Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]

Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:

Niezbyt odległa przyszłość, człowiek opanował układ słoneczny, posiadł też umiejętność teleportowania się z miejsca na miejsce, o ile zna koordynaty miejsca docelowego. Teleportować można się w obrębie planety, nikomu jednak nie udał się skok przez kosmiczną pustkę.
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 62
Перейти на страницу:

— Nie mogę, dopóki trwa wojna.

— Do diabła z wojną. Dosyć już dałeś z siebie na Tycho Sands. Nie mogą wymagać od ciebie więcej.

— Musze dokończyć pewną robotę.

— Pomogę, ci ją dokończyć…

— Nie. Lepiej trzymaj się z dala od tego, Jisbello.

— Nie ufasz mi?

— Nie chciałbym, żeby coś ci się stało.

— Nikt nam nic nie może zrobić.

— Foyle może.

— C… Co?

— Fourmyle to Foyle. Przecież o tym wiesz. Wiem, że wiesz.

— Ależ ja nigdy…

— Nie, nigdy mi tego nie powiedziałaś. Jesteś wspaniała. W ten sam sposób i mnie dochowuj wierności, Jisbello.

— Jak więc to odkryłeś?

— Foyle popełnił błąd.

— Jaki?

— Przybierając nazwisko Fourmyle.

— Fourmyle z Ceres? On kupił spółkę z Ceres.

— A skąd nazwisko Geoffrey Fourmyle?

— Wymyślił je sobie.

— Sądzi, że je wymyślił, ale w rzeczywistości je zapamiętał. Geoffrey Fourmyle to nazwisko, które nadano mu podczas testu na megalomanię w Połączonym Szpitalu w Mexico City. Poddałem Foyla Megal Nastrojowi chcąc go wybadać. To nazwisko musiało mu utkwić gdzieś w podświadomości. Wyłowił je stamtąd i przyjął za oryginalne. To właśnie ono naprowadziło mnie na ślad.

— Biedny Gully.

Dagenham uśmiechnął się.

— Tak, tak. Żebyśmy nawet nie wiem jak bronili się przed światem zewnętrznym, to i tak coś nas zawsze podkopie od środka. Przed zdradą nie ma obrony, a wszyscy sami siebie zdradzamy.

— Co zamierzasz zrobić, Saul?

— Co zamierzam? Wykończyć go, oczywiście.

— Dla dwudziestu funtów PirE?

— Nie. Po to, żeby wygrać przegraną wojnę.

— Co takiego? — Jisbella wstała z łóżka i podeszła do szklanej szyby rozdzielającej obie sypialnie. — Ty jesteś patriotą, Saul?

Skinął głową, robiąc przy tym minę winowajcy.

— To zabawne. Groteskowe. Ale jestem patriotą. Zmieniłaś mnie całkowicie. Znowu jestem normalnym człowiekiem.

Przycisnął swoją twarz do szyby i pocałowali się przez trzy cale ołowiowego szkła.

* * *

Mare Nubium było miejscem nadającym się idealnie do hodowli niezbędnych w medycynie i przemyśle bakterii beztlenowych, organizmów glebowych, fagów, pleśni oraz innych mikroskopijnych form życia, których rozwojowi sprzyjało pozbawione powietrza środowisko. Bacteria, Inc. była ogromną mozaiką pól uprawnych, poprzecinanych pomostami roboczymi zbiegającymi się w centrum, które stanowiła grupka stłoczonych ciasno, jeden przy drugim, baraków mieszkalnych, biur i warsztatów. Każde poletko przykryte było gigantycznym szklanym kloszem o średnicy stu stóp, wysokim na dwanaście cali i grubym na dwie molekuły.

W dniu poprzedzającym dotarcie do Mare Nubium pełznącej wolno po powierzchni Księżyca linii świtu klosze napełniano pożywką. O wschodzie słońca, nagłym i oślepiającym na pozbawionym atmosfery Księżycu, obsiewano przykryte kloszami poletka i przez kolejne czternaście dni nieprzerwanego nasłonecznienia pielęgnowano je, ekranowano, regulowano, dokarmiano… Tam i z powrotem, po pomostach roboczych, snuli się doglądający pól robotnicy odziani w skafandry próżniowe. Kiedy do Mare Nubium dopełzała linia zmierzchu, w kloszach odbywały się żniwa, po czym pozostawiano je, aby wymroziły się i wysterylizowały podczas zapadającej na dwanaście dni mroźnej księżycowej nocy.

Przy żmudnych, wlokących się w ślimaczym tempie pracach polowych jaunting nie miał żadnego zastosowania, przeto Bacteria, Inc. zatrudniała niezdolnych do jauntowania nieszczęśliwców, płacąc im głodowe stawki. Była to praca najniższej kategorii dla mętów i wyrzutków społecznych Układu Słonecznego, toteż podczas cyklicznych, dwunastodniowych przerw w pracy, baraki mieszkalne Bacteria, Inc. przypominały piekło. Foyle przekonał się o tym wchodząc do Baraku Nr 3.

Przywitało go przerażające widowisko. W ogromnym pomieszczeniu kłębiły się ze dwie setki ludzi; były tam prostytutki ze swymi patrzącymi spode łba rajfurami, byli zawodowi szulerzy ze swymi przenośnymi stoliczkami do gry, byli domokrążcy handlujący narkotykami, byli i lichwiarze. W powietrzu unosiły się opary gryzącego dymu i odór alkoholu, pomieszany ze smrodem jego substytutów. Po podłodze walały się w nieładzie szczątki umeblowania, rozmamłane barłogi, bezprzytomne ciała, puste butelki, nadpsute resztki jedzenia i licho wie co jeszcze.

W panującym zgiełku pojawienie się Foyla przeszło niezauważone, był jednak przygotowany na taką ewentualność.

— Który to Kempsey? — spytał grzecznie pierwszej zarośniętej gęby, na jaką się nadział. Ubliżono mu w odpowiedzi, mimo to uśmiechnął się i wręczył człowiekowi stukredytkowy banknot.

— Który to Kempsey? — spytał innego. Odpowiedziano mu przekleństwem. Zapłacił znowu i nie zrażając się przesuwał się niespiesznie w głąb baraku rozdając na prawo i lewo stukredytkowe banknoty w zamian za obelgi i inwektywy, którymi go obdarzano. Pośrodku sali znalazł informatora, bez wątpienia postrach baraku, nagiego, bezwłosego potwora w ludzkiej skórze pieszczącego dwie dziwki i pojonego whisky przez paru pochlebców.

— Który to Kempsey? — spytał go Foyle. — Szukam Rogera Kempseya.

— Toś, koleś, znalazł guza, bo mi przerywasz — warknął w odpowiedzi typ wyciągając wielgachną łapę po pieniądze Foyla. — Kopsaj.

Tłum zawył z zachwytu. Foyle uśmiechnął się i splunął bezwłosemu w oko. Zaległa pełna napięcia cisza. Bezwłosy zrzucił z kolan prostytutki i zerwał się na równe nogi z zamiarem unicestwienia Foyla. W piec sekund później wił się po podłodze pod postawioną na jego karku stopą Foyla.

— Pytałem o Kempseya — powiedział łagodnie Foyle. — Musze go, kurczę, znaleźć. Lepiej go wskaż, albo już po tobie, jak rany.

— Umywalnia — jęknął bezwłosy. — Siedzi w umywalni.

— Widzisz, teraz ty mi przerywasz — powiedział Foyle. Cisnął bezwłosemu resztę pieniędzy i oddalił się szybkim krokiem w kierunku umywalni.

Kempsey kulił się w kącie pod natryskami, przyciskając twarz do ściany i zawodząc w monotonnym rytmie, z czego można było wnioskować, iż znajduje się w tym stanie od kilku godzin.

— Kempsey? — spytał Foyle.

Odpowiedziało mu zawodzenie.

— Co ci jest, kurczę?

— Ubrania — chlipnął Kempsey. — Ubrania. Wszędzie ubrania. Jak plugastwo, jak zaraza, jak brud. Ubrania. Wszędzie ubrania.

— Człowieku, weź się w garść. Wstawaj.

— Ubrania. Wszędzie ubrania. Jak plugastwo, jak zaraza, jak brud…

— Kempsey, posłuchaj, człowieku. Przysyła mnie Orel.

Kempsey przestał chlipać i zwrócił zlane łzami oblicze na Foyla.

— Kto? Kto?

— Przysyła mnie Sergei Orel. Wykupiłem cię. Jesteś wolny. Odlatujemy stąd.

— Kiedy?

— Zaraz.

— O Boże! Bóg mu zapłać. Pobłogosław mu Boże! — Kempsey zaczął brykać w niemrawym uniesieniu. Posiniaczona i rozlazła twarz rozciągała się w coś na podobieństwo uśmiechu.

Śmiejącego się i pląsającego, Foyle wyprowadził z umywalni. Gdy Foyle wiódł go przez długą sale, nadzy rajfurzy zaczęli podrzucać w gore naręcza brudnych ubrań i potrząsać nimi przed oczyma Kempseya. Ten krzyknął i znowu uderzył w płacz. Pienił się i mamrotał coś pod nosem.

— Co mu jest, kurczę? — spytał Foyle bezwłosego.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 62
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)