Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 137
Перейти на страницу:

Od śledzenia ich rozbolała go głowa. Nie był to oczyszczony, statyczny zapis z rejestratora holowidowego, ale skaczące podczas ruchu głowy i zmieniające się co chwila rzeczywiste obrazy. Zwolnił prędkość odtwarzania i dostrzegł samego siebie w korytarzu przed rurą windową — niskiego, przejętego człowieczka w szarym stroju kamuflażowym, z błyszczącymi oczyma osadzonymi w nieruchomej twarzy. Naprawdę tak wyglądam? Pod luźnym mundurem ułomności jego ciała nie były tak widoczne, jak sądził.

Zasiadł w głowie Tonkina i maszerował z nim przez labirynt budynków, korytarzy i tuneli Bharaputry aż do ostatniej strzelaniny. Thorne wiernie powtórzył słowa Norwooda; to samo było w zapisie. Jednak pomylił się co do czasu; według zegara w hełmie nieobecność Norwooda trwała jedenaście minut. Później zjawił się ponownie z zaczerwienioną twarzą, ciężko dysząc. Nagle wybuchnął śmiechem, a chwilę później błysnęła eksplozja granatu — Mark instynktownie uchylił się, po czym wyłączył holowid i obrzucił krótkim spojrzeniem własny strój, jakby się spodziewał zobaczyć świeże ślady krwi i rozpryśniętego mózg.

Jeżeli tam ma znajdować się jakaś wskazówka, to gdzieś wcześniej. Uruchomił program jeszcze raz od momentu wyjścia z holu. Potem trzeci raz, w zwolnionym tempie, krok po kroku, oglądał badawczo każdy obraz. Cierpliwa, drobiazgowa i pochłaniająca praca wydała mu się niemal przyjemna. Drobiazgi — można się w nich zagubić, oszukiwać nimi jak narkozą obolały mózg.

— Mam cię — szepnął. Mignęło tak prędko, że ledwo zdążył zauważyć; w rzeczywistym czasie zarejestrowałby to wyłącznie podświadomie. Przez mgnienie oka dostrzegł na ścianie korytarza strzałkę i napis „Załadunek i odbiór”.

Uniósł wzrok i zobaczył przyglądającą mu się Bothari-Jesek. Jak długo tu siedzi? Przyjęła swobodną pozycję, skrzyżowawszy długie nogi i złożywszy dłonie razem.

— Co takiego masz? — zapytała cicho.

Włączył obraz holomapy widmowych budynków z zaznaczoną kolorową trasą, jaką przeszli Norwood z Tonkinem.

— Nie tędy — wskazał — ale tędy. — Zaznaczył obszar położony daleko od drogi, którą szli Dendarianie z kriokomorą. — Tu wszedł Norwood. Przez ten tunel. Jestem pewien! Widziałem ten budynek — wchodziłem w każde miejsce. Bawiłem się tu z kolegami w chowanego, dopóki opiekunowie nie kazali nam przestać. Widzę tak dokładnie, jak gdybym odtwarzał obraz z hełmu Norwooda. On zabrał kriokomorę do zatoki załadunku i odbioru. Załadował ją!

Bothari-Jesek wyprostowała się.

— Jak to możliwe? Miał tak mało czasu!

— Nie tylko możliwe, ale wręcz łatwe. Sprzęt do pakowania jest w pełni zautomatyzowany. Wystarczyło po prostu włożyć komorę do maszyny pakującej skrzynie i wcisnąć guzik. Roboty same zawożą ładunek do doku. Panuje tam duży ruch — odbierają dostawy dla całego kompleksu medycznego, wywożą wszystko, od dysków z danymi po zamrożone części ciała do przeszczepów i zmodyfikowane genetycznie płody, ale także sprzęt dla ratowników. Na przykład wyremontowane kriokomory. Najprzeróżniejsze rzeczy! Pracują na okrągło i po naszym ataku musieli się zapewne w wielkim pośpiechu ewakuować. Kiedy maszyna pracowała, Norwood mógł w tym czasie zrobić w komputerze etykietę na pakunek. Potem nalepił ją na paczkę, przekazał robotowi — a później, jeśli był tak sprytny, jak myślę, usunął wszystkie ślady. I pędem wrócił do Tonkina.

— A więc kriokomora czeka zapakowana w doku ładunkowym na dole! Czekaj, powiem o tym Quinn! Chyba powinniśmy powiedzieć Bharaputranom, gdzie mają szukać.

Powstrzymał ją gestem.

— Moim zdaniem… — zaczął.

Spojrzała na niego i opadła z powrotem na krzesło, mrużąc podejrzliwie oczy.

— Co twoim zdaniem? — spytała.

— Od naszego odlotu minął prawie cały dzień. Kazaliśmy Bharaputranom szukać komory pół dnia temu. Gdyby kriokomora rzeczywiście nadal czekała w doku, na pewno by ją znaleźli. Automatyczny układ załadunkowy jest bardzo sprawny. Myślę, że kriokomora została już wysłana, może w ciągu pierwszej godziny. Moim zdaniem Bharaputranie i Fell mówią prawdę. Teraz muszą odchodzić od zmysłów. Nie dość, że nigdzie nie ma kriokomory, to jeszcze zupełnie nie wiedzą, dokąd poleciała!

Bothari-Jesek siedziała sztywno wyprostowana.

— A my? — zapytała. — Mój Boże, jeśli masz rację, Miles może być teraz w drodze dokądkolwiek. Przetransportowano komorę do którejś z ponad dwudziestu orbitalnych stacji transferowych, może już nawet opuściła punkt skokowy! Simon Illyan dostanie szału, gdy mu o tym zamelduję.

— Wcale nie dokądkolwiek — poprawił stanowczo Mark. — Norwood mógł zaadresować komorę tylko do miejsca, które znał. O którym pamiętał, nawet gdy był pod ostrzałem, okrążony i odcięty od swoich.

Oblizała usta, rozważając jego słowa.

— Dobrze — powiedziała w końcu. — A więc wysłał ją prawie dokądkolwiek. Ale możemy zacząć poszukiwania od zbadania osobistej kartoteki Norwooda. — Odchyliwszy się na krześle, spojrzała na niego poważnie. — Wiesz, sam w pustym pokoju zupełnie nieźle sobie radzisz. Nie jesteś głupi. Po prostu nie masz w sobie nic z oficera liniowego.

— Z żadnego oficera. Nie cierpię wojska.

— Miles uwielbia walkę. Jest uzależniony od zastrzyków adrenaliny.

— Ja ich nie cierpię. Nienawidzę się bać. Strach paraliżuje mi umysł. Nie jestem się w stanie ruszyć, gdy ktoś na mnie krzyczy.

— A jednak umiesz myśleć… Często się boisz?

— Prawie zawsze — przyznał zgnębiony.

— Dlaczego więc… — Zawahała się, jak gdyby chciała bardzo ostrożnie dobrać słowa. — Dlaczego więc ciągle próbujesz być Milesem?

— Wcale nie, to wy mnie zmuszacie, żebym go grał!

— Nie mam na myśli chwili obecnej. W ogóle.

— Nie wiem, co masz na myśli!

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Dwadzieścia godzin później dwa dendariańskie statki odcumowały od Stacji Fella, szykując się, by wystrzelić w stronę punktu skokowego numer pięć. Nie były same. Eskortowało je, nie odstępując na krok, pół tuzina statków sił bezpieczeństwa Domu Fell. Były to okręty wojenne przeznaczone do działań w lokalnej przestrzeni, pozbawione prętów Necklina i niezdolne do wykonania skoku; zaoszczędzoną w ten sposób moc wykorzystano do wyposażenia ich w imponujące uzbrojenie i pancerze. Stateczki były naprawdę groźne.

Za konwojem, trzymając się w bezpiecznej odległości, sunął krążownik bharaputrański, bardziej przypominający jacht niż okręt; statek był gotów przyjąć na pokład barona Bharaputrę, kiedy znajdą się w pobliżu stacji skokowej kontrolowanej przez Fella. Niestety, na jego pokładzie nie było kriokomory z Milesem.

Quinn, zanim pogodziła się z tragiczną prawdą, znajdowała się na skraju załamania. Podczas ich ostatniej prywatnej narady w sali odpraw Bothari-Jesek musiała dosłownie pchnąć ją na ścianę.

— Nie zostawię Milesa! — wyła Quinn. — Najpierw wyrzucę w przestrzeń tego łajdaka Bharaputrę!

— Posłuchaj — syknęła Bothari-Jesek, mnąc w garści jej mundur. Gdyby była zwierzęciem, pomyślał Mark, jej uszy na pewno przylegałyby teraz płasko do głowy. Skulił się na krześle, chcąc stać się jak najmniejszym. Jeszcze mniejszym, niż był. — Mnie nie podoba się to tak samo jak tobie, ale sytuacja znacznie nas przerosła. Wszystko wskazuje na to, że Bharaputranie nie mają Milesa, który zmierza Bóg wie dokąd. Potrzebujemy posiłków: nie okrętów, lecz przeszkolonych agentów wywiadu. I to wielu. Potrzebujemy Illyana i CesBezu, jak najszybciej. Pora stąd uciekać. Im prędzej się stąd wydostaniemy, tym prędzej wrócimy.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)