Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 87
Перейти на страницу:

Sztachnąłem się po raz ostatni i pstryknąłem petem do wody. Poleciał chyba bardzo daleko.

— Po wysłuchaniu twojej ładnej przemowy, Lang — odezwał się Barnes po dłuższym milczeniu — chciałbym ci zwrócić uwagę na dwie sprawy. Pierwsza, żaden z nas nie żyje w demokracji. Prawo oddania głosu raz na cztery lata nie oznacza jeszcze demokracji. W żadnym razie. Druga, kto mówił o nabijaniu sobie kabzy?

— Ach, no tak, oczywiście — klapnąłem w czoło. — Nie zdawałem sobie sprawy. Zamierzacie oddać cały zysk ze sprzedaży tej broni Fundacji Save The Children. Taki gigantyczny akt filantropii, a ja tego nie zauważyłem. Aleksander Woolf będzie zachwycony — zaczynałem odchodzić od spokojnej strategii. — Ojej, chwileczkę, właśnie zdrapują jego jelita z muru w City. Może nie być tak wylewny, jakby tego chciał. A pan, Barnes — posunąłem się nawet do wycelowania w niego palcem — powinien przebadać swoją popieprzoną głowę.

Zostawiłem go i ruszyłem w dół rzeki. Dwaj Carlowie ze słuchawkami wystającymi z uszu tylko czekali, żeby mi zagrodzić drogę.

— Do czego według ciebie to doprowadzi, Lang? — Barnes nie poruszył się, mówił tylko trochę głośniej. Zatrzymałem się. — Kiedy jakiś arabski playboy wpada do doliny San Martin i kupuje sobie pięćdziesiąt czołgów Ml Abrams i pół tuzina F16, wypisuje czek na pół miliarda dolarów, to jak sądzisz, do kogo idą pieniądze? Kto je dostaje? Myślisz, że dostaje je Bill Clinton? Pieprzony David Letterman? Do kogo idą?

— Och, no powiedz, powiedz.

— Powiem ci. Mimo że sam dobrze wiesz. Idą do Amerykanów. Dwieście pięćdziesiąt milionów ludzi otrzymuje te pieniądze.

Szybko wykonałem w myślach kilka prostych rachunków. Podzielić przez dziesięć, przenieść dwa…

— Każdy dostaje dwa tysiące dolarów, prawda? Każdy mężczyzna, kobieta i dziecko? — cmoknąłem z niedowierzaniem. — Tylko dlaczego słyszę fałsz w tym zdaniu?

— Sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi — powiedział Barnes — ma pracę dzięki tym pieniądzom. Dzięki tej pracy utrzymują kolejne trzysta tysięcy ludzi. Za pół miliarda dolarów mogą kupić mnóstwo ropy, mnóstwo pszenicy i mnóstwo nissanów micra. Kolejne pół miliona ludzi sprzeda im te nissany, kolejne pół miliona je naprawi, umyje przednie szyby, sprawdzi opony. Kolejne pół miliona zbuduje drogi, po których te pieprzone nissany będą jeździć i nie minie wiele czasu, zanim będziesz miał dwieście pięćdziesiąt milionów dobrych demokratów, pragnących, aby Ameryka robiła tę ostatnią rzecz, jaka jej wychodzi. Produkowała broń.

Chwyciłem obiema rękami za barierkę, ponieważ zakręciło mi się w głowie od tej przemowy. No i od czego tu zacząć?

— A więc trup tu i tam to nic strasznego, jeżeli weźmie się pod uwagę dobro naszych porządnych demokratów. Dobrze zrozumiałem?

— Tak jest. I ani jeden z tych porządnych demokratów nie będzie odmiennego zdania.

— Myślę, że Aleksander Woolf byłby odmiennego zdania.

— Wielka mi rzecz.

Patrzyłem na rzekę. Woda wyglądała na brudną i ciepłą.

— Serio, Lang. Wielka mi, kurwa, rzecz. Jeden przeciw masie. Został przegłosowany. Tak działa demokracja. Powiedzieć ci coś jeszcze? — odwróciłem się i spojrzałem na Barnesa; stał przodem do mnie, na jego twarzy odbijało się światło z teatralnego billboardu. — Są jeszcze kolejne dwa miliony obywateli Stanów Zjednoczonych, o których wcześniej nie wspomniałem. Wiesz, co się z nimi stanie w tym roku?

Ruszył w moim kierunku. Powoli. Pewnym krokiem.

— Zostaną prawnikami?

— Umrą — powiedział. Ta myśl nie wydawała się go specjalnie martwić. — Starość, wypadek samochodowy, białaczka, atak serca, bójka w barze, wypadnięcie z okna; kto by zliczył wszystkie pieprzone powody. Dwa miliony Amerykanów umrą w tym roku. Powiedz mi, uronisz łzę za każdym z nich?

— Nie.

— A dlaczego nie, do diabła? Co to za różnica? Śmierć to śmierć, Lang.

— Różnica polega na tym, że ja nie miałem z ich śmiercią nic wspólnego.

— Jesteś żołnierzem, na litość boską!

Staliśmy twarzą w twarz. Krzyczał najgłośniej jak — mógł, nie wyciągając przy okazji ludzi z łóżek.

— Zostałeś wyszkolony do zabijania ludzi dla dobra rodaków. Nie tak jest? — Już chciałem odpowiedzieć, ale mi nie pozwolił. — Taka jest prawda czy nie?

Jego oddech miał dziwnie słodki zapach.

— To bardzo zła filozofia, Rusty. Naprawdę zła. Przeczytaj sobie jakąś książkę, na litość boską.

— Demokraci nie czytają książek, Lang. Ludzie nie czytają książek. Ludzie mają filozofię w najgłębszych zakamarkach dupy. Jedyne, na czym im zależy, wszystko, czego oczekują od rządu, to stale rosnące płace. Rok w rok chcą, aby ich zarobki rosły. Jeżeli to się skończy, wybiorą sobie nowy rząd. Tego właśnie chcą ludzie. I nigdy nie chcieli niczego innego. To, przyjacielu, jest demokracja.

Wziąłem głęboki oddech. Tak naprawdę wziąłem kilka głębokich oddechów, ponieważ to, co chciałem teraz zrobić Russellowi Barnesowi mogłoby spowodować, że nie oddychałbym ponownie przez dłuższy czas.

Nadal mnie obserwował, czekając na jakąś reakcję, jakąś oznakę słabości. Dlatego odwróciłem się i odszedłem. Carlowie ruszyli mi na spotkanie, zbliżając się z obu stron, ale się nie zatrzymywałem, spodziewając się, że nie zrobią niczego, dopóki nie dostaną sygnału od Barnesa. Po kilku krokach najwidoczniej się poddał.

Carl po lewej stronie chwycił mnie za ramię, ale łatwo wyswobodziłem się z uścisku, przekręcając jego nadgarstek i spychając go mocno w dół, tak że stracił równowagę. Drugi Carl oplótł mi szyję ramieniem na około sekundę, zanim wbiłem mu stopę w podbicie, po czym wymierzyłem cios w pachwinę. Rozluźnił uścisk, a ja znalazłem się między nimi, pragnąc zadać im taki ból, żeby popamiętali mnie do końca życia.

Niespodziewanie odsunęli się, zupełnie jakby nic się nie stało. Doprowadzili do porządku płaszcze, a ja zrozumiałem, że Barnes musiał powiedzieć coś, czego nie usłyszałem. Wszedł między Carlów, pochodząc do mnie na bardzo bliską odległość.

— No więc pojmujemy już, w czym rzecz, Lang — powiedział. — Naprawdę jesteś na nas wkurwiony. Nie lubisz mnie ani trochę; doprawdy złamałeś mi tym serce. Ale w sumie nie ma to nic do rzeczy.

Wytrząsnął z paczki kolejnego papierosa, mnie jednak nie poczęstował.

— Jeżeli chcesz nam narobić kłopotów, Lang — powiedział, powoli wypuszczając dym nosem — będzie dla ciebie najlepiej, jeżeli dowiesz się, jaką za to zapłacisz cenę.

Spojrzał na kogoś stojącego za moimi plecami i skinął głową.

— Morderstwo — powiedział.

Po czym się uśmiechnął.

Coś podobnego, pomyślałem. To może być interesujące.

Jechaliśmy autostradą M4 przez jakąś godzinę. Skręciliśmy, sądzę, gdzieś w okolicach Reading. Ogromnie chciałbym podać wam dokładną lokalizację zjazdu, a także numery wszystkich mniejszych dróg, którymi jechaliśmy, ale ponieważ większą część drogi spędziłem na podłodze diplomata z twarzą wciśniętą w dywanik, miałem nieco ograniczony dopływ danych zmysłowych. Dywanik był w kolorze ciemnoniebieskim i pachniał cytryną, jeżeli ta informacja do czegoś wam się przyda.

Samochód jechał wolniej przez ostatni kwadrans, ale mogło to wynikać równie dobrze z natężenia ruchu, mgły lub żyraf przebiegających co chwilę przez drogę.

Kiedy wjechaliśmy na drogę wysypaną żwirem, pomyślałem, że zbliżamy się do celu podróży. Gdyby zgarnąć żwir z większości podjazdów w Anglii, ledwo dałoby się nim wypełnić kosmetyczkę. Lada chwila, myślałem, znajdę się na zewnątrz w odległości krzyku od drogi publicznej.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)