Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]
- Автор: Бестер Альфред
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-89951-51-7
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiazdy — moje przeznaczenie [The Stars My Destination - pl]». Краткое содержание книги:
Ta umiejętność odmieniła cały świat, ale nie odmieniła samego człowieka. Jego postępowaniem kierują wciąż te same namiętności — a Gwiazdy, moje przeznaczenie są jedną z najlepszych książek o zemście.
Niejaki Foyle jest zwykłym pracownikiem na statku kosmicznym, ani inteligentnym, ani ambitnym, szary człowiek jakich wiele. Do czasu, gdy wrak rozbitego statku, na którym z determinacją walczy o życie jedyny rozbitek — Foyle właśnie — zostaje obojętnie ominięty przez inny statek. Foyle wpada we wściekłość i poprzysięga zemstę ludziom, którzy nie chcieli uratować rozbitka.
Od tej chwili akcja nabiera nieprawdopodobnego tempa. Samotny mściciel w dążeniu do zemsty staje się nadczłowiekiem, zdolnym do nieprawdopodobnych czynów.
Nadleciały jak roje meteorów; nie tak liczne, ale o wiele bardziej śmiercionośne. Nadleciały nad te ćwiartkę kuli ziemskiej, na której rozpoczął się już nowy dzień, na której minęła już północ, ale nie zaświtał jeszcze poranek. Zderzyły się czołowo z wysuniętą naprzód półkulą Ziemi pędzącej po orbicie okołosłonecznej. Aby tu dotrzeć, pokonały odległość 400 milionów mil.
Ogromne prędkości, z jakimi gnały, mieściły się, choć z niewielkim tylko marginesem, w zakresie zdolności rozdzielczych szybkich komputerów ziemskiego systemu wczesnego wykrywania, który w przeciągu mikrosekund wyśledził i przechwycił te noworoczne podarki od Satelitów Zewnętrznych. Na niebie rozbłysło na chwilę i zaraz zgasło mrowie nowych gorejących gwiazd; były to pociski wykryte i zdetonowane na wysokości 500 mil ponad celem, do którego zmierzały.
Margines zapasu między szybkością systemu obronnego, a szybkością ataku był jednak tak wąski, że wiele pocisków przedarto się przez zaporę. Przeniknęły przez warstwę zórz polarnych jonosfery, przebiły się przez strefę świecenia meteorytów, przemknęły przez mezosferę, stratosferę i spadły na Ziemię. Ich niewidzialne trajektorie zaznaczyły swój kres tytanicznymi konwulsjami ziemskiej skorupy.
Pierwsza eksplozja nuklearna zniszczyła Newark, wstrząsając z nieprawdopodobną siłą rezydencją Presteigna. Zadygotały podłogi i ściany, a parkiety zasłały się zwałami ściętych z nóg gości, poprzewracanych mebli i roztrzaskanych dekoracji. Cały Nowy Jork drżał pod lejącym się z nieba, rozrzedzonym prysznicem. Wszyscy byli ogłuszeni, sparaliżowani strachem i zdezorientowani. Huk wybuchów, wstrząsy, rozbłyski trupiosinych błyskawic na horyzoncie były tak potężne, że odarły człowieczeństwo z rozumu, pozostawiając obłupione ze skóry stworzenia zdolne tylko do wrzasku, krycia się i umykania. W przeciągu pięciu sekund eleganckie przyjęcie u Presteigna przerodziło się w anarchię.
Foyle podniósł się z podłogi. Rozejrzał się po sali balowej i dostrzegł Jisbellę próbującą wyczołgać się spod sterty ciał kłębiących się po parkiecie. Uczynił krok w jej stronę i zatrzymał się. Odwrócił w oszołomieniu głowę nie mogąc się oprzeć wrażeniu, iż nie stanowi ona części jego własnego ciała. Grzmot nie ustawał. W holu recepcyjnym dojrzał Robin Wednesbury, zataczającą się i sponiewieraną. Postąpił krok w jej kierunku i znowu się zatrzymał. Wiedział już gdzie musi iść.
Przyspieszył. Grzmot i oślepiający blask zjechały natychmiast w dół widma, rozczłonkowując się na poszczególne wybuchy i migotanie. Gwałtowne wstrząsy przeszły w ospałe falowanie. Foyle lotem błyskawicy przemierzał wielki gmach. Szukał, aż wreszcie znalazł ją w ogrodzie. Stała na palcach na marmurowej ławce i wyglądała dla jego przyspieszonych zmysłów jak marmurowy posąg… posąg egzaltacji.
Wyłączył przyspieszenie. Zmysły podskoczyły znowu w górę spektrum i ponownie zostały porażone straszliwymi wrażeniami bombardowania.
— Lady Olivio! — zawołał.
— Kto to?
— To ja, klown.
— Fourmyle? -Tak.
— Szukałeś mnie? Jestem wzruszona, szczerze wzruszona.
— Jesteś szalona stojąc tak tutaj. Błagam cię…
— Nie, nie, nie. To jest piękne… Wspaniałe!
— Pozwól, że jauntuję cię w bezpieczne miejsce.
— Ach, pozujesz na rycerza w zbroi? Szlachetnego wybawcę? To do ciebie nie pasuje, mój drogi. Nie masz do tego smykałki. Idź sobie lepiej.
— Zostanę.
— Jak wspaniały kochanek?
— Jak kochanek.
— Wciąż jesteś nudny, Fourmyle. Dalej, wykrzesz z siebie trochę fantazji. Powiedz mi lepiej co widzisz.
— Nic takiego — odparł rozglądając się dokoła i krzywiąc twarz. — Nad całym horyzontem świeci jasna łuna. Przelatują w pędzie jakieś świecące obłoki. W górze… coś jakby iskrzyło. Przypomina to trochę, migotanie zimnych ogni.
— Och, tak mało widzisz swoimi oczyma. Posłuchaj co ja widzę. Niebo przykryte jest kopułą, tęczową kopułą. Kolory tej tęczy zmieniają się od głuchego dzwonienia do oślepiającego świecenia. To właśnie nazywam kolorami. Czym może być ta kopuła?
— To ekran radarowy — mruknął Foyle.
— Są tam jeszcze ogromne, ogniste słupy, tryskające w górę, chwiejące się, falujące, tańczące, przeczesujące niebo. Co to może być?
— To wiązki przechwytujące. Widzisz po prostu cały elektroniczny system obronny.
— Widzę też spadające bomby… szybkie smugi tego co nazywasz czerwienią, ale nie twoją czerwienią — moją. Dlaczego je widzę?
— Nagrzewają się w atmosferze na skutek tarcia, ale mają skorupy z obojętnego ołowiu i dla nas są niewidoczne.
— No widzisz o ile jesteś pożyteczniejszy jako Galileusz niż jako Galahad? Och! Jedna spada na wschodzie. Obserwuj ją! Leci, leci, leci… Teraz!
Rozbłysk światła na wschodnim horyzoncie dowiódł, iż nie była to jej imaginacja.
— Tam, na północy, spada druga. Jest już bardzo nisko. Bardzo. Teraz!
Od północy nadleciała fala uderzeniowa.
— A eksplozje, Fourmyle… one są nie tylko obłokami światła. One są dla mnie namacalnymi tkaninami, materiałami… gobelinami zachodzących na siebie barw. Jakież one są piękne. Jak misternie tkane całuny.
— Bo też nimi są, Lady Olivio.
— Boisz się?
— Tak.
— No to uciekaj.
— Nie.
— Ach, więc jesteś buntownikiem.
— Nie wiem kim jestem. Boje się, ale nie ucieknę.
— Nadrabiasz więc brawurą. Popisujesz się męską odwagą — w jej matowym glosie dawało się wyczuć rozbawienie. — Zastanów się, Fourmyle. Ile czasu zajmie ci Jauntowanie się stąd? W ciągu paru sekund możesz być bezpieczny… w Meksyku, w Kanadzie, na Alasce. Tak, bezpieczny. Pewnie są tam już miliony ludzi. My dwoje jesteśmy prawdopodobnie ostatnimi, którzy pozostali jeszcze w mieście.
— Nie każdy potrafi jauntować się tak daleko i tak szybko.
— A zatem jesteśmy ostatnimi pozostałymi, którzy to potrafią. Dlaczego mnie nie zostawisz? Ratuj się. Niedługo zginę. Nikt się nigdy nie dowie, że schowałeś do kieszeni swoją ambicje i wycofałeś się.
— Suka!
— Ach, więc jesteś zły? Co za oburzający język. To pierwsza oznaka słabości. Dlaczego nie pokierujesz się swoją lepszą oceną sytuacji i nie porwiesz mnie? To byłaby druga oznaka.
— A niech cię diabli!
Przesunął się blisko niej zaciskając z wściekłości pieści. Dotknęła zimną, spokojną dłonią jego policzka i znowu nastąpił wstrząs elektryczny.
— Nie, już za późno, mój drogi — powiedziała. — Nadlatuje cały rój czerwonych smug… są coraz niżej… gnają prosto na nas. Nie będzie przed nimi ucieczki. Szybko! Uciekaj! Jauntuj się! Zabierz mnie ze sobą. Szybko! Szybko!
Porwał ją z ławki.
— Suko! Nigdy!
Mocno przycisnął dziewczynę do siebie znajdując słodkie koralowe usta i pocałował je. Miażdżył jej usta swoimi, czekając na ostateczny blackout. Wstrząs jednak nie następował.
— Oszukałaś mnie! — wykrzyknął. Roześmiała się. Pocałował ją znowu i wreszcie zmusił się do uwolnienia jej ze swych objęć. Przez chwile łapała spazmatycznie oddech, a potem znowu się roześmiała. Jej koralowe oczy błyszczały.
— Już po wszystkim — powiedziała.
— Jeszcze się nie zaczęło.
— O czym mówisz?
— O wojnie miedzy nami.
— Wywołaj te wojnę — powiedziała gwałtownie. Jesteś pierwszym, który nie dał się zwieść moim wizjom. O Boże! Ci nudni rycerscy rycerze z tą ich mdłą miłością do księżniczek z bajki. Ale ja nią nie jestem… w środku. Nie jestem. Nie jestem. Nie. Wywołaj okrutną wojnę miedzy nami. Nie pokonuj mnie — zniszcz mnie.