Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Ze zmarszczonymi brwiami Sever Raja wyglądał jak człowiek cierpiący na ostry atak zatwardzenia. Ale Altsin wątpił, czy ktokolwiek mierzący się spojrzeniem z tymi bladymi, wodnistymi oczyma miałby w tej chwili dość odwagi, by pozwolić sobie na złośliwy uśmiech.
– Dziwne – głos herszta złodziei stał się aksamitny i gładki jak jedwabna garota. – Mógłbym przysiąc, że właśnie ze mnie drwisz. CetronbenGoron napisał mi także, żebym na ciebie uważał. Że coś jest z tobą nie tak. Wspomniał, że mogą wokół ciebie dziać się dziwne rzeczy. Potwierdzisz?
Zmierzyli się wzrokiem.
– Owszem, potwierdzę. Chrapię, gdy śpię na prawym boku, jak się najem kapusty, mam wyjątkowo śmierdzące wiatry, a czasem w trakcie wyrabiania ciasta na chleb w klasztornej kuchni nucę pod nosem sprośne piosenki. Jak na mnicha, to zdecydowanie dziwne zachowanie, ale jak na razie przeor nie zdecydował się na egzorcyzmy.
Sever zatarł ręce i zaczął się z uwagą przyglądać własnym paznokciom.
– Te wieści dostałem dopiero miesiąc temu. Statki płyną dość długo na kontynent, jak wiesz, i od tego czasu kazałem cię obserwować. Pracujesz w klasztorze, włóczysz się po mieście i Białej Plaży, roznosisz zupę oraz chleb biednym i namawiasz do dobroczynności mittarskich marynarzy.
Uśmiechnęli się jednocześnie. Raja też pochodził z PonkeeLaa i niechęć do mieszkańców ArMittar miał we krwi. A że znaczna część portowych żebraków i ulicznic pracowała dla niego, wieści o wczorajszym incydencie wkrótce będą powtarzane w każdym zaułku.
– Anwalar nie napisał niczego wprost, a jednak w jego liście było ostrzeżenie. Prosił, by jeśli zaczniesz się zachowywać dziwacznie, skrócić twoje męki. Tak to ujął. Skrócić męki. Dziwne, nie sądzisz? I żebym wysłał do ciebie najlepszych ludzi. Kłopot polega na tym, że nie mam podstaw, by tak zrobić, a kazałem cię sprawdzić nawet moim czarownikom. Nie używasz Mocy, aspektowanej ani innej, nie przyciągasz uwagi żadnych duchów ani demonów, nie zioniesz ogniem, ani nocą nie zamieniasz się w piękną dziewoję, by nago tańczyć w blasku księżyca. A twoje bąki wcale nie cuchną tak bardzo, jak się chwalisz. Nie wydajesz się nikim ważnym czy niezwykłym. Wczoraj, gdyby nie obecność tego klasztornego olbrzyma, pewnie zostałbyś pobity i ograbiony. Mógłbym co prawda kazać cię zabić i bez trudu przekonać Cetrona, że było to konieczne, ale zdaje się, że przeor klasztoru cię lubi i pewnie narobiłby szumu wokół twojego zniknięcia. Na dodatek nie przepadam za zabijaniem, gdy nie wiem, za co zabijam. To czyniłoby ze mnie zwykłego mordercę. – Sever stracił zainteresowanie paznokciami i zaczął się otwarcie przyglądać Altsinowi. – Może najdziwniejsze w tobie jest to, że siedzisz tu tak spokojnie, z miną, jakbyś medytował nad łaską Pani. Na tym krześle miałem różnych gości i większość z nich po mojej przemowie zapluwałaby się teraz, zarzucając mnie zapewnieniami o własnej niewinności i o tym, że nie wiedzą, o co chodzi.
– A ty byś mi uwierzył?
– Nie. Ale byłoby miło, gdybyś starał się mnie przekonać.
– Cetron i ja różnimy się w kilku sprawach. Kiedyś dla niego pracowałem, potem wykupiłem się i odszedłem, a nasze kolejne spotkanie nie było przyjazne.
– Wrogie też nie. – Raja uniósł jedną brew, co nadało mu wygląd bladego, kamiennego gargulca.
– Oczywiście, w końcu żyję. Anwalar nie jest pewien, czy nie będę przeciw niemu działał. Czy nie spróbuję wskoczyć w jego koszulę, jeśli wiesz, o czym mówię. Nie mam takich ambicji, ale Cetron nie zostałby pierwszą czapką w Lidze, gdyby nie podejrzewał wszystkich i każdego z osobna. – Kłamstwa popłynęły gładko, a jedno słowo ciągnęło za sobą następne. Jak rząd szczurów idących gęsiego. – Nie wszyscy w mieście są zadowoleni z jego władzy, z tego, że zamiast ułożyć się ze Świątynią Pana Bitew, prze do wojny. Kilku ludzi zgłosiło się do mnie w tej sprawie, on się o tym dowiedział i tak znalazłem się na czarnej liście. Musiałem uciekać. Może spodziewał się, że będę w Kamanie szukał sprzymierzeńców.
– A szukasz?
Pytanie zostało zadane spokojnym, obojętnym tonem, który mógł znaczyć wszystko.
– Już mówiłem, nie. Poszukuję pewnej plemiennej wiedźmy, która ma u mnie dług. Dzięki niej może uda mi się zarobić trochę pieniędzy i wrócić na kontynent z pełną sakiewką. Niejedną pełną sakiewką.
– Więc sprowadzają cię tu interesy?
– Raczej nadzieja na nie. I na łut szczęścia. W PonkeeLaa nie ma dla mnie miejsca, więc… jak by to ująć? Czekam, aż Pani Losu się do mnie uśmiechnie.
Spojrzenie Severa przylepiło się do jego twarzy jak kawałek nadpsutej ryby rzucony przez ulicznego łobuza.
– Naprawdę Cetron niesłusznie cię podejrzewa?
– Naprawdę, naprawdę. – Altsin pokiwał głową gorliwie, jak ktoś, kto ma nie do końca czyste sumienie. – Ale on już taki jest. Gdyby był inny, nie przetrwałby jako anwalar kilku dni. Myślę, że z czasem jakoś dojdziemy do porozumienia, ale na razie wolę mu się nie pchać przed oczy. Co tak naprawdę dzieje się na kontynencie?
– Informacje kosztują. – Sever Raja rozparł się wygodnie na swoim krześle, wydął wargi i po raz pierwszy wyglądał na rozluźnionego. – Z im dalsza, tym drożej.
– A plotki?
– Plotki są za darmo. Więc co cię interesuje?
– Mogą być plotki. Zanim wrócę do miasta, większość będzie już historią.
– Dobrze. – Raja odchylił się do tyłu i zaplótł dłonie na brzuchu. – Marynarze mówią, że Świątynią Miecza w PonkeeLaa rządzi teraz jakiś szlachcic, baron czy hrabia, jakiś… Tiresh…
Hrabia Terleach. Hm. Czyli plotki potwierdzają informacje od Cetrona. Altsin miał nadzieję, że po utracie Prawych ten fanatyczny bękart już się nie podniesie. A jednak wystarczyło mu tylko kilka miesięcy.
– Bendoret Terleach? Były z nim kłopoty, gdy wyjeżdżałem z miasta, ale Gruby mówił, że sobie poradzi.
– Podobno sobie nawet poradził, ale później tamten zalał miasto złotem, dostał pomoc przyjaciół z Rady i stanął na nogi. Mówią, że kilku kapłanów zmarło w tajemniczych okolicznościach lub wyjechało w dalekie pielgrzymki, i teraz ten hrabia jest prawdziwym władcą Świątyni. Że zamiast jak zazwyczaj przymilać się do szlachty, bogatych kupców i starszyzny cechów, słudzy Pana Bitew werbują… hm… tak, to dobre słowo, werbują wiernych spośród biedoty. Drobnych rzemieślników, robotników portowych, szkutników, marynarzy, a nawet żebraków, złodziei i dziwek. Każdy, kto przyjmie błogosławieństwo Świątyni i jej znak, może liczyć na wsparcie, datek, ciepły posiłek, siennik w jednym z prowadzonych przez kapłanów przytułków, miejsce w świątynnej szkole dla dzieci, pomoc w chorobie, i tak dalej. Wygląda na to, że Świątynia Reagwyra zaczęła rywalizować w dobroczynności z matriarchistami.
Dwa słowa wybiły się z tego słowotoku i rozbrzęczały mu w głowie niczym gongi przeciwmgielne. Błogosławieństwo i znak.
– Jaki znak?
– Durwon, znak Złamanego Miecza. Tatuują go nowym wiernym na lewym przedramieniu. O – herszt złodziei rozstawił palce na jakieś cztery cale – mniej więcej takiej wielkości.
Brzęczenie przerodziło się w łoskot. Miarowy, potężniejący z każdym uderzeniem serca. Złodziej zmrużył oczy i uśmiechnął się z wysiłkiem.
– Ludzie pozwalają sobie zrobić coś takiego?
– Tatuaż? – Sever wzruszył ramionami. – Wielu je nosi. Miecz Pana Bitew podobno przynosi szczęście w walce, tak jak Dłonie Matki chronią przed chorobą, a Klepsydra Eyfry pomaga w grze w kości. Taki znak to nic wielkiego, a pozwala napełnić pusty brzuch, ogrzać się w nocy i wyleczyć za darmo. Oczywiście werbując ludzi wśród biedoty, Świątynia wyrywa ich spod władzy Ligi. Tak mówią plotki, rzecz jasna.