Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
Zbliżaliśmy się do strefy działania małych generatorów Stacji i przekroczyliśmy je. Na wszystkich gwiazdolotach ogłoszono alarm bojowy. „Cielec” wycelował anihilatory w nieprzyjacielską flotę, Galaktowie dyżurowali przy działach biologicznych. Zastanawiałem się przez moment, czy samemu nie rozpocząć działań zaczepnych. „Cielec” przewyższał szybkością krążowniki Zływrogów, mogłem więc spróbować rzucić go na jądro zgrupowania Niszczycieli i zanihilować je od jednego ciosu.
MUK przeprowadził jednak obliczenie, z którego wynikało, że zanim „Cielec” podejdzie na odległość skutecznego ognia, nieprzyjaciel zdoła się rozproszyć. Nie można więc było liczyć na zniszczenie więcej niż dwóch do trzech krążowników wroga. W czasie kiedy „Cielec” będzie się z nimi rozprawiał, cała chmara Niszczycieli runie na praktycznie bezbronne statki Galaktów. Zrezygnowałem więc z tego planu i czekałem z niepokojem w duszy na dalszy rozwój wypadków.
Nie czekałem zbyt długo. Na statku zadźwięczał sygnał alarmu bojowego. Wszyscy pospieszyli na swoje stanowiska. Udałem się do sterówki, w której siedzieli już Osima, Orlan i Tigran.
— Zaczyna się — powiedział ze złowieszczym spokojem Orlan.
Na ekranie mrowiły się ognie pędzących w naszym kierunku okrętów wroga. Nieprzyjacielska flotylla działała dokładnie tak, jak to przewidział Orlan. Co najmniej połowę ich gwiazdolotów czekała zguba, ale najwidoczniej pogodzili się z tym, chcąc nas za wszelką cenę unicestwić.
Rozkazałem statkom Galaktów zbić się w ciasną grupkę, a Osunie wyprowadzić „Cielca” do przodu. Podałem plan walki: Galaktowie bronią się w przestrzeni einsteinowskiej działami biologicznymi, „Cielec” natomiast z najwyższą, osiąganą prędkością zataczać będzie wokół eskadry koła i anihilować wrogów trafiających w stożek zniszczenia. Jestem przekonany, że udałoby się nam osłonić statki Galaktów przed bezpośrednim ciosem, umożliwić im prowadzenie zabójczego ognia, który siałby śmierć wśród wrogów, ale bitwa potoczyła się zupełnie inaczej.
— Admirale, oni się cofają! — wykrzyknął Osima. Niszczyciele jednak nie cofali się: straszliwa burza runęła na ich krążowniki, zielone światła drgały i znikały w obszarze nadświetlnym. Nawet lokatory przestrzenne nie mogły przeniknąć do piekła, które rozszalało się w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się nieprzyjacielska flota. My sami kiedyś znaleźliśmy się w takiej pułapce, ale to, co teraz przeżywali wrogowie, było stokroć okropniejsze.
— Działają wielkie generatory Stacji Metryki przerwał milczenie Orlan. — I jeśli się nie mylę, Andre narzucił flocie wroga kurs na Płomienistą, prosto pod działa biologiczne z asteroidów. Zbliża się finał!…
Oderwałem się ód ekranu, na którym jedne po drugich nikły zielone światełka krążowników Zływrogów.
— Jedno jest pewne, drogi Onanie, nikt nam teraz nie przeszkodzi w połączeniu się z flotą galaktyczną ludzi. A co wtedy będą mogli Niszczyciele przeciwstawić zjednoczonej potędze Ziemian, Galaktów i waszych wyzwolonych planet?
14
Planetolot płynnie zanurzył się w tunelu cumowniczym „Skorpiona”. Wybiegłem z niego pierwszy i zeskoczyłem na placyk lądowiska.
Nie zdążyłem nawet krzyknąć, kiedy znalazłem się w objęciach Allana. Później objął mnie Leonid, a później była Olga, Wżera, inni przyjaciele… Były ukochane twarze, silne ręce, radośnie uśmiechnięte usta… Coś mówiłem, coś wykrzykiwałem, ale nie słyszałem ani siebie, ani innych.
Po pewnym czasie wszyscy się uspokoili i mogłem wreszcie rozejrzeć się dokoła. Mary płakała na ramieniu Wżery, Osima coś energicznie tłumaczył Oldze i Leonidowi, starając się chyba w kilku słowach opowiedzieć im na gorąco wszystkie tragiczne przygody, jakie przeżyliśmy w Perseuszu.
— Eli, kto to jest? — zapytała w pewnej chwili przerażonym głosem Olga.
Obejrzałem się szukając tego, co mogło przestraszyć tak zawsze zrównoważoną Olgę.
Na trap planetolotu wyszedł Gig. Stał tam, spoglądając radośnie na zebranych ludzi swymi czarnymi oczodołami i chichocząc całym szkieletowym ciałem. Obok niego zjawili się Orlan i Gracjusz z jednej strony, po drugiej zaś stanął Lusin z Tigranem. Ta grupa złożona z Galaktów, Ziemian i Niszczycieli sprawiała tak niesamowite wrażenie, iż nad całym placykiem zapadła na chwilę kamienna cisza. Ludzie w oszołomieniu gapili się na Galaktów i Niszczycieli, ci z kolei patrzyli z ciekawością na ludzi.
Szybko wbiegłem na schodki i objąłem Orlana i Gracjusza, Lusin objął Tigrana i Giga.
— Przyjaciele! — zwróciłem się do ludzi. Nie dziwcie się, lecz cieszcie. Trzy największe narody gwiezdne naszego zakątka Wszechświata łączą się w braterskim sojuszu dla dobra i rozkwitu wszystkich ludów! Chociaż jeszcze nie można powiedzieć, że wszyscy Niszczyciele zamienili się w twórców, ale kilku takich mogę wam już przedstawić. Oto oni, powitajcie ich!
Triumfalne „hura!” zagłuszyło moje słowa. Zeszliśmy w dół i zagubiliśmy się w tłumie.
— Chodźmy do sali obserwacyjnej — powiedziałem do Allana. — Pokażę ci Pomarańczową, gdzie obecnie w mojej rezydencji na Trzeciej Planecie zasiada Andre Szerstiuk. Tak, nasz Andre, żywy i cały, niemal wszechpotężny!… Co najmniej jedna czwarta gwiazd Perseusza znajduje się w jego władzy. Dokąd biegniesz?
— Chwileczkę, jedną chwileczkę, Eli! — wykrzyknął Allan rozpychając towarzyszący tłum.
— Co mu się stało? — spytałem zdumiony Olgę. Czym go tak przeraziłem?
— Zaraz się dowiesz — odparła. — Nie przeraziłeś lecz uradowałeś.
Allan zjawił się, kiedy już wchodziliśmy do sali obserwacyjnej. Prowadził za rękę młodego mężczyznę. Młodzieniec był tak podobny do Andre, że znieruchomiałem. To był Andre, ale nie postarzały i nerwowy, jakiego zostawiliśmy na Trzeciej Planecie, lecz dawny Andre, mój przyjaciel z młodych lat: wysoki, zgrabny, przystojny, z takimi samymi czerwonorudymi kędziorami do ramion…
— Oleg! — wykrzyknąłem. — Jego syn?…
Chłopak podszedł do mnie nieśmiało. Objąłem go serdecznie.
— Jak się tu znalazłeś? — zapytałem.
— Trzy lata temu pozwolono mi przyłączyć się do wyprawy — odparł młodzieniec. — Mama została na Orze, a ja jej obiecałem, że natychmiast dam znać, jeżeli dowiem się czegoś o ojcu.
— Jeszcze dziś wyślesz wiadomość, że ojciec się odnalazł. Przekażemy depeszę na SFP poza kolejnością. A sam wkrótce go zobaczysz: połączone floty lecą na Pomarańczową, gdzie dowodzi twój ojciec.
Do sali obserwacyjnej wcisnęło się tyle ludzi, że zabrakło dla wszystkich miejsca i trzeba było stać. Na półkulach ekranów światła gwiazdolotów zaćmiewały blask słońc. Zielonkawe punkciki statków Galaktów przemieszały się z czerwonymi kropkami naszych okrętów. Skierowałem mnożnik na parę takich różnobarwnych ogników. Statek Galaktów był w porównaniu z naszym ogromny. Uśmiechnąłem się: nie mieliśmy powodów do narzekań, bo nasze niewielkie okręciki kryły w sobie wielką potęgę.
W zakończonym niedawno starciu ani eskadra Altana, ani zjednoczone siły Galaktów nie utraciły żadnego ze swych statków. Niszczyciele natomiast poza co najmniej jedną trzecią swojej flotylli stracili rzecz ważniejszą: nadzieję na zwycięstwo.
— Zrobiliśmy dobrą robotę — powiedziałem na głos. — Ale to dopiero początek, przyjaciele!
— Zrobiliście już właściwie wszystko — odparł z tajonym smutkiem Oleg. — A dla nas, młodzieży, zostały tylko drobne zabiegi porządkowe…