Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Od śledzenia ich rozbolała go głowa. Nie był to oczyszczony, statyczny zapis z rejestratora holowidowego, ale skaczące podczas ruchu głowy i zmieniające się co chwila rzeczywiste obrazy. Zwolnił prędkość odtwarzania i dostrzegł samego siebie w korytarzu przed rurą windową — niskiego, przejętego człowieczka w szarym stroju kamuflażowym, z błyszczącymi oczyma osadzonymi w nieruchomej twarzy. Naprawdę tak wyglądam? Pod luźnym mundurem ułomności jego ciała nie były tak widoczne, jak sądził.
Zasiadł w głowie Tonkina i maszerował z nim przez labirynt budynków, korytarzy i tuneli Bharaputry aż do ostatniej strzelaniny. Thorne wiernie powtórzył słowa Norwooda; to samo było w zapisie. Jednak pomylił się co do czasu; według zegara w hełmie nieobecność Norwooda trwała jedenaście minut. Później zjawił się ponownie z zaczerwienioną twarzą, ciężko dysząc. Nagle wybuchnął śmiechem, a chwilę później błysnęła eksplozja granatu — Mark instynktownie uchylił się, po czym wyłączył holowid i obrzucił krótkim spojrzeniem własny strój, jakby się spodziewał zobaczyć świeże ślady krwi i rozpryśniętego mózg.
Jeżeli tam ma znajdować się jakaś wskazówka, to gdzieś wcześniej. Uruchomił program jeszcze raz od momentu wyjścia z holu. Potem trzeci raz, w zwolnionym tempie, krok po kroku, oglądał badawczo każdy obraz. Cierpliwa, drobiazgowa i pochłaniająca praca wydała mu się niemal przyjemna. Drobiazgi — można się w nich zagubić, oszukiwać nimi jak narkozą obolały mózg.
— Mam cię — szepnął. Mignęło tak prędko, że ledwo zdążył zauważyć; w rzeczywistym czasie zarejestrowałby to wyłącznie podświadomie. Przez mgnienie oka dostrzegł na ścianie korytarza strzałkę i napis „Załadunek i odbiór”.
Uniósł wzrok i zobaczył przyglądającą mu się Bothari-Jesek. Jak długo tu siedzi? Przyjęła swobodną pozycję, skrzyżowawszy długie nogi i złożywszy dłonie razem.
— Co takiego masz? — zapytała cicho.
Włączył obraz holomapy widmowych budynków z zaznaczoną kolorową trasą, jaką przeszli Norwood z Tonkinem.
— Nie tędy — wskazał — ale tędy. — Zaznaczył obszar położony daleko od drogi, którą szli Dendarianie z kriokomorą. — Tu wszedł Norwood. Przez ten tunel. Jestem pewien! Widziałem ten budynek — wchodziłem w każde miejsce. Bawiłem się tu z kolegami w chowanego, dopóki opiekunowie nie kazali nam przestać. Widzę tak dokładnie, jak gdybym odtwarzał obraz z hełmu Norwooda. On zabrał kriokomorę do zatoki załadunku i odbioru. Załadował ją!
Bothari-Jesek wyprostowała się.
— Jak to możliwe? Miał tak mało czasu!
— Nie tylko możliwe, ale wręcz łatwe. Sprzęt do pakowania jest w pełni zautomatyzowany. Wystarczyło po prostu włożyć komorę do maszyny pakującej skrzynie i wcisnąć guzik. Roboty same zawożą ładunek do doku. Panuje tam duży ruch — odbierają dostawy dla całego kompleksu medycznego, wywożą wszystko, od dysków z danymi po zamrożone części ciała do przeszczepów i zmodyfikowane genetycznie płody, ale także sprzęt dla ratowników. Na przykład wyremontowane kriokomory. Najprzeróżniejsze rzeczy! Pracują na okrągło i po naszym ataku musieli się zapewne w wielkim pośpiechu ewakuować. Kiedy maszyna pracowała, Norwood mógł w tym czasie zrobić w komputerze etykietę na pakunek. Potem nalepił ją na paczkę, przekazał robotowi — a później, jeśli był tak sprytny, jak myślę, usunął wszystkie ślady. I pędem wrócił do Tonkina.
— A więc kriokomora czeka zapakowana w doku ładunkowym na dole! Czekaj, powiem o tym Quinn! Chyba powinniśmy powiedzieć Bharaputranom, gdzie mają szukać.
Powstrzymał ją gestem.
— Moim zdaniem… — zaczął.
Spojrzała na niego i opadła z powrotem na krzesło, mrużąc podejrzliwie oczy.
— Co twoim zdaniem? — spytała.
— Od naszego odlotu minął prawie cały dzień. Kazaliśmy Bharaputranom szukać komory pół dnia temu. Gdyby kriokomora rzeczywiście nadal czekała w doku, na pewno by ją znaleźli. Automatyczny układ załadunkowy jest bardzo sprawny. Myślę, że kriokomora została już wysłana, może w ciągu pierwszej godziny. Moim zdaniem Bharaputranie i Fell mówią prawdę. Teraz muszą odchodzić od zmysłów. Nie dość, że nigdzie nie ma kriokomory, to jeszcze zupełnie nie wiedzą, dokąd poleciała!
Bothari-Jesek siedziała sztywno wyprostowana.
— A my? — zapytała. — Mój Boże, jeśli masz rację, Miles może być teraz w drodze dokądkolwiek. Przetransportowano komorę do którejś z ponad dwudziestu orbitalnych stacji transferowych, może już nawet opuściła punkt skokowy! Simon Illyan dostanie szału, gdy mu o tym zamelduję.
— Wcale nie dokądkolwiek — poprawił stanowczo Mark. — Norwood mógł zaadresować komorę tylko do miejsca, które znał. O którym pamiętał, nawet gdy był pod ostrzałem, okrążony i odcięty od swoich.
Oblizała usta, rozważając jego słowa.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — A więc wysłał ją prawie dokądkolwiek. Ale możemy zacząć poszukiwania od zbadania osobistej kartoteki Norwooda. — Odchyliwszy się na krześle, spojrzała na niego poważnie. — Wiesz, sam w pustym pokoju zupełnie nieźle sobie radzisz. Nie jesteś głupi. Po prostu nie masz w sobie nic z oficera liniowego.
— Z żadnego oficera. Nie cierpię wojska.
— Miles uwielbia walkę. Jest uzależniony od zastrzyków adrenaliny.
— Ja ich nie cierpię. Nienawidzę się bać. Strach paraliżuje mi umysł. Nie jestem się w stanie ruszyć, gdy ktoś na mnie krzyczy.
— A jednak umiesz myśleć… Często się boisz?
— Prawie zawsze — przyznał zgnębiony.
— Dlaczego więc… — Zawahała się, jak gdyby chciała bardzo ostrożnie dobrać słowa. — Dlaczego więc ciągle próbujesz być Milesem?
— Wcale nie, to wy mnie zmuszacie, żebym go grał!
— Nie mam na myśli chwili obecnej. W ogóle.
— Nie wiem, co masz na myśli!
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Dwadzieścia godzin później dwa dendariańskie statki odcumowały od Stacji Fella, szykując się, by wystrzelić w stronę punktu skokowego numer pięć. Nie były same. Eskortowało je, nie odstępując na krok, pół tuzina statków sił bezpieczeństwa Domu Fell. Były to okręty wojenne przeznaczone do działań w lokalnej przestrzeni, pozbawione prętów Necklina i niezdolne do wykonania skoku; zaoszczędzoną w ten sposób moc wykorzystano do wyposażenia ich w imponujące uzbrojenie i pancerze. Stateczki były naprawdę groźne.
Za konwojem, trzymając się w bezpiecznej odległości, sunął krążownik bharaputrański, bardziej przypominający jacht niż okręt; statek był gotów przyjąć na pokład barona Bharaputrę, kiedy znajdą się w pobliżu stacji skokowej kontrolowanej przez Fella. Niestety, na jego pokładzie nie było kriokomory z Milesem.
Quinn, zanim pogodziła się z tragiczną prawdą, znajdowała się na skraju załamania. Podczas ich ostatniej prywatnej narady w sali odpraw Bothari-Jesek musiała dosłownie pchnąć ją na ścianę.
— Nie zostawię Milesa! — wyła Quinn. — Najpierw wyrzucę w przestrzeń tego łajdaka Bharaputrę!
— Posłuchaj — syknęła Bothari-Jesek, mnąc w garści jej mundur. Gdyby była zwierzęciem, pomyślał Mark, jej uszy na pewno przylegałyby teraz płasko do głowy. Skulił się na krześle, chcąc stać się jak najmniejszym. Jeszcze mniejszym, niż był. — Mnie nie podoba się to tak samo jak tobie, ale sytuacja znacznie nas przerosła. Wszystko wskazuje na to, że Bharaputranie nie mają Milesa, który zmierza Bóg wie dokąd. Potrzebujemy posiłków: nie okrętów, lecz przeszkolonych agentów wywiadu. I to wielu. Potrzebujemy Illyana i CesBezu, jak najszybciej. Pora stąd uciekać. Im prędzej się stąd wydostaniemy, tym prędzej wrócimy.