W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
13 lipca, niedziela
144 kg, jedn. alkoholu O, papierosy 12 (wszystkie po kryjomu), ludzie uratowani z topieli 1, ludzie, których nie powinno się ratować z rzeczonej topieli, tylko zostawić w wodzie, żeby cali się pomarszczyli 1.
Dziwaczny, dający do myślenia dzień. Po śniadaniu postanowiłam się wyrwać i pospacerowałam sobie po całkiem ładnym ogrodzie nad wodą, który przecinały płytkie strumyczki mknące między trawiastymi brzegami i pod kamiennymi mostkami. Ogród otoczony był żywopłotem, za którym rozpościerały się pola. Usiadłam na kamiennym mostku, patrząc na strumyk i myśląc sobie, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia, bo natura i tak przetrwa, i wtedy usłyszałam głosy dochodzące zza żywopłotu.
– …najgorszy kierowca na świecie… Matka ciągle… go poprawia, ale… nie ma pojęcia… o prowadzeniu. Czterdzieści pięć lat temu stracił bonus za jazdę bezwypadkową i od tamtej pory go nie odzyskał. – To był Mark. – Na miejscu mojej matki nigdy w życiu nie wsiadłbym z nim do samochodu, ale oni nie mogą się rozstać ani na chwilę. Urocze.
– Och, jakie to piękne! – Rebecca. – Gdybym wyszła za mąż za mężczyznę, którego naprawdę bym kochała, chciałabym przebywać z nim cały czas.
– Naprawdę? – spytał z zapałem. Potem dodał: – Myślę, że w pewnym wieku… jeżeli przez jakiś czas było się samotnym, to istnieje niebezpieczeństwo, że można się zamknąć w gronie znajomych – dotyczy to zwłaszcza kobiet – i wtedy zaczyna brakować miejsca dla drugiego człowieka, nie tylko pod względem emocjonalnym, bo przyjaciele i ich opinie są pierwszymi punktami odniesienia.
– Och, absolutnie się z tobą zgadzam. Na przykład ja kocham swoich przyjaciół, ale nie znajdują się oni na pierwszym miejscu mojej listy priorytetów.
„Niemożliwe” – pomyślałam sobie. Potem na chwilę zapadła cisza i Mark wybuchnął znowu.
– Te wszystkie bzdury z poradników – te mityczne zasady postępowania, jakich trzeba się trzymać. A każdy twój ruch jest analizowany przez komisję przyjaciółek kierujących się jakimś oszałamiająco arbitralnym kodeksem opartym na Buddyzm dzisiaj, Wenus i Budda idą do łóżka i na Koranie. Człowiek czuje się jak jakaś doświadczalna myszka z uchem na plecach! Z mocno bijącym sercem kurczowo ścisnęłam książkę. Chyba nie zaobserwował tego u mnie?
Ale wtedy Rebecca znowu zaczęła nadawać.
– Całkowicie się z tobą zgadzam – zaszczebiotała. – Ja nie mam czasu na takie głupoty. Jeżeli dochodzę do wniosku, że kogoś kocham, to nic mi nie może w tym przeszkodzić. Nic. Ani przyjaciele, ani żadne teorie. Słucham swoich instynktów, głosu serca – powiedziała jakimś nowym, sztucznym tonem, jak dzieckokwiat natury.
– Szanuję cię za to – odparł cicho Mark. – Kobieta powinna wiedzieć, w co wierzy, bo jak inaczej samemu można w nią wierzyć?
– A ponad wszystko musi ufać swojemu mężczyźnie – dodała Rebecca jeszcze innym głosem, dźwięcznym i na przydechu, jak jakaś afektowana aktorka grająca Szekspira. Wtedy zapadła rozdzierająca cisza. Umierałam, umierałam przygwożdżona do swojego miejsca, domyślając się, że się całują.
– Oczywiście powiedziałam to wszystko Jude – znowu odezwała się Rebecca. – Tak się zmartwiła, że Bridget i Sharon odradzały jej wyjście za Richarda – a to przecież taki fajny facet – że powiedziałam: „Jude, posłuchaj głosu swojego serca”.
Aż mnie zamurowało i żeby się uspokoić, zaczęłam obserwować przelatującą pszczołę. Mark chyba nie mógł ślepo w to wszystko uwierzyć?
– Taaak – powiedział z powątpiewaniem. – No, nie jestem pewien…
– Bridget chyba wpadła w oko Gilesowi! – Rebecca weszła mu w słowo, najwyraźniej wyczuwając, że nieco zboczyła z kursu. Nastąpiła chwila milczenia. Potem Mark powiedział nienaturalnie wysokim głosem:
– Ach tak? Z wzajemnością?
– Och, znasz Bridget – rzuciła Rebecca lekkim tonem. – Jude mówi, że tylu facetów się za nią ugania… – „Dobra, stara Jude” – pomyślałam sobie. -…ale ona jest taka popieprzona, że nie chce – no, jak ty to ujmujesz, nie potrafi związać się z żadnym z nich.
– Naprawdę? – wtrącił Mark. – Więc byli jacyś…
– Tak myślę – no wiesz… ale ona tak kurczowo się trzyma tych swoich zasad randkowania, czy jak to tam się nazywa, że nikt nie jest dla niej wystarczająco dobry.
Nie potrafiłam rozgryźć, o co tu chodzi. Może Rebecca próbowała zlikwidować w nim poczucie winy wobec mnie.
– Naprawdę? – powtórzył Mark. – Więc ona nie jest…
– O, zobacz, kaczuszka! Ojej, całe stado kaczuszek! I ich mama i tata. Ojej, jaka cudowna, cudowna chwila! Ojej, chodź, popatrzymy!
I poszli sobie, a ja zostałam sama, bez tchu i z mętlikiem w głowie. Po lunchu z nieba zaczął lać się skwar i wszyscy rozłożyli się pod drzewem nad jeziorem. Prawdziwa idylla, sielanka – stary kamienny mostek nad wodą, wierzby zwieszające swe gałęzie nad porośniętymi trawą brzegami. Rebecca triumfowała.
– Ojej, ale jest fajnie! Prawda, ludzie? Ale fajnie!
Gruby Nigel z biura Marka wygłupiał się, próbując kopnąć piłkę w stronę jednego z wyjców, jego wielki brzuch trząsł się w oślepiającym świetle. Zamachnął się, nie trafił i wpadł głową do wody, powodując olbrzymią falę.
– Taaak! – roześmiał się Mark. – Oszałamiająca niekompetencja.
– Pięknie tu, prawda? – zagadnęłam enigmatycznie Shaz.
– Jeszcze tylko brakuje lwów wylegujących się koło owieczek.
– Lwów, Bridget? – podchwycił Mark. Aż podskoczyłam. Siedział na drugim końcu grupy, patrząc na mnie przez lukę między ludźmi i wznosząc jedną brew.
– Jak w tym psalmie – wyjaśniłam.
– Jasne. – W jego oku pojawił się znajomy chochlik. – Może masz na myśli lwy z Longleat? Rebecca nagle zerwała się na równe nogi.
– Skoczę z mostku! Rozejrzała się z wyczekującym uśmiechem. Wszyscy mieli na sobie szorty albo krótkie sukienki, ale ona byłaby kompletnie naga, gdyby nie wąziutki paseczek brązowego nylonu od Calvina Kleina.
– Dlaczego? – spytał Mark.
– Dlatego, że na pięć minut przestała być w centrum zainteresowania – wymamrotała pod nosem Sharon.
– W dzieciństwie często tak robiliśmy! Boskie uczucie!
– Ale woda jest bardzo płytka – powiedział Mark. Prawda, wodę otaczało pół metra spieczonej ziemi.
– Nie, nie, jestem w tym dobra, jestem bardzo odważna.
– Naprawdę uważam, że nie powinnaś, Rebecca- odezwała się Jude.
– Już się zdecydowałam. Wiem, co robię! – zaszczebiotała łobuzersko, wsunęła na nogi klapki od Prądy i ruszyła w stronę mostka. Na szczęście do prawego pośladka przylepiło jej się trochę błota i trawy, co wielce potęgowało efekt. Patrzyliśmy, jak zdejmuje klapki, bierze je w rękę i wdrapuje się na brzeg poręczy. Mark wstał, spoglądając z niepokojem na wodę i na mostek.
– Rebecca! – krzyknął. – Naprawdę myślę, że nie…
– Wszystko w porządku, ufam własnemu rozsądkowi – odparła figlarnie, odrzucając włosy. Potem spojrzała w górę, wzniosła ręce, zrobiła dramatyczną pauzę i skoczyła. Wszyscy patrzyli, jak uderzyła w wodę. Potem nadeszła ta chwila, kiedy powinna się z niej wynurzyć. Tak się jednak nie stało. Mark ruszył w stronę jeziora dokładnie w chwili, gdy z wrzaskiem pojawiła się na powierzchni wody. Razem z dwoma pozostałymi facetami rzucił się do niej. Sięgnęłam do torebki po komórkę. Wyciągnęli ją na płyciznę i w końcu po szarpaninie, której towarzyszyły krzyki i płacze, Rebecca poczłapała na brzeg, podpierana przez Marka i Nigela. Było jasne, że nie stało jej się nic strasznego. Podniosłam się i podałam jej swój ręcznik.