Zatoka cykuty
- Автор: Коултер Кэтрин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zatoka cykuty». Краткое содержание книги:
– Nic z tego nie rozumiem. – Virginia Cosgrove mówiła teraz takim cichym szeptem jak Marilyn. – Więc Tammy jest facetem?
– To się okaże, agentko Cosgrove. Niech się pani nad tym nie zastanawia. Pani priorytetem jest ochrona Marilyn. Proszę skupić się tylko na tym.
Marilyn przysunęła się do Virgini i wzięła ją za rękę.
– Agentko Cosgrove, pani nie pozwoli, żeby on mnie porwał, prawda?
– Nie, Marilyn. Nie pozwolę mu nawet zbliżyć się do pani. – Obróciła się do Savicha. – Może pan na mnie liczyć. Osłonię ją własnym ciałem, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Minęła godzina – teraz była siódma. Niebo usiane już było gwiazdami i świecił księżyc. Było ciepło i bardzo pięknie. Słychać było granie cykad.
Lotnisko było trochę zbyt zatłoczone, jak na tę porę dnia, ale Savich miał nadzieję, że Tammy Tuttle nie zwróci na to uwagi. Obawiał się jednak, że nie umknie jej nerwowe zachowanie miejscowych policjantów. Albo może jemu – zależnie od tego, które z nich się tu pojawi.
Savich odetchnął głęboko, przesuwając wzrokiem po ludziach zgromadzonych na lotnisku.
– Sherlock, Timmy jest już blisko – powiedział. – Tak twierdzi Marilyn. Mówiła, że już go wyczuwa, a to było godzinę temu. Jest jeszcze bardziej przerażona niż ja. Poza tym jest przekonana, że Tammy może błyskawicznie zamienić się w mężczyznę, w tego Timmy.
O tej porze na lotnisku nie było wielu turystów – tych prawdziwych turystów. Samoloty ze Stanów już dawno wylądowały i pasażerowie opuścili halę. Wieczorem latało jeszcze tylko kilka samolotów z wyspy na wyspę. Było to i dobre, i złe. Niedobre, jeśli chodzi o kamuflaż, ale malały też szanse, że komuś postronnemu stanie się krzywda.
To się stało tak szybko, że nie dało się niczemu zapobiec. Niski, szczupły, śmiertelnie blady mężczyzna, z ostrzyżonymi tuż przy czaszce czarnymi włosami – jedynie na czubku głowy miał parę loków – zmaterializował się nagle za plecami agentki Virginii Cosgrove.
– Tylko się porusz, koteczku – powiedział z ustami przy jej uchu – i zaalarmuj tych federalnych, którzy się tu snują, a poderżnę ci gardło. Będzie zabawa – zdążysz jeszcze zobaczyć, jak twoja krew tryska czerwoną fontanną.
Virginia usłyszała zduszony jęk Marilyn. Jak to się stało? Dlaczego nikt jej nie zaalarmował? Dlaczego nikt go nie widział? To musiał być ten mężczyzna, Timmy Tuttle, o którym mówiła Marilyn.
– Nie poruszę się. – Lekko skinęła głową. – Niczego nie zrobię.
– To dobrze – odparł mężczyzna i poderżnął jej gardło. Krew trysnęła strumieniem. Virginia chciała krzyknąć, ale z jej gardła wydobył się tylko cichy bulgot.
– Chodźmy, kochanie. – Mężczyzna zwrócił się z uśmiechem do Marilyn. – Już się stęskniłem za swoją ślicznotką. Jesteś gotowa, koteczku?
– Tak, Timmy, jestem gotowa – szepnęła Marilyn. Wziął ją za rękę zakrwawioną dłonią, a drugą ręką przyłożył jej nóż do gardła. Savich, który rozmawiał szeptem z Vinnym Arbusem, zobaczył nagle, że z gardła Virginii Cosgrove bucha krew. A przecież dopiero przed chwilą na nią patrzył. Jak to się mogło stać? Zobaczył też mężczyznę, który ciągnął Marilyn, trzymając jej nóż na gardle. Kilkunastu agentów i przynajmniej kilkunastu cywilów widziało, jak Virginia pada na podłogę, jak rozpryskuje się krew, widzieli też śmiertelnie bladego mężczyznę, który prowadził Marilyn Warluski.
Rozpętało się piekło. Zapanował totalny chaos. Jedni krzyczeli, biegli przed siebie, inni zamarli w miejscu, a jeszcze inni padali na podłogę, osłaniając głowę rękami. Powietrze przesiąknięte było zapachem krwi.
Został wzięty zakładnik, a tym zakładnikiem nie była osoba postronna, tylko Marilyn Warluski.
Mężczyzna znalazł się teraz na wolnej przestrzeni – nie kłębili się już wokół niego spanikowani cywile. Savich rozpoznałby tę twarz nawet na końcu świata – to była twarz Tammy Tuttle. Ale przecież to niemożliwe. Savich mógłby przysiąc, że ten mężczyzna, który przykładał nóż do gardła Marilyn Warluski, miał dwie ręce – widział jego obie dłonie na własne oczy. To musiał być ktoś inny, a nie Tammy Tuttle przebrana za mężczyznę. Ktoś, kto był na tyle podobny do Tammy, żeby wprowadzić go w błąd. Jak to jednak było możliwe, że znalazł się nagle tuż przy Virginii i Marilyn i nikt go nie zauważył? To wszystko nie miało żadnego sensu.
Agenci popychali na podłogę tych turystów, którzy nie zdążyli się jeszcze położyć, torując sobie drogę do porywacza i jego zakładniczki.
Miejscowy policjant, młody chłopak z wąsikiem, dopadł ich pierwszy. Krzyknął, żeby się zatrzymali, i oddał ostrzegawczy strzał w powietrze.
Mężczyzna odwrócił się powoli, błyskawicznym ruchem wyciągnął z kieszeni SIG Sauera i strzelił mu w czoło. Potem obrócił się dokoła i skierował wzrok na Savicha, który stał w odległym kącie hali.
– Hej, to ja, Timmy Tuttle! – krzyknął. – Witaaaaam, was!
Savich zapanował nad emocjami, wywołanymi przez brzmienie tego głosu. Musiał to zrobić, żeby w ogóle móc normalnie funkcjonować. Wiedział, że rozmieszczeni w hali lotniska snajperzy mają Timmy'ego Tuttle'a na celownikach. Niedługo będzie już po wszystkim.
Przesunął się wzdłuż ściany, wślizgnął za ladę Karaibskich Linii Lotniczych i wraz z kilkoma towarzyszącymi mu agentami zbliżał się do Timmy'ego Tuttle'a.
Padły jednocześnie trzy strzały. To snajperzy, którzy by nie strzelali, gdyby nie mieli Tammy Tuttle na celowniku.
Savich podniósł głowę. Od Timmy'ego Tuttle'a dzieliło go teraz tylko kilka metrów, ale go nie widział. Czyżby spudłowali?
Rozległo się jeszcze kilka strzałów przy akompaniamencie krzyków przerażonych ludzi.
Savich doznał nagle bardzo dziwnego uczucia, które było tak silne, że szybko się odwrócił. Po swojej lewej stronie, w odległości około trzech metrów, zobaczył Sherlock i trzech agentów. Sherlock wstawała właśnie z kolan, z SIG Sauerem wymierzonym w miejsce, gdzie przed chwilą był Timmy Tuttle i Marilyn. Robiła wrażenie oszołomionej. Całą siłą woli powstrzymał się, żeby nie krzyknąć, żeby trzymała się z daleka, nie narażała na niebezpieczeństwo. Ale co mogło jej grozić? Mężczyzna, który w rzeczywistości nie był człowiekiem z krwi i kości, tylko zjawą wysnutą z chorego umysłu Tammy Tuttle?
Savich dostrzegł jakiś ruch, poczuł zapach krwi i wiedział, że to Timmy Tuttle. Rzucił się biegiem w kierunku sali konferencyjnej. To było jedyne miejsce, gdzie Timmy mógł zabrać Marilyn. Kopniakiem otworzył drzwi.
Zatrzymał się z bronią gotową do strzału. Na środku sali stał duży stół i dwanaście krzeseł. Zauważył rzutnik, faks i kilka aparatów telefonicznych.
W sali nie było nikogo. Była całkowicie pusta. Nawet tu wyczuwało się zapach krwi Virginii. Zaczął przeszukiwać salę cal po calu, nerwowo przełykając ślinę.
A więc Timmy tu nie wchodził. Trzeba przeszukać inny pokój. Biegł przez hol, a kilku agentów za nim. Zauważył Sherlock, z bronią gotową do strzału – otwierała drzwi z napisem SECURITY.
Kiedy tam wpadł, Sherlock stała pośrodku pokoju, a trzech towarzyszących jej agentów przeszukiwało pomieszczenie. Sherlock stała w miejscu, wpatrując się w duże okno.
Odwróciła się, zobaczyła go w otwartych drzwiach i agentów za jego plecami, przechyliła głowę na bok, jakby chciała o coś spytać, a po chwili zamknęła oczy i upadła na podłogę.
– Sherlock!
– Mój Boże, postrzelił ją?
– Co się stało?
Podbiegło do niej trzech agentów.
Savich wiedział, że nie może się tu zatrzymać, chociaż była to najtrudniejsza decyzja w jego życiu.
– Zajmijcie się nią! – krzyknął. – Deevers, Conlin, Marks, Abrams, idziecie ze mną!