Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Dwie godziny rano, potem dwie godziny podczas przerwy na lunch i znowu dwie godziny wieczorem. Dziewięćdziesiąt dolców na dzień to niewiele i rzuci to w cholerę, gdy tylko trafi jakiś interes. Mówił Granthamowi, że to beznadziejne, jak strzelanie do kaczek nocą. Grantham przyznał mu rację i kazał strzelać dalej. Nie było innego sposobu. Garcia ponoć się spietrał i przestał wydzwaniać. Muszą go odnaleźć.
Na wszelki wypadek miał w kieszeni dwie fotografie Garcii, a także spis wszystkich firm wynajmujących biura w budynku. Spis był długi. Jedenastopiętrowiec zajmowały głównie kancelarie pełne facecików o śmiesznych nazwiskach. Wdepnął w gniazdo żmij.
O wpół do dziesiątej przerzedziło się. Znał już niektóre twarze ludzi zjeżdżających schodami, śpieszących po porannej odprawie do sal sądowych, agencji i komisji. Croft wyszedł przez obrotowe drzwi i wytarł podeszwy butów o chodnik.
Cztery przecznice dalej Fletcher Coal przechadzał się przed biurkiem prezydenta i słuchał uważnie wiadomości przekazywanych mu przez telefon. Zmarszczył brwi i zamknął oczy, a potem zerknął na prezydenta, jakby chciał powiedzieć: “Złe wieści, szefie. Naprawdę złe wieści”. Prezydent trzymał przed sobą list i spoglądał na szefa swego gabinetu sponad połówek okularów. Coal chodził marszowym krokiem w tę i z powrotem, zupełnie jak Führer, co okropnie irytowało głowę państwa; odnotował w pamięci, by zwrócić współpracownikowi na to uwagę.
W końcu szef gabinetu rzucił słuchawkę na widełki.
– Nie trzaskaj tym cholernym telefonem! – wrzasnął prezydent.
Na Coalu nie zrobiło to żadnego wrażenia.
– Przepraszam. Dzwonił Zikman. Pół godziny temu skontaktował się z nim pan Gray Grantham i wypytywał o raport “Pelikana”.
– Cudownie. Wspaniale. Kto, do cholery, dał Zikmanowi kopię raportu?!
Coal nie przestawał chodzić.
– Zikman nie ma kopii raportu, więc nie musiał udawać, że o niczym nie wie.
– Zikman nigdy o niczym nie wie, więc nie musi udawać. To kretyn. Dlaczego go zatrudniłeś, Fletcher? Chcę, żeby zniknął.
– Jak pan sobie życzy. – Coal usiadł na krześle po drugiej stronie biurka i oparł brodę na dłoniach. Zamyślił się głęboko, a prezydent starał się nie zwracać na niego uwagi. Miał dość własnych problemów.
– Voyles puścił parę? – spytał w końcu.
– Niewykluczone, jeśli istotnie mamy do czynienia z przeciekiem. Grantham często blefuje. Nie ma pewności, że czytał raport. Mógł o nim usłyszeć i zaczął węszyć.
– Pierdolę twoje “mógł”! Ciekawe, co powiesz, jak wydrukują jakieś bzdury o tym kurestwie! Bardzo jestem ciekaw, co mi wtedy powiesz! – Prezydent uderzył pięścią w biurko i zerwał się na równe nogi. – Co wtedy zrobisz, Fletcher? Ta szmata mnie nienawidzi! – Ciężkim krokiem podszedł do okna.
– Nie mogą tego wydrukować bez sprawdzenia wszystkiego w innym źródle, a takie źródło nie istnieje, ponieważ mamy do czynienia z kłamstwem czystej wody, któremu poświęcamy stanowczo zbyt wiele uwagi.
Prezydent, zamyślony ponuro, wyglądał przez okno.
– W jaki sposób dowiedział się o tym Grantham?
Coal wstał i znów zaczął się przechadzać, choć nieco wolniej niż poprzednio. Miał ciężki orzech do zgryzienia.
– Tego nikt nie wie. Oprócz pana i mnie nikt z personelu nie słyszał o raporcie. Przyniesiono nam tylko jeden egzemplarz, który w tej chwili leży w moim sejfie. W zeszłym tygodniu osobiście zrobiłem kserokopię, którą dałem Gminskiemu, zobowiązując go przysięgą do zachowania tajemnicy.
Prezydent wykrzywił się, nie odwracając głowy od okna.
Coal mówił dalej:
– W porządku, załóżmy, że ma pan rację i po mieście krążą teraz tysiące kopii raportu. Jakie to ma znaczenie? Żadnego… Oczywiście pod warunkiem, że nasz przyjaciel nie dopuścił się tych wszystkich świństw, bo wtedy…
– Bo wtedy dobiorą mi się do dupy.
– Owszem, powiedziałbym nawet, że dobiorą się nam do dupy.
– Ile wzięliśmy?
– Miliony… pośrednio i bezpośrednio. – Zgodnie z prawem i wbrew prawu, o czym prezydent nie wiedział, bo Coal nie był łaskaw poinformować go o tym.
Prezydent podszedł powoli do sofy.
– Może zadzwoniłbyś do Granthama i wybadał, co wie? Wypytał o to i owo? Jeśli blefuje, szybko się połapiesz. Jak myślisz?
– Sam nie wiem…
– Przecież rozmawiałeś z nim kiedyś, prawda? Wszyscy znają Granthama.
Coal przechadzał się teraz za sofą.
– Istotnie, rozmawiałem z nim. Ale jeśli ni z tego, ni z owego zacznę go wypytywać, facet może nabrać podejrzeń.
– Cóż… chyba masz rację.
Prezydent chodził z jednej strony sofy, a Coal z drugiej.
– Co nam grozi? – spytał w końcu prezydent.
– Najgorszy wariant wygląda tak: nasz przyjaciel rzeczywiście jest w to wplątany. Pan osobiście prosił Voylesa o wstrzymanie śledztwa w jego sprawie. Prasa dowiaduje się o wszystkim i wyjawia machlojki naszego przyjaciela. Voyles chowa głowę w piasek i tłumaczy się, że na pańskie polecenie ścigał innych podejrzanych i nie zwracał uwagi na naszego przyjaciela. “Post” szaleje, bo ma dowody na kolejną aferę korupcyjną, w którą są zamieszane najwyższe kręgi władzy. Następne wybory przechodzą nam koło nosa.
– Coś jeszcze?
– Tak. To kompletna bzdura. Raport jest fantazmatem. Grantham niczego nie znajdzie, a ja jestem już spóźniony na odprawę personelu. – Podszedł do drzwi. – W przerwie na lunch umówiłem się na squasha. Wrócę o pierwszej.
Gdy za Coalem zamknęły się drzwi, prezydent odetchnął z ulgą. Na popołudnie zaplanował partię golfa do osiemnastu dołków i nie miał zamiaru zawracać sobie głowy żadnym “Pelikanem”. Jeśli Coal się nie przejmuje, to można spać spokojnie.
Wystukał numer na klawiaturze telefonu i czekał cierpliwie na zgłoszenie się Boba Gminskiego. Szef CIA fatalnie grał w golfa i był jednym z niewielu, których prezydent ogrywał bez wysiłku, dlatego zaprosił go na popołudniową partyjkę. Gminski zgodził się natychmiast; miał oczywiście tysiące innych obowiązków, ale czy można odmówić głowie państwa…?
– A tak przy okazji, Bob, co z tą sprawą “Pelikana” w Nowym Orleanie?
– No cóż, szefie… – Gminski odchrząknął, udając beztroskę. – Mówiłem Fletcherowi w piątek, że rzecz jest fascynującym popisem wyobraźni. Według mnie autorka tego dzieła powinna rzucić studia prawnicze i zająć się karierą literacką… Cha, cha, cha…
– Świetnie, Bob. Czyli to bzdura?
– Wciąż sprawdzamy.
– Do zobaczenia o trzeciej. – Prezydent odłożył słuchawkę i natychmiast chwycił za kij.
ROZDZIAŁ 25
Riverwalk jest zatłoczonym deptakiem, ciągnącym się wzdłuż rzeki. W centrum handlowym mieści się około dwustu sklepów, kawiarni i restauracji, rozmieszczonych na kilku poziomach; większość z nich jest przykryta wspólnym dachem, a część wyjść z pasażu prowadzi na nadbrzeżny bulwar. Nieco dalej zaczyna się ulica Poydras, leżąca o rzut kamieniem od dzielnicy.
Darby zjawiła się w pasażu o jedenastej. Usiadła w kącie maleńkiego bistro i zamówiła kawę. Próbowała też czytać gazetę – wszystko po to, żeby opanować napięte nerwy. Sklep Frenchmen’s Bend znajdował się piętro niżej, za rogiem. Denerwowała się i nic nie mogła na to poradzić.
W głowie miała cały plan działania, rozpisany co do minuty. Była przygotowana na każdą ewentualność. Spała tylko dwie godziny; resztę nocy poświęciła na rysowanie w notatniku diagramów i rozpisywanie opcji. Jeśli zginie, to na pewno nie dlatego, że zapomniała odrobić lekcje.