Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
— Może tylko pana Cosmo — zasugerował.
Minutę później gość został z dumą wprowadzony.
— Cóż za urocza kryjówka, panie Bent — zaczął Cosmo. — Wygodna… hm…
— W pobliżu bliskich miejsc — rzekł Bent, zdejmując krzesło z szafy. — Proszę bardzo, sir. Nieczęsto przyjmuję gości.
— Od razu przejdę do rzeczy, panie Bent. — Cosmo usiadł. — Kierownictwu nie podoba się, cha, cha, kierunek, w jakim bank jest kierowany. Jestem pewien, że panu również.
— Istotnie, sir, wolałbym, żeby był inny.
— Powinien zwołać posiedzenie rady nadzorczej!
— Owszem, sir, ale obawiam się, że zgodnie z regulaminem banku nie musi tego robić jeszcze przez tydzień.
— Zrujnuje bank!
— Prawdę mówiąc, sir, zyskaliśmy wielu nowych klientów.
— Przecież nie może pan chyba lubić tego człowieka! Nie pan, panie Bent!
— Łatwo go polubić, sir. Ale zna mnie pan. Nie ufam tym, którzy zbyt często się śmieją. Serce głupców jest w domu wesela. Nie powinien kierować pańskim bankiem.
— Chcę o nim myśleć jak o naszym banku, panie Bent — zapewnił wielkodusznie Cosmo. — Ponieważ, w bardzo realny sposób, jest nasz.
— Jest pan zbyt uprzejmy, sir — odparł Bent.
Wpatrywał się w deskę podłogi, widoczną przez dziurę w taniej ceracie, która z kolei została obnażona, w bardzo realny sposób, przez wytarte miejsce w dywanie, który — w bardzo realny sposób — był jego.
— O ile wiem, zaczął pan u nas pracować bardzo młodo — ciągnął Cosmo. — Mój ojciec osobiście dał panu posadę praktykanta księgowego. Prawda?
— Rzeczywiście, sir.
— Był człowiekiem… pełnym zrozumienia. I słusznie. Nie warto grzebać w przeszłości…
Cosmo przerwał na moment, by słowa zapadły w umysł. Bent był przecież inteligentny. Po co używać młota, skoro piórko spłynie w dół i osiągnie podobny skutek?
— Może znajdzie pan sposób, który pozwoli go usunąć ze stanowiska bez nadmiernego zamieszania ani rozlewu krwi? Musi coś być… — stwierdził. — Nikt przecież nie pojawia się znikąd. A o jego przeszłości wiadomo nawet mniej niż na przykład, dla podtrzymania dyskusji, o pańskiej.
Kolejna dyskretna sugestia. Bentowi drgnęła powieka.
— Ale Pan Maruda nadal będzie prezesem — wymamrotał, a deszcz bębnił o szybę.
— O tak. Lecz jestem przekonany, że znajdzie się pod opieką kogoś, kto… tak to nazwijmy… lepiej sobie radzi z tłumaczeniem jego miłych szczeknięć na bardziej tradycyjne decyzje.
— Rozumiem.
— A teraz muszę już iść. — Cosmo wstał. — Z pewnością ma pan wiele do… — rozejrzał się po pustym pokoju, który nie zdradzał żadnych przejawów zamieszkiwania przez ludzi: żadnych obrazków, książek, odpadków życia… i dokończył: — …zrobienia?
— Wkrótce położę się spać — odparł Bent.
— Niech mi pan powie, panie Bent, ile panu płacimy? — Cosmo zerknął w stronę szafy.
— Czterdzieści jeden dolarów miesięcznie.
— Ale za to ma pan pewność zatrudnienia…
— Tak też do tej pory uważałem, sir.
— Zastanawiam się tylko, dlaczego postanowił pan zamieszkać tutaj.
— Lubię monotonię, sir. Niczego ode mnie nie wymaga.
— No, pora ruszać — stwierdził Cosmo nieco szybciej, niż było to konieczne. — Na pewno zdoła nam pan pomóc, panie Bent. Zawsze był pan pomocny. Byłoby szkoda, gdyby nie mógł pan być nam pomocny także obecnie.
Bent wpatrywał się w podłogę. Dygotał.
— I chyba mogę pana zapewnić w imieniu nas wszystkich, że uważamy pana za członka rodziny. — Cosmo przemyślał to zdanie, wspominając szczególne zalety Lavishów, i dodał: — Ale w tym dobrym znaczeniu.
Rozdział szósty
Na dachu Tant, najstarszego więzienia w mieście, Moist był całkiem mokry. Dotarł już do punktu, w którym stał się tak przemoczony, że powinien zbliżać się do suchości z drugiej strony.
Z niedużej wieży semaforowej na płaskim dachu wyjął ostrożnie ostatnią lampę olejową i wylał jej zawartość w wyjącą noc. I tak były tylko do połowy pełne. Zadziwiające, że komukolwiek chciało się je w taką noc zapalać.
Po omacku dotarł na brzeg dachu, znalazł swoją kotwiczkę, przesunął ją przez blanki i popuścił linę, by zsunęła się delikatnie na niewidoczną ziemię. Teraz, kiedy lina opasała kamienny blok, zjechał w dół, trzymając obie jej części. Potem ściągnął ją za sobą. Kotwiczkę i linę ukrył wśród odpadków w zaułku; w ciągu godziny ktoś je ukradnie.
Załatwione. A teraz do rzeczy.
Pancerz straży, który wyniósł z bankowej szatni, pasował jak rękawiczka. Wolałby jednak, żeby pasował jak hełm i napierśnik. Chociaż prawdę mówiąc, nie lepiej pewnie wyglądały na właścicielu, obecnie spacerującym dumnie po korytarzach w bankowym błyszczącym, ale niepraktycznym pancerzu. Powszechnie było wiadomo, że podejście straży do uniformów sugerowało jeden ogólny rozmiar, który właściwie na nikogo dobrze nie pasuje, oraz że komendant Vimes nie aprobował pancerzy, które nie wyglądały jak skopane przez trolle. Lubił, kiedy pancerz wyraźnie dawał do zrozumienia, że wykonuje swoje zadania.
Moist odczekał chwilę, by uspokoić oddech, po czym wynurzył się z zaułka, podszedł do dużych czarnych drzwi i pociągnął za sznur dzwonka. Mechanizm grzechotał i szczękał. Nie będą się spieszyć, nie w taką noc…
Był teraz jak nagi, odkryty niczym nowo narodzony homar. Miał nadzieję, że przewidział wszystkie pułapki, ale pułapki są… jak to się nazywa, słuchał o tym wykładu na uniwersytecie… fraktalne. Pułapki są fraktalne. Każda ma mnóstwo mniejszych pułapek. Nie można przewidzieć wszystkich. Strażnik w banku może być wezwany z powrotem do pracy i odkryje, że jego szafka jest pusta, ktoś mógł zauważyć, że Moist ją opróżniał, mogli przenieść Jenkinsa gdzie indziej… Do demona z tym. Kiedy czas goni, trzeba tylko zakręcić kołem i być gotowym do ucieczki.
Albo też, jak w tym przypadku, unieść oburącz wielką kołatkę i dwukrotnie opuścić ją mocno na gwóźdź. Odczekał, aż z trudem odsunęła się mała klapka w drzwiach.
— Czego? — zapytał rozdrażniony głos należący do twarzy w mroku.
— Odbiór więźnia. Niejaki Jenkins.
— Co? Jest piekielny środek nocy!
— Mam podpisany Formularz 37 — oświadczył spokojnie Moist.
Klapka zamknęła się z trzaskiem. Znowu musiał czekać na deszczu. Tym razem minęły trzy minuty, zanim znowu się otworzyła.
— Co jest?
To był nowy głos, zamarynowany podejrzliwością.
Aha, dobrze — to Bellyster. Moist był zadowolony. To, co zamierzał dzisiaj przeprowadzić, miało jednego z dozorców postawić w bardzo niedobrej sytuacji, a niektórzy z nich byli całkiem porządni, zwłaszcza w celi śmierci. Ale Bellyster to prawdziwy klawisz ze starej szkoły, mistrz drobnych okrucieństw, typ dręczyciela, który wykorzysta każdą okazję, żeby życie więźnia zmienić w mękę. Nie chodzi o to, że pluł do miski cienkiej zupy, ale nie miał nawet tyle przyzwoitości, by robić to w miejscu, gdzie więzień go nie widzi. Czepiał się słabych i wystraszonych.