Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
— Nie mogę, dopóki trwa wojna.
— Do diabła z wojną. Dosyć już dałeś z siebie na Tycho Sands. Nie mogą wymagać od ciebie więcej.
— Musze dokończyć pewną robotę.
— Pomogę, ci ją dokończyć…
— Nie. Lepiej trzymaj się z dala od tego, Jisbello.
— Nie ufasz mi?
— Nie chciałbym, żeby coś ci się stało.
— Nikt nam nic nie może zrobić.
— Foyle może.
— C… Co?
— Fourmyle to Foyle. Przecież o tym wiesz. Wiem, że wiesz.
— Ależ ja nigdy…
— Nie, nigdy mi tego nie powiedziałaś. Jesteś wspaniała. W ten sam sposób i mnie dochowuj wierności, Jisbello.
— Jak więc to odkryłeś?
— Foyle popełnił błąd.
— Jaki?
— Przybierając nazwisko Fourmyle.
— Fourmyle z Ceres? On kupił spółkę z Ceres.
— A skąd nazwisko Geoffrey Fourmyle?
— Wymyślił je sobie.
— Sądzi, że je wymyślił, ale w rzeczywistości je zapamiętał. Geoffrey Fourmyle to nazwisko, które nadano mu podczas testu na megalomanię w Połączonym Szpitalu w Mexico City. Poddałem Foyla Megal Nastrojowi chcąc go wybadać. To nazwisko musiało mu utkwić gdzieś w podświadomości. Wyłowił je stamtąd i przyjął za oryginalne. To właśnie ono naprowadziło mnie na ślad.
— Biedny Gully.
Dagenham uśmiechnął się.
— Tak, tak. Żebyśmy nawet nie wiem jak bronili się przed światem zewnętrznym, to i tak coś nas zawsze podkopie od środka. Przed zdradą nie ma obrony, a wszyscy sami siebie zdradzamy.
— Co zamierzasz zrobić, Saul?
— Co zamierzam? Wykończyć go, oczywiście.
— Dla dwudziestu funtów PirE?
— Nie. Po to, żeby wygrać przegraną wojnę.
— Co takiego? — Jisbella wstała z łóżka i podeszła do szklanej szyby rozdzielającej obie sypialnie. — Ty jesteś patriotą, Saul?
Skinął głową, robiąc przy tym minę winowajcy.
— To zabawne. Groteskowe. Ale jestem patriotą. Zmieniłaś mnie całkowicie. Znowu jestem normalnym człowiekiem.
Przycisnął swoją twarz do szyby i pocałowali się przez trzy cale ołowiowego szkła.
Mare Nubium było miejscem nadającym się idealnie do hodowli niezbędnych w medycynie i przemyśle bakterii beztlenowych, organizmów glebowych, fagów, pleśni oraz innych mikroskopijnych form życia, których rozwojowi sprzyjało pozbawione powietrza środowisko. Bacteria, Inc. była ogromną mozaiką pól uprawnych, poprzecinanych pomostami roboczymi zbiegającymi się w centrum, które stanowiła grupka stłoczonych ciasno, jeden przy drugim, baraków mieszkalnych, biur i warsztatów. Każde poletko przykryte było gigantycznym szklanym kloszem o średnicy stu stóp, wysokim na dwanaście cali i grubym na dwie molekuły.
W dniu poprzedzającym dotarcie do Mare Nubium pełznącej wolno po powierzchni Księżyca linii świtu klosze napełniano pożywką. O wschodzie słońca, nagłym i oślepiającym na pozbawionym atmosfery Księżycu, obsiewano przykryte kloszami poletka i przez kolejne czternaście dni nieprzerwanego nasłonecznienia pielęgnowano je, ekranowano, regulowano, dokarmiano… Tam i z powrotem, po pomostach roboczych, snuli się doglądający pól robotnicy odziani w skafandry próżniowe. Kiedy do Mare Nubium dopełzała linia zmierzchu, w kloszach odbywały się żniwa, po czym pozostawiano je, aby wymroziły się i wysterylizowały podczas zapadającej na dwanaście dni mroźnej księżycowej nocy.
Przy żmudnych, wlokących się w ślimaczym tempie pracach polowych jaunting nie miał żadnego zastosowania, przeto Bacteria, Inc. zatrudniała niezdolnych do jauntowania nieszczęśliwców, płacąc im głodowe stawki. Była to praca najniższej kategorii dla mętów i wyrzutków społecznych Układu Słonecznego, toteż podczas cyklicznych, dwunastodniowych przerw w pracy, baraki mieszkalne Bacteria, Inc. przypominały piekło. Foyle przekonał się o tym wchodząc do Baraku Nr 3.
Przywitało go przerażające widowisko. W ogromnym pomieszczeniu kłębiły się ze dwie setki ludzi; były tam prostytutki ze swymi patrzącymi spode łba rajfurami, byli zawodowi szulerzy ze swymi przenośnymi stoliczkami do gry, byli domokrążcy handlujący narkotykami, byli i lichwiarze. W powietrzu unosiły się opary gryzącego dymu i odór alkoholu, pomieszany ze smrodem jego substytutów. Po podłodze walały się w nieładzie szczątki umeblowania, rozmamłane barłogi, bezprzytomne ciała, puste butelki, nadpsute resztki jedzenia i licho wie co jeszcze.
W panującym zgiełku pojawienie się Foyla przeszło niezauważone, był jednak przygotowany na taką ewentualność.
— Który to Kempsey? — spytał grzecznie pierwszej zarośniętej gęby, na jaką się nadział. Ubliżono mu w odpowiedzi, mimo to uśmiechnął się i wręczył człowiekowi stukredytkowy banknot.
— Który to Kempsey? — spytał innego. Odpowiedziano mu przekleństwem. Zapłacił znowu i nie zrażając się przesuwał się niespiesznie w głąb baraku rozdając na prawo i lewo stukredytkowe banknoty w zamian za obelgi i inwektywy, którymi go obdarzano. Pośrodku sali znalazł informatora, bez wątpienia postrach baraku, nagiego, bezwłosego potwora w ludzkiej skórze pieszczącego dwie dziwki i pojonego whisky przez paru pochlebców.
— Który to Kempsey? — spytał go Foyle. — Szukam Rogera Kempseya.
— Toś, koleś, znalazł guza, bo mi przerywasz — warknął w odpowiedzi typ wyciągając wielgachną łapę po pieniądze Foyla. — Kopsaj.
Tłum zawył z zachwytu. Foyle uśmiechnął się i splunął bezwłosemu w oko. Zaległa pełna napięcia cisza. Bezwłosy zrzucił z kolan prostytutki i zerwał się na równe nogi z zamiarem unicestwienia Foyla. W piec sekund później wił się po podłodze pod postawioną na jego karku stopą Foyla.
— Pytałem o Kempseya — powiedział łagodnie Foyle. — Musze go, kurczę, znaleźć. Lepiej go wskaż, albo już po tobie, jak rany.
— Umywalnia — jęknął bezwłosy. — Siedzi w umywalni.
— Widzisz, teraz ty mi przerywasz — powiedział Foyle. Cisnął bezwłosemu resztę pieniędzy i oddalił się szybkim krokiem w kierunku umywalni.
Kempsey kulił się w kącie pod natryskami, przyciskając twarz do ściany i zawodząc w monotonnym rytmie, z czego można było wnioskować, iż znajduje się w tym stanie od kilku godzin.
— Kempsey? — spytał Foyle.
Odpowiedziało mu zawodzenie.
— Co ci jest, kurczę?
— Ubrania — chlipnął Kempsey. — Ubrania. Wszędzie ubrania. Jak plugastwo, jak zaraza, jak brud. Ubrania. Wszędzie ubrania.
— Człowieku, weź się w garść. Wstawaj.
— Ubrania. Wszędzie ubrania. Jak plugastwo, jak zaraza, jak brud…
— Kempsey, posłuchaj, człowieku. Przysyła mnie Orel.
Kempsey przestał chlipać i zwrócił zlane łzami oblicze na Foyla.
— Kto? Kto?
— Przysyła mnie Sergei Orel. Wykupiłem cię. Jesteś wolny. Odlatujemy stąd.
— Kiedy?
— Zaraz.
— O Boże! Bóg mu zapłać. Pobłogosław mu Boże! — Kempsey zaczął brykać w niemrawym uniesieniu. Posiniaczona i rozlazła twarz rozciągała się w coś na podobieństwo uśmiechu.
Śmiejącego się i pląsającego, Foyle wyprowadził z umywalni. Gdy Foyle wiódł go przez długą sale, nadzy rajfurzy zaczęli podrzucać w gore naręcza brudnych ubrań i potrząsać nimi przed oczyma Kempseya. Ten krzyknął i znowu uderzył w płacz. Pienił się i mamrotał coś pod nosem.
— Co mu jest, kurczę? — spytał Foyle bezwłosego.