odejść? Dokąd?
— Tam, gdzie będę mogła żyć własnym życiem.
— A co z twoją rodziną?
— Sama je odnajdę.
— Dlaczego? Dlaczego właśnie teraz?
— Tego już za wiele jak dla mnie… ty i ta wojna… Bo ty jesteś tak samo zły jak wojna. Gorszy. To co się stało ze mną dzisiejszej nocy, dzieje się każdej chwili kiedy jestem z tobą. Nie mogę już wytrzymać ani jednego, ani drugiego.
— Nie zgadzam się — powiedział. — Potrzebuję cię…
— Jestem gotowa wykupić się.
— Czym?
— Straciłeś wszystkie tropy prowadzące do „Vorgi”, prawda?
— No i?
— Znalazłam jeszcze jeden.
— Gdzie?
— Nieważne gdzie. Pozwolisz mi odejść jeśli ci go zdradzę?
— Mogę wyciągnąć to od ciebie siłą.
— No dalej, wyciągnij. — Oczy jej błyszczały. — Jeśli wiesz co to jest, nie napotkasz na żadne trudności.
— Mogę cię zmusić, żebyś to mi wyjawiła.