Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 137
Перейти на страницу:

Powoli stawała się jedną z nich — pożytecznym członkiem ruńskiej społeczności — i sprawiało to jej pewną satysfakcję. W ciągu pierwszych miesięcy wygnania najwięcej otuchy czerpała jednak z łączności z wędrującą po orbicie „Stellą Maris”. Nie mogła dostać się na pokład statku fizycznie, ale większość dnia spędzała, łącząc się przez radio z systemem bibliotecznym. Po uporządkowaniu swoich obserwacji na temat życia Runów, przesyłała je do pamięci głównej, nie poprzestając na zapisaniu ich w pamięci laptopa. Przez ten zwyczaj czuła się mniej osamotniona, jakby wysyłała do kogoś raporty, a nie tylko prowadziła dziennik. Pewnego dnia moje słowa dotrą na Ziemię, powtarzała sobie często i wierzyła, że jest samotnym uczonym, którego badania przysłużą się ludzkości. Wciąż jestem człowiekiem. Wciąż mam rozum.

A potem, kiedy Izaak miał zaledwie piętnaście miesięcy, nadszedł poranek, w którym wywołała sygnał dostępu i ujrzała na ekranie lakoniczną informację o błędzie. Poczuła fizyczny wstrząs, jakby właśnie w tej chwili przerwała się więź łącząca statek kosmiczny z planetą. Czyżby system pokładowy uległ awarii? A może orbita „Stelli Maris” tak się zmniejszyła, że statek spłonął w atmosferze albo runął do rakhatańskiego oceanu? Możliwości było nieskończenie wiele. Jednej tylko nie wzięła pod uwagę i ta właśnie okazała się prawdziwa: oto druga wyprawa z Ziemi, pod auspicjami Narodów Zjednoczonych, przybyła na Rakhat. Jakieś dwanaście tygodni po wylądowaniu Konsorcjum Kontakt odnalazło Emilia Sandoza. Uznając go za jedynego pozostałego przy życiu członka jezuickiej misji, wysłano go „Stellą Maris” na Ziemię, wykorzystując automatyczny system nawigacyjny zaprogramowany przez Sofię Mendes na podstawie zsyntezowanego przez nią modułu sztucznej inteligencji. W ten sposób Emilio Sandoz wyruszył w powrotną drogę ku własnej niesławie, a Sofia utraciła kontakt z ostatnią cząstką Ziemi.

Odkryła, że są różne rodzaje osamotnienia. Była samotność, która rodziła się ze zrozumienia, ale pozostawała niezrozumiała. Była samotność polegająca na braku kogokolwiek, z kim można by się posprzeczać lub pożartować, kto mógłby stanowić dla niej wyzwanie. Samotność nocą różniła się od samotności w świetle dnia, która niekiedy dopadała ją pośród tłumu Runów. Stała się znawczynią samotności, a najgorszy jej rodzaj odkryła po nocy, w której śniła o śmiejącym się Izaaku.

Maleńkie niemowlę, blade i wychudzone, przez pierwsze tygodnie pogrążone było w ciężkim śnie, który napełniał ją strachem. Wiedziała, że sen jest sposobem, w jakim jego wątły organizm skupia wszystkie swoje zasoby na przetrwaniu, więc zwalczała w sobie pragnienie obudzenia go, wiedząc, że to tylko przejaw jej własnej potrzeby otuchy. Lecz nawet w tych krótkich chwilach, gdy nie spało, nie znosiło jej spojrzenia, a chociaż wraz z upływem czasu ssało coraz silniej, często natychmiast wymiotowało jej mlekiem. Tłumaczyła sobie, że to reakcja nierozwiniętego jeszcze systemu pokarmowego na obce mu substancje, ale i tak odczuwała to jako bolesne odrzucenie.

Po sześciu miesiącach Izaak nadal zachowywał się jak ptak — wiecznie milczący, nie reagujący na słowa i uśmiechy, wpatrzony gdzieś w dal, skupiony na jakiejś nieodgadnionej tajemnicy liści, światła i cienia. Po roku nabrał jakiejś dziwnej nieziemskiej godności: drobny, milczący, wiecznie poważny malec o głęboko osadzonych oczach elfa, który spędzał większość czasu, wpatrując się w kalejdoskop swoich małych palców, oczarowany wzorami, w jakie się układały. Zaczęła mieć nadzieję, że to milczenie jest skutkiem głuchoty, bo nie gaworzył, nie odwracał się do niej, kiedy wołała go po imieniu, zdawał się nie słyszeć ruńskich dzieci, które wokół niego baraszkowały, piszczały, kwiliły i wybuchały kaskadami śmiechu. I nagle, pewnego dnia, powiedział:,jipaj” i zaczął to bez końca powtarzać, aż to słowo, oznaczające „Słuchaj mnie!”, stało się dla wszystkich, którzy go słuchali, pozbawione znaczenia, jak mantra. A potem znowu zamilkł.

Kiedy zbliżały się jego drugie urodziny, wpadł w stan nieodgadnionego samozadowolenia; sprawiał wrażenie pozbawionego potrzeb i pragnień mistrza zen. Ssał, kiedy Sofia wsadzała mu sutek do ust; później jadł, kiedy kładła mu pokarm na języku, pił wodę, kiedy mu przytykała naczynie do warg. Pozwalał się podnosić i trzymać, ale nigdy nie wyciągał do nikogo rączek. Noszony i pieszczony przez ruńskie dzieci jakby był lalką, czekał, nieruchomy i niewzruszony, aż dadzą mu spokój, aby powrócić do swojej naturalnej zadumy i zagłębić się w medytacji, jakby nic się nie wydarzyło.

Wewnątrz jego niewidzialnej twierdzy zdawała się królować doskonałość, od której świat zewnętrzny nie był w stanie go oderwać. Siedział całymi godzinami, nieruchomy i spokojny jak jogin, a od czasu do czasu jego twarz nawiedzał promienny uśmiech, jakby go uradowała jakaś tajemnica, jakaś święta myśl.

Sofia nie musiała pytać, co by się stało, gdyby tak nienormalnie zachowywało się ruńskie dziecko. Podobnie jak Spartanin, porzucający swoje upośledzone niemowlę na zboczu wzgórza nawiedzanego przez wilki, ruński ojciec oddałby takie dziecko Jana’atom — na mięso dla ich arystokratów. Może Runowie nie zdawali sobie sprawy z tego, że z Izaakiem jest coś nie w porządku, a może ich to nie obchodziło; w końcu nie był Runą, więc mógł być inny niż oni i nie podlegał obowiązującym wśród nich regułom. Sofia doszła do wniosku, że po prostu zaakceptowali jego milczenie, jak akceptowali brak ogona czy futra — jak akceptowali wszystko w ich świecie: z pogodą i niewzruszonym spokojem.

Więc i ona starała się go zaakceptować, choć wcale jej nie było łatwo, kiedy widziała, jak mały Izaak godzinami wpatruje się w swoje ręce albo wali nimi miarowo w ziemię, jakby wsłuchiwał się w jakąś wewnętrzną melodię. Piękny i nieziemski jak anioł, Izaak byłby trudnym obiektem miłości dla każdej matki, a życie Sofii Mendes nie dało jej wielu szans, by się miłości nauczyć.

W głębi duszy odczuwała jednak ulgę, że jej syn tak mało od niej pragnął. Przez lata jedyną miarą poczucia utraty rodziców było ślepe przerażenie, które ją ogarniało na samą myśl o tym, że może umrzeć młodo i osierocić własne dziecko. Niezwykłość Izaaka miała swoje dobre strony: jeśli ona umrze, on prawie tego nie zauważy.

Wiele czasu miało upłynąć, zanim zdała sobie sprawę, jak blisko była obłędu. Znalazła się na jego krawędzi, oszołomiona i beztroska, kiedy Izaak miał cztery lata. To wówczas przybył do Trucha Sai Supaari ze swoją maleńką córeczką, przyprowadzony przez Djalao i kilka innych kobiet VaKashani. Runowie nie okazali zdziwienia z powodu jego nieoczekiwanego pojawienia się w ich leśnej kryjówce, zazdrośnie strzeżonej przed jana’atańskirrii panami; częścią ich natury było akceptowanie wszystkiego bez zadawania wielu pytań, a Supaari VaGayjur zawsze różnił się od innych djanada. Jeśli jednak Runowie byli spokojni jak zawsze, Sofia Mendes była wstrząśnięta siłą swoich emocji. Supaari był Jana’atą, a jednak, kiedy go zobaczyła, nie pomyślała o buncie i śmierci, o ucisku, wyzysku czy okrucieństwie, tylko o przyjaźni i końcu samotności.

Po raz pierwszy od narodzin Izaaka spotkało ją coś, za co mogła dziękować Bogu.

— Mówili mi, że umarłaś — powiedział Supaari po angielsku, wpatrując się w małą cudzoziemkę.

Przerażony, odskoczyli przeszedł parę kroków, zanim znowu do niej wrócił, jak drapieżnik powracający do padliny. Sięgnął ręką do twarzy Sofii, zniekształconej potrójną blizną, i poczuł się jeszcze bardziej zawstydzony, kiedy cofnęła się przed jego dotknięciem.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)