Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Te słowa zamknęły na mgnienie oka całą scenę w kuli bezczasu i nawet szare okruchy sunące niestrudzenie w dół zamarły na chwilę w powietrzu. A kiedy czas wreszcie ruszył, kilka rzeczy wydarzyło się naraz.
Mężczyzna zerwał się z tronu i odwrócił tak szybko, że jego płaszcz rozwinął się niczym ptasie skrzydła, a chłopiec, szarpnięty niespodziewanym ruchem, stracił równowagę i upadł na kolana. Kryjąca twarz kobieta rzuciła jakieś słowo, gardłowe i szeleszczące jednocześnie, a płatki popiołu wokół niej rozprysły się na wszystkie strony, jak odepchnięte niewidoczną dla oczu eksplozją. Powietrze na krawędziach bariery zamigotało lekko.
Tylko Kitchi pozostała niewzruszona. Barwna, pstrokata, irytująca Kitchi.
Chłopiec podniósł się z kolan i z twarzą wykrzywioną w dziwnym grymasie wycharczał:
– Niszczycielka.
Cichy śmiech, który odpowiedział temu… imieniu?, obeldze?, wzbudzał większy niepokój, niż gdyby z cienia bluznęła wiązka przekleństw i gróźb. Wojownik w szkarłacie puścił rękę chłopca i sięgnął dłonią za plecy, pod płaszcz.
Płomienie ryknęły ze środka posadzki, kąpiąc wszystko w czerwonozłotym blasku, i zgromadzeni zamarli.
Do licha. Teraz będzie więcej zamiatania.
Służka Pani Losu wstała z tronu i tanecznym krokiem – czy ona nie potrafiła poruszać się inaczej? – omijając kolumnę ognia, podeszła do stojących pod ścianą trzech postaci. Uśmiechnęła się do najniższej z nich.
Ogień przygasł powoli, a z sufitu posypało się trzy razy więcej popiołu niż poprzednio.
Miotła. Praca.
– Przybyłaś.
– Skoro zawarłyśmy umowę.
Kitchi zerknęła przez ramię w tył.
– Siadaj E’mnekosie! Natychmiast!
No proszę. Gdzież to się podziała roztańczona trzpiotka? Jej głos brzmiał żelazem i rozpaloną do białości stalą. Mężczyzna powoli wysunął dłoń zza pleców i powoli, jakby musiał osobno zmuszać każdą część swojego ciała do posłuszeństwa, zajął miejsce na tronie.
– Przyniosłeś tu broń, naginając zasady. Ośmieliłeś się sięgnąć po nią i nadal się dziwię, czemu Agar nie zamienił cię w garść popiołu. Stąpasz po ostrzu bożego gniewu.
– Nie tylko ja. – Ręka chłopca ponownie znalazła się w uścisku mężczyzny. – Ty też, skoro ją tu zaprosiłaś.
– Przecież wiesz, że nie weszłabym do tego miejsca, gdyby Pan Ognia miał coś przeciw. – Najniższa z przybyłych wysunęła się do przodu, okazując się dziewczyną czternasto, może piętnastoletnią, z czarnymi jak noc włosami i oczami, które w tym świetle wyglądały jak sadzawki wypełnione nocnym niebem.
Jej towarzysze zostali w cieniu. Nieistotni jak kamienie tworzące ściany.
– Więc bezstronność naszego gospodarza wydaje się wątpliwa – głos chłopca obniżył się o ton.
Kitchi zaśmiała się głośno, jakby usłyszała najlepszy w życiu dowcip.
– Chcesz wejść do domu, którego właściciel cię nie zaprosił, ograbić go ze wszystkiego, co stworzył przez ostatnie tysiąc lat, zgwałcić jego żonę, córki i wymordować synów, a jeszcze masz czelność domagać się od niego bezstronności?
– Obiecał nam coś.
– I dotrzymuje obietnicy. Ona przybyła tu na zaproszenie mojej pani. Jako jej gość.
– Nie wolno ci wprowadzać nowych graczy.
– To nie gracz, tylko… obserwator.
Mężczyzna zamarł, jedynie jego palce przebiegły po ręce chłopca.
– Zgoda. Ale zasady obowiązują. W to, co dzieje się z Dziecięciem Ognia, bezpośrednio mogą wtrącić się tylko ludzie. Krew z krwi.
– Oczywiście. – Kitchi od Uśmiechu ujawniła, skąd wziął się jej przydomek. – A teraz patrzcie. Pan Ognia pokaże nam, jak wyglądają sprawy tam. Na pustyni.
Ściana bladych płomieni rozbłysła na środku komnaty.
Rozdział 11
Podkradła się do wyjścia z jaskini, która cały dzień i pół nocy udzielała im schronienia. Głosy z zewnątrz rozbrzmiały wyraźniej, po czym znów ucichły. Pięciu, może sześciu ludzi przeszło nie dalej jak dwadzieścia kroków od wejścia. Ale minęli je nie zwracając uwagi na ciemną szczelinę. Znowu.
Deana zacisnęła dłoń na rękojeści szabli, oblizała wargi. W głosach bandytów nie było słychać ani pośpiechu, ani desperacji, a to mogło znaczyć tylko jedno: że znaleźli wodę. Od wielu godzin nie opuszczali też tej okolicy. Wiedzieli już, że ścigani muszą być gdzieś tutaj. Więc spokojnie, bez pośpiechu przeczesywali teren, mając pewność, że jeśli nie cierpliwość tych poszukiwań, to obłęd wywołany pragnieniem wyda w końcu księcia i jego towarzyszy w ich ręce.
Wejście do jaskini miało ledwo stopę szerokości i kryło się za usypiskiem ostrych kamieni, więc jak do tej pory bandyci nie zwrócili na nie uwagi, ale to był już trzeci raz, gdy przechodzili w pobliżu. A gdy nadejdzie dzień, któryś w końcu je zauważy i spróbuje sprawdzić, czy w takie pęknięcie mogła się wślizgnąć kobieta, dziecko i szczupły mężczyzna.
Wcześniejsza nocna wędrówka skończyła się szybciej, niż Deana by sobie tego życzyła, bo księżyc skrył się za chmurami i musieli się zatrzymać. Przy braku srebrnej tarczy na niebie ciemność panująca na pustyni robiła się… lepka. Gęsta jak roztopiona smoła, pochłaniała każdy odblask światła. Gdy wyciągnęło się przed siebie rękę, człowiek ledwo mógł dojrzeć własną dłoń. Zbyt dobrze pamiętała o kilku uskokach i jarach, które minęli po drodze, by ryzykować.
Spędzili większość nocy, leżąc w jakiejś dziurze, przytuleni do siebie we trójkę, usiłując zatrzymać pod kocami tę odrobinę ciepła, która się tam jakimś cudem zalęgła. Noce były zimne, zimniejsze niż w jej rodzinnych stronach, jakby pustynia chciała dodatkowo dręczyć wędrowców nie tylko pragnieniem, lecz także chłodem. Rozpalenie ognia to przywilej, którym żadni uciekinierzy nie mogą się cieszyć.
I wtedy, tuż przed świtem, gdy jak ujął to kiedyś jeden z poetów jej plemienia, niebo zaczęło przywdziewać szaty rodzącego się dnia, młody książę trącił Deanę lekko w bok i wskazał za skały, jakieś pół mili za nimi. Poczuła, jakby legendarny lodowy wąż podpełzł i znienacka ukąsił ją w serce.
Światła.
Na skałach pojawiły się pochodnie. Jedna, dwie, pięć. Poruszały się nie za szybko, lecz pewnie, jakby prowadził je doświadczony przewodnik. Bandyci byli blisko.
Zerwali się i korzystając z jaśniejącego nieba, ruszyli przed siebie, omal nie wpadając w zastawioną pułapkę. To było sprytne, otoczyć jakiś teren i wypłoszyć poszukiwanych, jak płoszy się zwierzynę dla myśliwych. Deana nie wiedziała, co ją ostrzegło, nagły zapach, dźwięk czy wręcz przeciwnie, podejrzana cisza, lecz w ostatniej chwili odepchnęła na bok chłopca, podcięła ślepca i wyszarpując szablę z pochwy, starła się z dwoma bandytami, którzy wyskoczyli na nich z cieni. Trans zapłonął w niej, ledwo przez chwilę, ledwo na kilka parad i kontr, które umalowały skalne ściany czarną w tym świetle krwią, a potem było po wszystkim.
Zostały dwa trupy, podnoszący się z ziemi jej towarzysze i świadomość, że w nocnej ciszy szczęk stali zabrzmiał jak tysiąc dzwonów bijących na alarm. Echo przyniosło gdzieś spomiędzy szczelin dalekie okrzyki, więc miała niewiele czasu, by sprawdzić zwłoki, a potem pobiec przed siebie, w labirynt wąskich przejść i pęknięć w skałach, z Omenarem uczepionym jej ramienia, z oddechem więznącym w gardle i dłonią kurczowo zaciśniętą na manierce zdjętej z zabitego bandyty, w której chlupotała odrobina wody.
Biegli na oślep, byle dalej i szybciej, aż w końcu, chyba tylko dzięki przewrotnemu szczęściu, Deana spostrzegła za niewielkim stosem kamieni szczelinę w skale, za którą czaił się mrok obiecujący kryjówkę. Wpadli, nie, wcisnęli się do środka, i uspokajając rozdygotane serca, nasłuchiwali.