Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
“Zapewne w pobliżu znajduje się świątynia — pomyślał Tomek. — Do niej to szli lamowie”.
Nasłuchiwał dłuższą chwilę. Srebrzysty dźwięk rozlegał się nieprzerwanie. Tomek podkradł się do załomu ściany. Teraz usłyszał plusk płynącej wody. Zajrzał do sąsiedniego korytarza. O kilkanaście kroków przed nim, w samym rogu, stał duży bęben modlitewny, zaopatrzony z jednej strony w koło z poprzecznymi łopatkami, które zanurzały się w strumieniu wartko płynącej wody w kamiennym kanaliku. Woda uderzając o łopatki wprawiała je w ruch i w ten sposób bęben wolno obracał się dookoła swej osi.
Za każdym pełnym obrotem rozlegał się głos dzwonka przymocowanego do koła.
Tomek zbliżył się do bębna oświetlonego przez zatkniętą w ścianie pochodnię. Duży walec pokrywały wyryte na nim święte formułki i modlitwy. W myśl buddyjskich wierzeń, bęben obracający się bez przerwy, przekazywał Bogu ludzkie prośby oraz dziękczynienia.
Tomek uśmiechnął się na widok tak niezwykłej naiwności. Szedł dalej, zagłębił się w jeszcze jedno odgałęzienie korytarza. Niebawem znów usłyszał pomruk ludzkich głosów. Przygarbiony niczym wiecznie zamodlony lama, śmiało ruszył przed siebie. Po chwili, jakimś zapewne bocznym wejściem, wszedł do rozległej świątyni. Przystanął za jednym z kilku błyszczących srebrem i złotem grobowców-czortenów.
Nieznacznie rozglądał się po świątyni. Przed ołtarzami płonęły niezliczone kaganki oliwne. W powietrzu unosił się ciężki, mdły zapach kadzideł. Przed olbrzymim posągiem oraz wieloma posążkami Buddy modlili się czerwoni lamowie. Gdzieś w głębi rozbrzmiewał głos dzwonków i huk bębna. Dźwięki ich mieszały się z modłami mnichów. Sufit tonął w półmroku. Rozwieszone na nim malowidła smoków i poczwar, zdawały się ożywać w otaczających je chmurach dymów kadzielnych.
Tomek poczuł się trochę nieswojo w tej dziwacznej świątyni, toteż gdy kilku mnichów opuszczało bocznym wyjściem przybytek Buddy, wysunął się za nimi. Nikt z lamów nie zwrócił uwagi na wędrującego na końcu szeregu skulonego “mnicha”.
“Wracają tą samą drogą, którą przyszedłem do świątyni — mruknął Tomek dla dodania sobie odwagi. — Zaraz za zakrętem będzie bęben modlitewny poruszany przez wodę”.
Z zadowoleniem stwierdził, że nie stracił orientacji w labiryncie klasztornych korytarzy. Znaleźli się w galerii. Tomek kroczył za lamami. Szli teraz jakimś nowym korytarzem. Naraz orszak zatrzymał się; jeden z lamów uchylił ciężkiej zasłony i w milczeniu skinął głową. Czterech lamów zniknęło w celi, podczas gdy czterech innych wyszło z niej i przyłączyło się do orszaku. Zaledwie lamowie ruszyli w głąb korytarza, Tomek wiedziony intuicją wśliznął się za zasłonę.
W obszernej celi na stosie mat spoczywał niesamowity człowiek. Całą głowę i część twarzy leżącego pokrywał długi, siwy zarost. Dłonie złożone na piersiach ostro odcinały się bielą od czerwieni szala okrywającego jego ramiona. Nie to jednak nadawało mu niesamowity wygląd. Miękki koc okrywający go opadał luźno na matę, tak jakby ów mężczyzna w ogóle nie posiadał nóg. Gdy Tomek przyjrzał się jego nieruchomej twarzy, oświetlonej kagankami umieszczonymi u wezgłowia — zrozumiał, iż mężczyzna już nie żyje.
Wzrok Tomka objął teraz czterech lamów siedzących na podwiniętych nogach z jednej strony łoża. Kręcili bębenkami swych młynków modlitewnych i odmawiali święte formułki. Po drugiej stronie zmarłego, w głębi celi, na stosie poduszek siedział biały mężczyzna. Plecami i głową opierał się o ścianę, a jego przymknięte powieki sprawiały wrażenie, iż jest pogrążony we śnie.
Tomek drgnął. Jakże dobrze znał tę piękną, męską twarz pełną stanowczości! Nie mógł go zmylić nawet długi, czarny zarost. To był jego ukochany przyjaciel — Jan Smuga, w którego poszukiwaniu przybyli w głąb Azji do tego ponurego, buddyjskiego klasztoru. Tomek, głęboko wzruszony, wolno zbliżył się do przyjaciela. Z wrażenia nie mógł wymówić słowa, więc tylko oparł dłoń na jego ramieniu.
Ten zaledwie uchylił powiek. Musiał być bardzo zmęczony, bo musnął wzrokiem postać stojącego przed nim “lamy” i cicho wypowiedział kilka słów w nieznanym języku.
“Nie poznał mnie” — pomyślał Tomek i nachyliwszy się do Smugi zawołał zrozpaczony:
— To ja, Tomek, czy pan mnie nie poznaje?!
Na dźwięk tego głosu Smuga poderwał się z poduszek. Spoglądał przenikliwym, zdumionym wzrokiem.
— Czy pan mnie nie poznaje? — ponowił Tomek zapytanie.
— Do diabła, ten mnich przemawia głosem Tomka — mruknął Smuga.
Nagłym ruchem ściągnął “uszastą” czapę z głowy domniemanego lamy. Zaledwie ujrzał płową czuprynę, porwał chłopca w ramiona. Długo ściskali się w milczeniu. W końcu Smuga ochłonął z wrażenia i rzekł:
— Poznałem cię jedynie po głosie. Od kiedy to zostałeś lamą? Gdzie ojciec, gdzie bosman i Pandit Davasarman?
Tomek odetchnął pełną piersią.
— Dzisiejszego wieczoru przybyliśmy do Hemis. Lamowie nie chcieli nas do pana zaprowadzić. Mówili, że pan czuwa przy konającym człowieku. Gdy wszyscy posnęli, wykradłem się z kwatery, aby pana odszukać, bo myślałem, że może będę mógł w czymś pomóc. Po drodze zabrałem śpiącemu lamie ten strój i myszkowałem po klasztorze tak długo, aż trafiłem tutaj.
Nikły uśmiech rozchmurzył twarz Smugi.
— Dawno nie widzieliśmy się, mój drogi, więc zapomniałem, że tobie nigdy nie brak oryginalnych pomysłów — powiedział. — Nie byłem przygotowany na taką niespodziankę. Lamowie spodziewali się, iż on umrze tej nocy, dlatego widocznie dopiero rano chcieli mnie zawiadomić o waszym przybyciu. Dla nich doczesne sprawy nie mają zbyt wielkiego znaczenia, aczkolwiek wiedzą przecież, iż oczekuję na was z wielką niecierpliwością.
Wskazał leżącego na matach mężczyznę i dodał ze smutkiem.
— To jest mój przyrodni brat, Tomku. Czy spostrzegłeś, iż nie ma obydwóch nóg? Zmarł przed trzema godzinami. Już nie męczy się dłużej...
— To bardzo przykre... Dlaczego pan go przywiózł w głąb Azji? — szepnął Tomek.
— Nie przywiozłem go do Hemis. On ściągnął mnie tutaj, lecz to długa historia.
Na dworze ozwało się przeciągłe, jękliwe, głębokie huczenie mosiężnych trąb. To lamowie z dachów świątyń oznajmiali wschód słońca.
— Już świta... Chodźmy do naszych towarzyszy. Wstali już zapewne i niepokoją się o ciebie — powiedział Smuga. — Mojemu bratu nie jesteśmy potrzebni. Dla niego skończyły się kłopoty.
— Czy pana brat był buddystą? — nieśmiało zapytał Tomek, zerkając na mnichów mamroczących modlitwy.
— Och nie! Po prostu przyzwyczaił się do lamów, którzy oddali mu wielką przysługę. Ponieważ otaczali go troskliwą opieką, więc nie chcę pozbawiać ich tej drobnej przyjemności. Niech w swój, nieco zabawny sposób modlą się za niego. Chodźmy, Tomku...
Smuga podszedł do łoża, pochylił się nad zmarłym. Łagodnym ruchem odgarnął długie włosy z czoła. Przez chwilę wpatrywał się w zastygłe rysy, potem cofnął dłoń, ujął Tomka pod ramię i wyprowadził go z celi.
Donośne huczenie trąb lamów przebudziło Wilmowskiego i jego towarzyszy. Oczywiście zaraz spostrzegli nieobecność Tomka. Zaniepokojeni tym ubierali się pospiesznie, gdy Tomek i Smuga weszli do kwatery.
— Oto i nasza zguba — zawołał bosman na widok wchodzących. — Jak tylko nie znaleźliśmy cię w betach, od razu pomyślałem, że postanowiłeś nabić w butelkę kręcimłynków i na własną rękę odszukać naszego kumpla. No i miałem rację! Nareszcie mamy pana Smugę!