Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]

Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:

Po przegranej bitwie, w której zginął władca Videssos, Mavrikios Gavras, Imperium pogrążyło się w chaosie. Rozgorzła walka o władzę. W zamieszaniu wojny domowej nowym Imperatorem ogłasza się Ortaias Sphrantzes, a wówczas rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa staje po stronie prawowitego sukcesora tronu — Thisina Gavrasa...
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 94
Перейти на страницу:

Khatrish przyprowadził swoich ludzi, którzy do tej pory zajmowali się zaopatrzeniem. Teraz mieli pomóc w ataku na stolicę.

— Wiem — odparł Pakhymer. — Nasze kołczany są pełne. Doprowadziliśmy rzemieślników do szału, prosząc o tyle strzał. — Z niechęcią łypnął na pochmurne niebo. — Trudno będzie trafić w cele.

— Oczywiście — powiedział Skaurus, nagle mniej zadowolony z mgły. — Wystarczy, że zasypiecie strzałami szczyt muru. Nie musicie od razu zabić.

— Oczywiście — powtórzył Pakhymer ironicznie.

Trybun poczuł, że się czerwieni. A to dobre! Robi wykład o łucznictwie Khatrishowi, który zapewne dostał łuk w rękę, kiedy skończył trzy lata. Marek pośpiesznie zmienił temat.

Rozbrzmiał głos trąby; wysoki i piskliwy w porannej ciszy. Marek rozpoznał imperialną fanfarę, sygnał do ataku.

Strach rozwiał się. Skończyło się czekanie. Zbliżała się bitwa, jakikolwiek miał być jej wynik.

Ostatnia nuta jeszcze wisiała w powietrzu, kiedy ożyły rogi. Rzymianie z całych sił zakrzyknęli „Gavras!” i ruszyli biegiem w stronę Srebrnej Bramy i bocznej furtki, przez którą Rhavas dokonał wypadu. Legioniści przystąpili do zasypywania biegnącej wokół miasta fosy ziemią, gałęziami i wiązkami kijów, żeby zrobić miejsce dla taranów.

Pierwszą linię obrony stanowił wał ziemny sięgający człowiekowi do piersi, nie różniący się wiele od tego, który usypali ludzie Gavrasa, tyle że był oblicowany kamieniami. Szybko uporano się z posterunkami, którym obrońcy wcale nie byli skłonni rzucić się na ratunek.

Wysoko na Srebrnej Bramie stały ikony Phosa przypominające, że Videssos to jego święte miasto. Teraz potraktowano je brutalnie. Bzycząc nad głowami Rzymian jak rój wściekłych komarów, nadleciały strzały Khatrishów. Zaraz potem dał się słyszeć hałas miotaczy strzał i łoskot katapult wyrzucających kamienie.

— Ładować! No dalej, żwawo! — poganiał załogę jeden z artylerzystów.

Marek doszedł do wniosku, że stanowi on doskonałą videssańską kopię Gajusza Filipusa. Starszy centurion poganiał krzykiem legionistów, którzy toczyli tarany w stronę wzmocnionej żelaznymi obręczami Srebrnej Bramy. Drewniane skrzynie o ściętych bokach, pokryte skórami dla ochrony przed ogniem, wrzącym olejem i piaskiem, sunęły ociężale naprzód.

Spoglądając w górę na mury zwieńczone blankami, Skaurus poczuł przypływ nadziei. Wbrew jego oczekiwaniom pociski szybko wypędziły obrońców ze stanowisk. Tarany bez przeszkód zajęły pozycje. Korytarz za bramą rozbrzmiał echem pierwszych uderzeń niczym w wielki bęben.

Lecz Khatrishe nie mogli dłużej utrzymywać morderczego ognia. Ramiona im omdlały, cięciwy rozciągnęły się i strzały przestały dolatywać do celu. Na murach znowu pojawili się żołnierze. Jeden z Vaspurakanerów Bagratouniego wrzasnął, kiedy gorący olej przedostał się przez spojenia zbroi i przypiekł ciało. Kolejny obrońca już miał wylać na Rzymian kocioł wrzącego tłuszczu, gdy strzała Khatrisha trafiła go w twarz. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, chlustając wrzącym płynem na swoich towarzyszy. Rzymianie zaczęli wiwatować, słysząc w górze wrzaski bólu i strachu.

Z wież wewnętrznego muru posypały się na legionistów kamienie i inne pociski. Khatrishów było za mało, a poza tym stali za daleko, by unieszkodliwić strzelców i katapulty.

Ponad bitewną wrzawę wybił się krzyk „Drabiny!”, „Drabiny!”.

Skaurus rzucił spojrzenie w tamtym kierunku i zobaczył ludzi wdrapujących się błyskawicznie na mury. Wiedzieli, że stracą życie, jeśli nie dotrą do szczytu, zanim wrogom uda się odepchnąć drabiny. Legioniści nie próbowali tej taktyki. Trybun ocenił, że jest zbyt ryzykowna.

Tarany waliły bez ustanku. W góry opuścił się łańcuch z umieszczonym na końcu hakiem, lecz Rzymianie, czujni na takie sztuczki, odepchnęli go. Ogromne żelazne klamry łączące bramę z murem zgrzytały i jęczały po każdym ciosie. Grube dębowe portale zaczęły się wyginać do wewnątrz.

— Teraz ich mamy! — krzyknął Viridoviks.

Jego oczy płonęły podnieceniem. Machnął mieczem w stronę oblężonych. Z niecierpliwością czekał, kiedy wreszcie się z nimi zmierzy. Walka na odległość oraz pojedynek taranów i katapult były marnym substytutem walki wręcz, za którą tęsknił.

Marek mniej się do niej palił, lecz jego pewność siebie rosła. Ludzie Ortaiasa nie stawiali zażartego oporu. Właściwie to Rzymianie nie powinni nawet przytoczyć taranów w pobliże Srebrnej Bramy, nie mówiąc o jej roztrzaskaniu, co im się prawie udało. Zastanawiał się, ilu żołnierzy związały statki Elissaiosa Bouraphosa, atakujące Videssos od strony morza. Czasami flota okazywała się przydatna.

Walka przy furcie wypadowej nie przebiegała dla legionistów tak pomyślnie. Ostry uskok w murze chronił ją przed machinami i pozwalał obrońcom strzelać do atakujących. Kiedy straty wzrosły, Skaurus wycofał swoich żołnierzy, zostawiając dwa oddziały, które miały pilnować, by oblężeni Videssańczycy nie dokonali wypadu.

Ostatnie uderzenie pracujących zgodnie taranów trafiło w nadwerężone deski Srebrnej Bramy, która runęła do środka. Rzymianie wyskoczyli zza osłon taranów krzycząc, że miasto jest zdobyte.

Triumfowali przedwcześnie. Przejście między zewnętrznymi a wewnętrznymi wrotami było otoczone murem i zadaszone, a drogę zagradzała potężna krata. Zza niej łucznicy siali śmierć pośród legionistów.

Dzielni jak zawsze Khatrishe Laona Pakhymera przybiegli na ratunek. Ucierpieli na tym, ponieważ mieli na sobie tylko lekkie zbroje. Ludzie Ortaiasa zebrali wśród nich obfite żniwo. Laon Pakhymer patrzył na to bez wyrazu, ale twarz mu pobladła i wyraźniej odznaczyły się na niej dzioby. Mimo to wysłał naprzód kolejnych wojowników.

Jeszcze więcej łuczników strzelało do Rzymian z otworów wybitych w ścianach nad przejściem. Nie były puste tak jak poprzedniego lata w ogarniętym paniką Khliat, lecz obsadzone przez ludzi i niebezpieczne.

— Testudo! — krzyknął Gajusz Filipus i nad głowami legionistów pojawiły się scuta dla ochrony przed deszczem strzał.

Zaraz jednak spadło na nich coś gorszego niż strzały. Rozgrzany do czerwoności piasek, wrząca woda, pryskający olej wylały się z otworów strzelniczych, a złączone tarcze nie mogły ochronić żołnierzy. Poparzeni ludzie zaczęli przeklinać i wrzeszczeć.

Jeszcze straszniejsze były butelki z witriolem, którymi obrońcy rzucali w Rzymian. Pokrycie tarcz dymiło i pokrywało się bąblami, a jeśli kropla zetknęła się z ciałem, wypalała je do kości.

Skaurus zazgrzytał zębami z frustracji. Sforsowawszy Srebrną Bramę, jego ludzie wpadli w okrutną pułapkę. Już lepiej, gdyby przegrali od razu. Tarany, chronione przez płaszcze, sunęły wytrwale w stronę kraty. Jeden z ludzi siedzących wewnątrz osłony padł trafiony strzałą, która ominęła tarczę.

Lecz za kratą znajdowały się drugie wrota, jeszcze mocniejsze niż pierwsze. Czy mógł rozkazać żołnierzom, żeby pokonali tę przeszkodę i zaatakowali świeże oddziały Ortaiasa?

Gdyby miał do dyspozycji wielką armię, mógłby tego spróbować. Jego siły były jednak ograniczone. Gdyby teraz stracił legionistów, straciłby ich na zawsze. Choć bardzo chciał pomóc Thorisinowi, musiał pamiętać o credo dowódcy najemników: należy chronić swoich ludzi. Bez nich nic nie można zrobić.

— Wycofywać się — rzucił komendę i dał znak trębaczom, żeby odtrąbili odwrót.

Tego rozkazu legioniści słuchali bez przykrości. Wyruszali do ataku w bojowym nastroju, ale znali granice swoich możliwości.

Khatrishe osłaniali Rzymian. Zwłaszcza wycofanie taranów było trudnym zadaniem ze względu na ich wielkość i ciężar. Laon Pakhymer machnięciem ręki zbył podziękowania Marka.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)