Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Altsin zorientował się, że Raja przygląda mu się intensywnie. Z dziwnym wyrazem twarzy.
– Plotki są niewiele warte – odchrząknął i wychrypiał – a informacje? Te, za które ci zapłaciłem?
– Znalazłem twoją wiedźmę. Aonel. Dokładnie Aonel Tamare z klanu Wyrhh plemienia Ghamlaków. Kilka lat temu jej matka czarownica znikła w dziwnych okolicznościach, więc, jak opowiadają sobie w plemieniu, dziewczyna wzięła kilku krewnych i popłynęła na kontynent. Ponoć gdy wróciła, dusza jej matki pojawiła się w rodowej siedzibie i namaściła ją na swoją następczynię. Tę opowieść potwierdziło kilku ludzi, nawet z plemienia Syvherów, a oni żywią do Ghamlaków prawdziwie seehijskie uczucia. Robią sobie paciorki z ich zębów – dodał, nie wiadomo po co.
– Nie wygląda na to, żebyś miał problem ze zdobyciem tej wiedzy.
– Wręcz przeciwnie. – Sever poprawił się na krześle, pochylił, oparł łokcie na stole. Przechodzili do interesów. – To historia sprzed kilku lat, a w międzyczasie Ghamlakowie, Syvherowie, Oomni, K’warasi, Shawaari i pół tuzina plemion zajmujących północną część wyspy stoczyło jakieś sześć dużych i ze dwa tuziny mniejszych wojen. Można by spisać sto ksiąg takich jak ta – wskazał wolumin na blacie – opowieściami o ich bohaterstwie, odwadze, sprycie i honorze oraz o tym, jak podła, podstępna, tchórzliwa i kłamliwa była ta druga, trzecia i czwarta strona. Historia jakiejś dziewki, która popłynęła na kontynent szukać własnej matki, nijak się ma do opowieści o Gangorze z Loggów, który własnoręcznie schwytał, obezwładnił i związał dziesięciu ghamladzkich wojowników, po czym wyrwał wszystkim po dwa przednie zęby i puścił wolno, by każdy kęs przypominał im o hańbie.
– Więc jak ją znalazłeś?
– Poprzez historię o chłopcu, który popłynął ze swoją siostrą krwi do jakiegoś wielkiego miasta i ukradł tam wielki miecz. W mieście była wieża wysoka na stu ludzi, która nocą płonęła. To przypadkowa opowieść zasłyszana w karczmie od pijanego młodego wojownika. A na wybrzeżu jest tylko jedno miasto, w którym czci się miecz Pana Bitew i które ma najwyższą na świecie latarnię morską. Potem już poszło szybko. Jeden dzban wina, Aonel? Tak, Aonel. Drugi dzban, szukała kogoś z rodziny? Szukała matki. Trzeci, wróciła na Amonerię? Tak, jest w…
Raja uśmiechnął się drapieżnie.
– Reszta pieniędzy. Teraz.
Altsin wyciągnął pękatą sakiewkę, rzucił na stół i bez słowa patrzył, jak łysawy wymoczek wysypuje monety, przelicza i sprawdza każdą z osobna. Nie czuł się urażony. Przywódca złodziejskiej gildii, który ufa swoim klientom, nie byłby wart oberżniętego miedziaka.
– Więc zdobyłeś te informacje dzięki szczęściu? – zagaił w trakcie liczenia.
– Pani Losu pomaga tym, którzy sami sobie pomagają. Gdybym nie wysłał wielu ludzi na łowy, ten młody wojownik mógł wrócić do siebie i nie pojawić się już nigdy w Kamanie. Ale tak, Ślepa Dziewczyna wskazała mnie palcem. – Sever uśmiechnął się złośliwie, zgarnął monety do sakiewki i dodał – choć nie wiem, czy ciebie też.
– Mów.
– Twoja Aonel została Czarną Wiedźmą Ghamlaków w Dolinie Dhawii. Służy Drzewu Przeznaczenia i jest Głosem Ouma. Nigdy do niej nie dotrzesz, nawet w mnisim habicie. Jakikolwiek interes chciałeś z nią ubić, możesz o nim zapomnieć.
Wskazał drzwi.
– Miło się z tobą pracuje, ale mój czas jest bezcenny. Jeśli chciałbyś jeszcze kiedyś kogoś znaleźć, wiesz, gdzie mnie szukać.
Interludium
Miotła. Popiół. Praca.
Od poprzedniego zebrania w tej komnacie minął dzień, a może trzy dni, a może dziesięć. Mężczyzna tego nie wiedział. Nigdy nie był dobry w liczeniu upływającego czasu. Tym razem pierwsza pojawiła się Kitchi, pstrokata, niepokorna, wiecznie radosna i irytująca Kitchi. Pani Losu musiała mieć kiepski dzień, gdy to właśnie ją wybrała na swoją sługę.
Wpadła w okrąg wyznaczony przez jedenaście kamiennych tronów i zawirowała, furkocząc spódnicami i szalami oraz rozsiewając wokół dźwięk śmiejących się dzwoneczków. Popiół, który sługa zdążył już zamieść na kilka kupek, pofrunął w górę i zatańczył razem z nią.
Irytująca.
Usiadła na jednym z kamiennych siedzisk, podkurczając nogi i prezentując kostki obwieszone srebrnymi łańcuszkami.
Uśmiechnęła się.
Do niego.
Opuścił wzrok, zakłopotany. Czasem zapominał, że choć komnata chroni go przed spojrzeniami śmiertelników, to ktoś taki jak Kitchi potrafi przejrzeć iluzję. Służba u Pani Losu niosła ze sobą pewne korzyści.
Miotła. Popiół. Praca.
Mężczyzna i kobieta pojawili się niemal jednocześnie. Tym razem wojownik w szkarłacie nosił maskę wyglądającą jak posklejane kawałki porcelany z nieregularnymi otworami na oczy, a towarzyszył mu mniej więcej dwunastoletni chłopiec, ubrany w luźną tunikę do kolan i sandały. Strój w piaskowych barwach tylko podkreślał jego jasną skórę.
Kobieta miała na sobie szatę w kolorze ciemnego granatu, a twarz zasłoniła kilkoma warstwami tiulu, założonymi na modłę pustynnych plemion.
Bez słowa zajęli miejsca po przeciwnych stronach kręgu, tak by dzieliła ich jak największa odległość.
Mężczyzna ujął nadgarstek chłopca.
– Naradziliśmy się i nie dostrzegamy próby oszustwa w tym, co robi twoja pani, Kitchi od Uśmiechu – słowa brzmiały dziwnie, wypowiadane ustami chłopca, który jeszcze nie przeszedł mutacji. – Los może nam nie sprzyjać, lecz śmierć drugiego księcia i tak da nam zwycięstwo.
– Oczywiście. – Służka Pani Losu pokiwała głową. – Coś jeszcze?
– Jednakże działania Agara nam się nie podobają. Powinien być tutaj i patrzeć.
– To, że kiedyś złożył obietnice, których zamierza dotrzymać, nie musi oznaczać, że pozwoli wam na wszystko, skarbeńku. W końcu chodzi o jego ukochane księstwo. Może uznać twojego kandydata do tronu za spełniającego warunki, lecz nie musi go popierać.
– Ale nie może się wtrącać.
– A wtrącił się? Choć raz użył swojej Mocy? Kiedy?
Chłopiec poruszył się lekko.
– Nie mamy takiej wiedzy.
– Więc nie płacz mi tu. Zasady są jasne. W tej grze mogą wziąć udział tylko ludzie lub krew z krwi, a ostatni z linii nie ma ani tu, ani tam nikogo z rodziny. Jest sam.
– Ale…
Kobieta w granatowej szacie poruszyła się zniecierpliwiona.
– Głupiec z ciebie, E’mnekosie. On jest Władcą Płomieni. Bramą do jego królestwa jest każde ognisko, jakie rozpalono, i każdy płomyk kaganka, którym rozprasza się ciemność. Agar nie musi tu być osobiście, jego zachowanie to tylko demonstracja, żebyśmy wiedzieli, że to, co się dzieje, mu się nie podoba. I że czuwa.
Chłopiec spojrzał na mówiącą, a palce jego pana zakreśliły na bladym przedramieniu skomplikowany akord.
– I co ci da ta wiedza? On umrze, jak nie jutro, to za dwa dni. A wtedy…
– A wtedy Pan Ognia dotrzyma przysięgi. – Kitchi uśmiechnęła się dziwnie. – I ja też. A wy dostaniecie to, czego chcecie.
– To, co nam się należy. Co nam skradziono i odebrano.
– Są różne ścieżki. – Służka Pani Losu wskazała na kobietę z zasłoną na twarzy. – Wy też możecie je wybrać.
– Nie – choć słowa dobiegały z ust chłopca, to mężczyzna pokręcił głową. – My nie możemy. Nie teraz. I ty o tym wiesz.
– Nie. Nic nie wiem. Ty zresztą też nie. Ale obraliście już własną drogę i trzymacie się jej kurczowo, niczym szaleniec uczepiony zerwanego zaprzęgu.
– Damy sobie radę, jeśli Los nie będzie oszukiwał.
– Och. – Kitchi dramatycznym gestem złapała się za serce. – Zraniłeś mnie do żywego. Los bywa przewrotny, złośliwy albo okrutny, lecz nigdy, przenigdy nie oszukuje.
– A przynajmniej tak myślą głupcy, próbujący zagrać z nim w kości – dobiegło z cienia pod ścianą.