Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Świat finansjery [Making Money - pl]
Świat finansjery [Making Money - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Świat finansjery [Making Money - pl]

Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:

Była to propozycja nie do odrzucenia... Kto by nie chciał zarządzać Królewską Mennicą w Ankh-Morpork i sąsiadującym z nią bankiem? To posada na całe życie. Ale były oszust, Most von Lipwig, odkrywa, że niekoniecznie znaczy to: na długo.
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 90
Перейти на страницу:

I jeszcze jedna dobra rzecz: Bellyster nie cierpiał straży, i to z wzajemnością. A to można wykorzystać.

— Przychodzę po więźnia, a od pięciu minut stoję tu na deszczu — poskarżył się Moist.

— I nadal będziesz tam stał, synku, oj, będziesz, dopóki ja tu nie będę gotów. Pokaż papiery!

— Tu stoi, że Jenkins, Owlswick.

— No to pokaż!

— Powiedzieli, że mam je oddać, kiedy już przekażecie mi więźnia — odparł Moist, model flegmatycznego uporu.

— Och, mamy tu prawnika, co? No dobra. Abe, wpuść naszego uczonego przyjaciela.

Klapka się zasunęła, a po kolejnej porcji trzasków otworzyła się furtka w skrzydle bramy. Moist wszedł do środka. Za murem deszcz był tak samo obfity.

— Widziałem cię już kiedyś? — zapytał Bellyster, przechylając głowę.

— Zacząłem dopiero tydzień temu — wyjaśnił Moist.

Za nim zatrzasnęła się furtka. Stuk zasuwanych rygli odbił się echem w jego głowie.

— Dlaczego jesteś tylko jeden? — zainteresował się Bellyster.

— Nie wiem, sir. Musiałby pan spytać moją mamę i tatę.

— Nie rób sobie żartów! Dwóch powinno eskortować więźnia!

Moist wzruszył ramionami, a ten wilgotny i znużony gest jasno wyrażał całkowity brak zainteresowania.

— Powinno? Mnie niech pan nie pyta, sir. Powiedzieli mi tylko, że to pętak i nie narobi kłopotów. Może pan sprawdzić, jak pan chce. Słyszałem, że chcą go natychmiast zobaczyć w pałacu.

Pałac… To słowo przygasiło blask w paskudnych oczkach dozorcy. Człowiek rozsądny nie wchodzi pałacowi w drogę. A posłanie z tym niewdzięcznym zadaniem jakiegoś nierozgarniętego żółtodzioba miało sens — tak właśnie postąpiłby Bellyster.

Wyciągnął więc rękę i zażądał:

— Papiery!

Moist wręczył mu cienką kartkę. Dozorca przeczytał, poruszając wargami. Wyraźnie marzył o tym, żeby coś się nie zgadzało. Ale choćby nie wiem jak wytrzeszczał oczy, niczego nie znajdzie. Moist schował do kieszeni kilka formularzy, kiedy pan Spools robił mu kawę.

— Rano ma zawisnąć — stwierdził Bellyster, podnosząc dokument do latarni. — Czego teraz od niego chcą?

— Nie wiem — odparł Moist. — Ale ruszcie się, co? Za dziesięć minut kończę służbę.

Dozorca pochylił się do niego.

— A ja, przyjacielu, pójdę i sprawdzę. Tylko jeden do eskorty? Nigdy dość ostrożności, nie?

Wszystko zgodnie z planem, pomyślał Moist. Teraz przez dziesięć minut będzie popijał herbatę tylko po to, żeby udzielić mi lekcji, pięć minut mu zajmie odkrycie, że nie działają sekary, potem sekundę decyzja, że musiałby zwariować, by w taką noc iść na dach i sprawdzać, co się popsuło, i następną sekundę decyzja, że papier jest w porządku, sprawdził znak wodny, a to najważniejsze… Powiedzmy dwadzieścia minut, mniej więcej.

Oczywiście, mógł się mylić. Wszystko mogło się zdarzyć. Bellyster mógł właśnie zbierać kumpli albo może wysłał kogoś tylnym wyjściem, żeby sprowadził prawdziwego glinę. Przyszłość była niepewna. Ledwie kilka sekund mogło go dzielić od zdemaskowania.

Trudno sobie wymarzyć coś lepszego…

Bellyster zostawił go na dwadzieścia dwie minuty. Potem Moist usłyszał zbliżające się wolno kroki i pojawił się Jenkins przygarbiony pod ciężarem łańcuchów. Od czasu do czasu Bellyster poszturchiwał go swoją pałką. Mały człowieczek w żaden sposób nie mógł przyspieszyć, ale i tak zarabiał kolejne szturchnięcia.

— Te kajdany chyba nie będą mi potrzebne — oświadczył Moist.

— I ich nie dostaniesz — zapewnił dozorca. — A to dlatego, że nigdy ich nie oddajecie, głąby.

— W porządku. Ale róbmy coś, bo tu zamarznę.

Bellyster burknął coś tylko — nie był teraz człowiekiem szczęśliwym. Pochylił się, rozpiął kajdany, a potem się wyprostował i położył dłoń na ramieniu więźnia. Drugą rękę, trzymającą kwit, wyciągnął przed siebie.

— Podpisz! — nakazał, a Moist wykonał polecenie.

I tu nastąpiło magiczne zjawisko. Dlatego właśnie dokumentacja była tak ważna wśród klawiszy, łapaczy i krawężników. Ponieważ tym, co się w dowolnym momencie liczyło, było habeas corpus: czyja ręka trzymała za kołnierz? Kto jest odpowiedzialny za ten korpus?

Moist przechodził już to wszystko jako właśnie owo ciało, o które chodzi, więc znał procedury. Więzień poruszał się po ścieżce papierów. Gdyby został znaleziony bez głowy, to ostatnia osoba, która pokwitowała jego odbiór, musiałaby odpowiedzieć na kilka bardzo surowych pytań.

Bellyster pchnął więźnia do przodu i wyrecytował uświęcone tradycją słowa:

— W pańskie ręce, sir — warknął. — Chybea mas korpus.

Moist oddał mu pokwitowanie i położył rękę na drugim ramieniu Owlswicka Jenkinsa.

— Z pańskich rąk, sir — oświadczył. — Chyba mam, zgadza się.

Bellyster stęknął i cofnął rękę. Czyn się dokonał, prawo było przestrzegane, honor zachowany, a Owlswick Jenkins…

…spojrzał na Moista ze smutkiem, kopnął go mocno w krocze i pognał ulicą jak zając.

Gdy Moist zgiął się wpół, tylko jeden dźwięk docierał do niego spoza niewielkiego świata bólu — rechot Bellystera, który aż trzymał się za brzuch i wrzeszczał:

— Twój ptaszek, chłopie! Chybeaś go skorpusował! Cha, cha!

* * *

Szedł już normalnie, kiedy dotarł do małego pokoiku, który wynajmował od Nic-Nie-Wiem Jacka. Wciągnął na siebie złoty kostium, wytarł pancerz i hełm, wrzucił je do worka i ruszył z powrotem do banku.

Dostać się do środka było o wiele trudniej, niż stamtąd wyjść. Strażnicy zmieniali się mniej więcej o tej samej porze, kiedy wychodzili pracownicy, a w ogólnym zamieszaniu Moist — ubrany w znoszony szary garnitur, który wkładał, kiedy chciał przestać być Moistem von Lipwigiem i zmienić się w najbardziej niepozornego z ludzi — wyszedł, nie zwracając niczyjej uwagi. Wszystko tkwiło w umyśle: nocna ochrona zaczynała ochraniać, kiedy już wszyscy poszli do domu, tak? Czyli ludzie wychodzący do domu nie stanowili problemu, a jeśli nawet, to nie problem nocnej ochrony.

Strażnik, który zjawił się w końcu, by sprawdzić, kto próbuje otworzyć drzwi, sprawił mu trochę kłopotów. Na szczęście po chwili zjawił się drugi, dysponujący skromną inteligencją. Uznał on, że jeśli prezes chce o północy wejść do swojego banku, to przecież może. Jest szefem, nie? Co ty, gazet nie czytasz? Widzisz złoty kostium? No i ma klucz! Co z tego, że dźwiga taki wielki wypchany worek? Wnosi go przecież. Gdyby chciał go wynieść, to całkiem inna sprawa, ho, ho, taki mały żarcik, sir, proszę o wybaczenie, sir…

Zadziwiające, czego można dokonać, jeśli człowiekowi wystarczy tupetu, by spróbować, pomyślał Moist, kiedy już życzył strażnikom dobrej nocy. Na przykład dlatego tak demonstracyjnie grzebał kluczem w zamku, że był to klucz do Poczty Głównej. Nie miał jeszcze kluczy do banku.

Nawet odniesienie pancerza do szatni nie sprawiło mu kłopotu. Strażnicy chodzili po ustalonych trasach, a budynki były obszerne i niezbyt dobrze oświetlone. Szatnia całymi godzinami pozostawała pusta i bez nadzoru.

W jego nowym apartamencie wciąż paliła się lampa. Pan Maruda pochrapywał na grzbiecie w swojej tacy z dokumentami. Przy drzwiach sypialni jarzyła się nocna lampka. Właściwie nawet dwie — i były to czerwone, żarzące się oczy Gladys.

— Czy Chce Pan, Żeby Przygotować Panu Kanapkę, Panie Lipwig?

— Nie, Gladys, dziękuję.

— To Żaden Kłopot, Panie Lipwig. W Chłodni Leżą Gotowe Cynaderki.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 90
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)