W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
– No? – spytał pogodnie Tom. – Gdzie są… Niemcy?
– W Europie. Słowo daję. W dzisiejszych czasach nie trzeba koniecznie wiedzieć, gdzie leży jakie państwo, skoro żeby się tam dostać, wystarczy kupić bilet na samolot. Przecież w biurze podróży – zanim kupisz bilet – nikt cię nie pyta, nad jakimi krajami będziesz przelatywać, prawda?
– Podaj tylko ogólne położenie.
– Yyy – zająknęłam się, strzelając oczami po kuchni z nadzieją, że może jakimś cudem znalazł się tam atlas świata.
– Jak myślisz, jakie kraje mogą leżeć koło Niemiec? – naciskał Tom. Starannie rozważyłam to pytanie.
– Francja.
– Francja. Rozumiem. Więc Niemcy leżą „w pobliżu Francji”, tak?
Coś w jego tonie dało mi do myślenia, że popełniłam jakąś potworną gafę. Potem przyszło mi do głowy, że Niemcy oczywiście mają związek z Niemcami Wschodnimi, więc muszą się znajdować bliżej Węgier, Rosji albo Pragi.
– Praga – powiedziałam, a wtedy Tom wybuchnął śmiechem. – Zresztą już nie istnieje coś takiego jak wiedza ogólna – dodałam z oburzeniem. – W wielu artykułach udowodniono, że media stworzyły tak ogromne morze wiedzy, że nikt nie może z niego czerpać w tym samym stopniu.
– Nie szkodzi, Bridget – odparł Tom. – Nic się nie martw. Pójdziemy jutro do kina?
23.00.
Tak, teraz będę chodziła do kina i czytała książki. Mam w głębokim poważaniu to, co Daniel powiedział i czego nie powiedział.
23.15.
Jak ten Daniel śmie mnie obgadywać! Skąd wiedział, że nie mam pojęcia, gdzie leżą Niemcy? Nigdy nawet nie byliśmy w pobliżu. Najdalej pojechaliśmy do Rutland Water. Ha.
23.20.
A poza tym rzeczywiście jestem miła. No.
23.30.
Jestem straszna. Jestem głupia. Zacznę czytać „The Economist”, pójdę na studia wieczorowe i wezmę się do czytania Forsy Martina Amisa.
23.35.
Hahaha. Znalazłam atlas.
23.40.
Ha! Dobra. Zadzwonię do tego drania.
23.45.
Wykręciłam numer telefonu Daniela.
– Bridget? – powiedział, zanim w ogóle zdążyłam się odezwać.
– Skąd wiedziałeś, że to ja?
– To jakiś surrealistyczny szósty zmysł – wycedził z rozbawieniem. – Poczekaj chwilę. – Usłyszałam, jak zapala papierosa. – No to mów. – Zaciągnął się głęboko.
– Co? – wymamrotałam.
– Powiedz, gdzie leżą Niemcy.
– Koło Francji – powiedziałam. – I Holandii, Belgii, Polski, Czechosłowacji, Szwajcarii, Austrii i Danii. I są nad morzem.
– Jakim?
– Północnym.
– I…? Błędnym wzrokiem spojrzałam na atlas. Nic tam nie było o drugim morzu.
– OK – powiedział. – Jedno morze na dwa to całkiem nieźle. To jak, chcesz wpaść?
– Nie! – wykrzyknęłam. Słowo daję. Daniel to już kompletne dno. Nie zamierzam znowu się w to pakować.
12 lipca, sobota
132,5 kg (tak się czuję w porównaniu z Rebeccą), liczba ataków bólu w plecach od tego przeklętego piankowego materaca 9, liczba myśli o Rebecce i katastrofach naturalnych, pożarach od spięcia, powodziach i zawodowych mordercach: ogromna, ale proporcjonalna.
W domu Rebeki, Gloucestershire. W koszmarnym domku dla gości. Po co ja tu przyjeżdżałam? Po co? Po co? Sharon i ja wyjechałyśmy dość późno, więc dotarłyśmy dopiero dziesięć minut przed kolacją. Niezbyt się to spodobało Rebecce, która zaszczebiotała w stylu mamy albo Uny Alconbury: „Och, już myśleliśmy, że zabłądziłyście!” Ulokowano nas w domku dla gości, co uznałam za korzystne, gdyż tam nie mogłyśmy na korytarzu wpaść na Marka – dopóki się tam nie znalazłyśmy: domek jest cały wymalowany na zielono, stoją w nim pojedyncze łóżka z piankowymi materacami i plastikowymi zagłówkami, co stanowi ostry kontrast z moim ostatnim pobytem tutaj, kiedy nocowałam w ślicznym, niemalże hotelowym pokoju z własną łazienką.
– To typowe dla Rebeki – sarknęła Sharon. – Samotni są obywatelami drugiej klasy. Lubi to na każdym kroku podkreślać.
Na kolację przywlokłyśmy się spóźnione, czując się jak para krzykliwie ubranych rozwodników, bo malowałyśmy się w wielkim pośpiechu. Jadalnia wyglądała równie oszałamiająco jak zwykle, na jednym końcu znajdował się ogromny kominek z niszą, a na drugim – dwadzieścia osób siedziało za starym, dębowym stołem oświetlonym srebrnymi świecznikami i przystrojonym kwiatami. Mark zajmował miejsce u szczytu stołu, między Rebeccą i Louise Barton Foster, i był pogrążony w rozmowie. Rebecca nawet nie zauważyła naszego wejścia. Stanęłyśmy niezdarnie przy stole, aż wreszcie Giles Benwick zakrzyknął:
– Bridget! Tutaj!
Posadzono mnie między Gilesem i Jeremym Magdy, który najwyraźniej zapomniał, że chodziłam z Markiem Darcym, bo zaczął gadkę:
– No! Wygląda na to, że Mark Darcy poleciał na twoją przyjaciółkę Rebecce. Dziwne, bo pewna panienka, Heatherjakas tam, przyjaciółka Barky Thompson, chyba trochę się durzyła w tym starym palancie.
Fakt, że Mark i Rebecca siedzieli tuż obok, zupełnie umknął Jeremy’emu, ale nie mnie. Próbowałam się skupić na rozmowie z nim i nie podsłuchiwać ich, choć umawiali się na sierpniowe wakacje w Toskanii – zdaje się, że było to już postanowione – na które koniecznie zapraszała wszystkich, pewnie oprócz mnie i Shaz.
– A to co takiego?! – ryknął jakiś straszny głos, który niejasno pamiętałam z wypadu na narty. Wszyscy spojrzeli na kominek, w który wmurowano wyglądający na nowy rodzinny herb z mottem: Per determinam ad yictoriam. Dziwne, bo rodzina Rebeki nie należy do arystokracji, tylko do potężnej agencji nieruchomości Knighta, Franka i Rutleya. – Per determinam ad victoriam – wyjęć ryknął ponownie. – Przez bezwzględność do zwycięstwa. Cała Rebecca.
Gruchnął śmiech, a Shazzer i ja zerknęłyśmy na siebie z uciechą.
– Prawdę mówiąc, znaczy to: przez determinację do sukcesu – wyjaśniła lodowatym tonem Rebecca. Zerknęłam na Marka, który zasłonił dłonią lekki uśmieszek. Jakoś przebrnęłam przez tę kolację, słuchając, jak Giles bardzo powoli przeprowadza analizę swojej żony, i cały czas próbowałam oderwać się myślami od Marka, dzieląc się swoją poradnikową wiedzą. Rozpaczliwie pragnęłam rzucić się do łóżka i uciec od tego bolesnego koszmaru, ale kazano nam wszystkim przejść do dużego pokoju na tańce. Zaczęłam przeglądać kolekcję płyt CD, żeby nie patrzeć na Rebecce powoli wirującą z Markiem na parkiecie, z rękoma oplecionymi wokół jego szyi, i z zadowoleniem strzelającą oczami po całej sali. Zrobiło mi się słabo, ale nie zamierzałam tego po sobie pokazać.
– Och, na miłość boską, Bridget. Miej trochę zdrowego rozsądku – powiedziała Sharon, poczłapała do półki z kompaktami, wyjęła z odtwarzacza Jesus to a Child i włożyła jakiś wściekły garażowy acidowy łomot. Potem odpłynęła na parkiet, wyrwała Marka Rebecce i zaczęła z nim tańczyć. Mark był dość zabawny, zaśmiewając się z prób Shazzer nakłonienia go do nowoczesnego tańca. Rebecca wyglądała, jakby zjadła tiramisu i właśnie natknęła się na grudkę tłuszczu. Nagle złapał mnie Giles Benwick i zaczął mną dziko szarpać, więc wylądowałam na parkiecie z przyklejonym uśmiechem i rzucając głową jak lalka potrząsana przez dziecko. Potem już dosłownie nie mogłam ustać na nogach.
– Muszę już lecieć – szepnęłam do Gilesa.
– Wiem – odpowiedział konspiracyjnie. – Odprowadzić cię do domku?
Udało mi się go spławić i znalazłam się na żwirowanej ścieżce w swoich sandałach od Pied a Terre, po czym opadłam z wdzięcznością na to okropnie niewygodne łóżko. W tej chwili Mark prawdopodobnie idzie do łóżka z Rebeccą. Chciałabym być wszędzie, tylko nie tu – na letniej fecie rotarianów w Kettering, na porannym zebraniu Sit Up Britain, na siłowni. Ale sama jestem sobie winna. Przyjechałam tu na własne życzenie.