Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
— Ma pan u nas konto, panie Dibbler?
— Tak, pszepana, mam, pszepana — odparł Dibbler.
Odmówił sugestii, by odłożyć swoją tacę, i teraz siedział, trzymając ją przed sobą jakby dla obrony. Zdawało się, że bank wzbudza w tym doświadczonym handlarzu pewną nerwowość. Oczywiście, tak powinno być. Po to właśnie istniały tu wszystkie te kolumny i marmury. Miały sprawić, by człowiek czuł się nieswojo.
— Pan Dibbler otworzył u nas rachunek na kwotę pięciu dolarów — wyjaśnił Bent.
— I przyniosłem kiełbaskę dla pańskiego pieseczka — dodał Dibbler.
— Na co panu pożyczka, panie Dibbler? — spytał Moist, obserwując, jak Pan Maruda ostrożnie obwąchuje kiełbaskę.
— Chcę rozbudować firmę, pszepana.
— Prowadzi pan handel już ponad trzydzieści lat — stwierdził Moist.
— Tak, pszepana, faktycznie, pszepana.
— A pańskie produkty są, mogę chyba tak je określić, wyjątkowe…
— Tak, pszepana, dziękuję, pszepana.
— Domyślam się zatem, że potrzebuje pan naszej pomocy, by otworzyć franczyzową sieć barów działających pod firmą Dibblera, oferujących szeroki zakres dań i napojów, podobnych do dostarczanych przez pana osobiście?
Pan Maruda zeskoczył z biurka, delikatnie trzymając w zębach kiełbaskę, upuścił ją w kącie gabinetu i usiłował pracowicie zasypać ją dywanem.
Dibbler wytrzeszczył oczy na Moista.
— Tak, pszepana, skoro pan nalega, pszepana — powiedział. — Ale tak naprawdę to myślałem o wózku.
— Wózku? — zdziwił się Bent.
— Tak, pszepana. Wiem, gdzie mogę dostać taki ładny, nieduży, mało używany, z palnikiem i wszystkim. I jeszcze niedawno pomalowany. Wally Żyłka z powodu nerwów wycofuje się z interesu ziemniaków w mundurkach i sprzeda mi go za piętnaście dolarów gotówką. Okazja nie do przepuszczenia, pszepana. — Zerknął nerwowo na Benta i dodał: — Mogę spłacać dolara tygodniowo.
— Przez dwadzieścia tygodni — rzekł Bent.
— Siedemnaście — zdecydował Moist.
— Ale pies właśnie próbował… — zaczął Bent.
Moist uciszył go machnięciem ręki.
— A więc umowa stoi, panie Dibbler?
— Tak, pszepana. Bardzo dziękuję, pszepana. Miał pan dobry pomysł z tą siecią i w ogóle, jestem wdzięczny. Ale przekonałem się, że w tym interesie lepiej idzie mobilnemu.
Pan Bent niechętnie odliczył piętnaście dolarów i zaczął mówić, gdy tylko za handlarzem zamknęły się drzwi.
— Nawet pies nie chciał…
— Ale ludzie chcą, panie Bent — przerwał mu Moist. — I na tym polega geniusz. Myślę, że najwięcej zarabia na musztardzie, ale ten człowiek naprawdę potrafi sprzedać skwierczenie, panie Bent. A to rynek sprzedawcy.
Ostatniego z potencjalnych pożyczkobiorców poprzedzała dwójka muskularnych mężczyzn, którzy zajęli stanowiska po obu stronach drzwi, a potem zapach tłumiący nawet uporczywy odór kiełbaski Dibblera. Nie był to zapach szczególnie nieprzyjemny; przywodził na myśl stare ziemniaki albo opuszczone tunele. Był tym, co się dostaje, zaczynając od paskudnego smrodu, a potem szorując mocno, ale nieefektywnie. Otaczał Króla jak cesarski płaszcz.
Moist był zdumiony. Król Złotej Rzeki… Tak go nazywali, gdyż podstawą jego majątku było codzienne zbieranie przez jego ludzi uryny ze wszystkich pubów i oberży w mieście. Klienci płacili mu, by ją odbierał, natomiast alchemicy, garbarze i farbiarze za to, że im ją dostarczał.
Ale to był zaledwie początek. Ludzie Harry’ego Króla zbierali wszystko. Wszędzie widziało się ich wózki, zwłaszcza przed świtem. Każdy śmieciarz, zbieracz odpadów, każdy szambonurek i asenizator, każdy zbieracz złomu… Pracuje się dla Harry’ego, mawiali, bo złamana noga szkodzi w interesach, a Harry dbał o interesy. Mawiali, że jeśli pies na ulicy zdradzał najlżejsze objawy napięcia, człowiek Króla zjawiał się błyskawicznie i podsuwał mu szuflę pod zadek, bo za świeże psie odchody wysokiej klasy garbarze płacili po dziewięć pensów za wiadro. Płacili Harry’emu. Miasto płaciło Harry’emu. Wszyscy płacili Harry’emu. A czego nie mógł sprzedać w bardziej aromatycznej formie, trafiało na gigantyczne pryzmy kompostowe w dole rzeki; w mroźne dni pryzmy wypuszczały w niebo tak wielkie pióropusze pary, że dzieci nazywały je fabrykami chmur.
Królowi oprócz dwóch wynajętych pomocników towarzyszył chudy młody człowiek, ściskający teczkę.
— Ładny ma pan tu lokal — stwierdził Harry, siadając naprzeciwko Moista. — Porządny. Żona nie daje mi spokoju, żebym kupił takie zasłony. Jestem Harry Król, panie Lipwig. Właśnie wpłaciłem w pańskim banku pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
— Bardzo dziękuję, panie Król. Postaramy się dobrze o nie zadbać.
— Tak zróbcie. A teraz chciałbym pożyczyć sto tysięcy, jeśli można. — Harry wyjął grube cygaro.
— Ma pan jakieś zabezpieczenie, panie Król? — zapytał Bent.
Harry Król nawet na niego nie spojrzał. Zapalił cygaro, pociągnął kilka razy i machnął w przybliżonym kierunku Benta.
— Kto to, panie Lipwig?
— Pan Bent jest naszym głównym kasjerem — wyjaśnił Moist, nie ośmielając się nawet zerknąć na twarz Benta.
— Czyli księgowy — stwierdził lekceważąco Harry Król. — I to było pytanie księgowego.
Pochylił się.
— Nazywam się Harry Król. To jest pańskie zabezpieczenie i w tym mieście powinno wystarczyć na sto patoli. Harry Król. Wszyscy mnie znają. Płacę, co jestem winien, biorę, co mnie są winni, słowo daję, tak jest. Mój uścisk ręki to moja fortuna. Harry Król.
Z trzaskiem położył dłonie na blacie. Z wyjątkiem małego palca lewej ręki, którego brakowało, na wszystkich innych miał ciężkie złote pierścienie, a na każdym wyrzeźbioną literę. Gdyby człowiek zobaczył je zbliżające się gwałtownie, na przykład w jakimś zaułku, ponieważ podbierał coś z towaru, ostatnim imieniem, jakie by widział, byłby H*A*R*R*Y*K*R*Ó*L. Był to fakt wart zachowania w płatach czołowych mózgu w interesie zachowania płatów czołowych mózgu.
Moist spojrzał mu w oczy.
— Będzie potrzebne o wiele więcej — burknął Bent gdzieś sponad Moista.
Harry Król nie uniósł głowy.
— Gadam tylko z kataryniarzem — powiedział.
— Panie Bent, mógłby pan nas zostawić na parę minut? — zaproponował energicznie Moist. — I może… współpracownicy pana Króla zrobią to samo?
Harry Król niemal niedostrzegalnie skinął głową.
— Panie Lipwig, ja naprawdę…
— Proszę, panie Bent.
Główny kasjer prychnął z oburzeniem, ale wyszedł za osiłkami z gabinetu. Młody człowiek z teczką zrobił ruch, jakby chciał podążyć za nimi, lecz Harry zatrzymał go gestem.
— Lepiej uważaj pan na tego Benta — rzekł, zwracając się do Moista. — Jest w nim coś zabawnego.
— Dziwnego raczej, bo nie lubi być nazywany zabawnym — odparł Moist. — A więc dlaczego Harry Król potrzebuje pieniędzy, panie Król? Wszyscy wiedzą, że jest pan bogaty. Czyżby interes z psimi kupkami zszedł na psy?
— Dokonuję kon-so-lid-acji — wyjaśnił Król. — To przez tę historię z Przedsięwzięciem… Dla człowieka na właściwym miejscu to parę niezłych okazji. Jest ziemia do kupienia, dłonie do posmarowania… Wie pan, jak to bywa. Ale te inne banki nie chcą pożyczać Królowi Złotej Rzeki, chociaż to moje chłopaki pilnują, żeby ich szamba pachniały fiołkami. Gdyby nie ja, te nadęte dupki chodziłyby po kostki we własnych sikach, ale zatykają nosy, kiedy przechodzę, o tak. — Urwał, jakby nowa myśl wpadła mu do głowy, po czym mówił dalej: — Zresztą większość ludzi zatyka, jasna sprawa, człowiek w końcu nie może się kąpać co pięć minut, ale ta banda bankierów i tak się ode mnie odwraca, nawet kiedy żona szczotką prawie skórę ze mnie zdarła. Bezczelni! Mniej ze mną ryzykują niż z większością tych swoich lizusowskich klientów, to jasne. W tym mieście w taki czy inny sposób daję robotę tysiącowi ludzi. To znaczy, że beze mnie tysiąc rodzin nie zje kolacji… Może i robię w gnoju, ale gnoju nie robię.