Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
— Zatrudnijcie golemy. Cztery golemy podniosą wszystko. Wydrukujcie mi pierwsze dolary na pojutrze, a pierwszy tysiąc to premia.
— Dlaczego zawsze taki pośpiech, panie Lipwig?
— Bo ludzie nie lubią zmian. Ale jeśli zmiana nastąpi dostatecznie szybko, przeskakują tylko z jednej normalności do drugiej.
— No cóż, chyba mogę wynająć kilka golemów — zgodził się drukarz. — Ale obawiam się, że istnieją też inne problemy, nie tak łatwe do rozwiązania. Zdaje pan sobie sprawę, że jeśli zacznie pan drukować pieniądze, będą się zdarzać fałszerstwa. Dwudziestopensowy znaczek może nie jest wart wysiłku, ale jeśli zechce pan mieć, powiedzmy, notę dziesięciodolarową?
Moist uniósł brwi.
— Prawdopodobnie ma pan rację. To problem?
— Bardzo poważny, przyjacielu. Jasne, możemy pomóc. Porządny czerpany papier z deseniem wypukłych włókien, znaki wodne, dobre tusze spirytusowe, częsta wymiana matryc, żeby grafika była ostra, drobne sztuczki przy projektowaniu… I jeszcze skomplikowane rysunki. To ważne. Owszem, możemy to dla pana zrobić. Będą kosztowne. I stanowczo sugeruję, żeby znalazł pan grawera tak dobrego jak ten…
Pan Spools przekręcił klucz w jednej z dolnych szuflad biurka i rzucił na blat arkusz zielonych „Wież Sztuk” po 50 pensów. Po czym wręczył Moistowi duże szkło powiększające.
— To papier najwyższej jakości, oczywiście — dodał, gdy Moist się przyglądał.
— Jesteście naprawdę świetni. Widzę każdy szczegół… — szepnął Moist pochylony nad arkuszem.
— Nie — zapewnił pan Spools z niejaką satysfakcją. — W rzeczywistości pan nie widzi. Ale może pan zobaczyć, używając tego…
Sięgnął do szafki i postawił przed Moistem ciężki mosiężny mikroskop.
— Umieścił tu więcej detali niż my — mówił, gdy Moist regulował obraz. — Dotarł do samej granicy tego, do czego można skłonić metal i papier. Zaświadczam, że ma pan przed sobą dzieło geniusza. On byłby dla pana wybawieniem.
— Niesamowite — uznał Moist. — Musimy go mieć! Dla kogo teraz pracuje?
— Dla nikogo, panie Lipwig. Siedzi w więzieniu i czeka go szubienica.
— Owlswick Jenkins?
— Zeznawał pan przeciw niemu, panie Lipwig — przypomniał łagodnie Spools.
— No tak, ale tylko potwierdziłem, że kopiował nasze znaczki i ile mogliśmy na tym stracić! Nie spodziewałem się, że go powieszą!
— Jego lordowska mość jest bardzo wyczulony na przypadki zbrodni przeciwko miastu, jak to określa. Uważam, że nie spisał się jego obrońca. W końcu przy produktach Jenkinsa nasze własne znaczki wyglądały jak fałszywki. Wie pan, moim zdaniem biedak nie zdawał sobie sprawy, że to, co robi, jest przestępstwem.
Moist przypomniał sobie wodniste, przerażone oczy i wyraz bezradnego zdumienia.
— Tak — zgodził się. — Pewnie ma pan rację.
— Może spróbowałby pan jakoś wpłynąć na Vetinariego…
— Nie. To się nie uda.
— Ach… Jest pan pewien?
— Tak — stwierdził krótko Moist.
— No cóż… Co możemy zrobić, to zrobimy. Teraz możemy nawet automatycznie numerować te banknoty. Ale grafika musi być najwyższej jakości. Naprawdę chciałbym pomóc, panie Lipwig. Jesteśmy pańskimi dłużnikami. Dostajemy teraz tak wiele oficjalnych zleceń, że bardzo nam się przyda to miejsce w mennicy. Słowo daję, jesteśmy właściwie rządową drukarnią!
— Naprawdę? — zdziwił się Moist. — To… ciekawe.
Padało mocno. Rynny bulgotały i groziły przelaniem. Od czasu do czasu wiatr porywał kaskadę spływającej z dachu wody, by chmurą kropel uderzyć w twarz każdego, kto patrzyłby w górę. Ale to nie była noc patrzenia w górę. To była noc garbienia się i szybkiego marszu do domu.
Krople deszczu bębniły o szyby w oknach domu noclegowego pani Cake, w szczególności w oknach pokoju na tyłach, który zajmował Mavolio Bent, w tempie dwudziestu siedmiu na sekundę, plus minus piętnaście procent.
Pan Bent lubił liczyć. Liczbom można ufać, z wyjątkiem może pi, ale pracował nad tym w czasie wolnym i wcześniej czy później pi musiało ustąpić.
Siedział na łóżku i patrzył, jak liczby tańczą mu w głowie. Zawsze dla niego tańczyły, nawet w trudnych czasach. A te trudne czasy były takie strasznie trudne… Teraz przyszłość mogła kryć kolejne.
Rozległo się pukanie.
— Proszę wejść, pani Cake! — zawołał.
Gospodyni otworzyła drzwi.
— Zawsze pan wie, że to ja. Prawda, panie Bent?
Pani Cake była bardziej niż trochę nerwowa w obecności swego najlepszego lokatora. Zawsze płacił czynsz w terminie — dokładnie w terminie, zachowywał w pokoju skrupulatny porządek i oczywiście był profesjonalnym dżentelmenem. Pewnie, miał wyraz twarzy kogoś prześladowanego i dziwny zwyczaj starannego nastawiania zegara przed codziennym wyjściem do pracy, lecz z tym mogła się pogodzić. W zatłoczonym mieście nie brakowało lokatorów, ale tacy czyści, regularnie płacący, którzy nigdy nie skarżyli się na wyżywienie — tacy trafiali się rzadko i należało ich doceniać, nawet jeśli zamykali swoją szafę na taką skomplikowaną kłódkę. Ale nie warto chyba o tym wspominać.
— Tak, pani Cake — potwierdził Bent. — Zawsze wiem, że to pani, ponieważ między pani stuknięciami występuje charakterystyczna przerwa jednej przecinek cztery sekundy.
— Naprawdę? Coś takiego! — zawołała pani Cake, która lubiła brzmienie słowa „charakterystyczna”. — Zawsze powtarzam, że świetnie pan dodaje. Ehm… Na dole będzie czekać trzech dżentelmenów, którzy spytają o pana…
— Kiedy?
— Za jakieś dwie minuty.
Bent powstał jednym płynnym ruchem jak klaun wyskakujący z pudełka.
— Mężczyźni? W co będą ubrani?
— No więc w te, no wie pan… ubrania? — odpowiedziała niepewnie pani Cake. — Czarne. Jeden z nich poda mi wizytówkę, ale nie zdołam jej odczytać, bo będę miała niedobre okulary. Oczywiście, mogłabym teraz pójść i założyć te właściwe, ale strasznie boli mnie głowa, jeśli nie pozwolę, żeby przeczucie odtworzyło się jak należy. Hm… A teraz pan ma powiedzieć: „Niech mnie pani zawiadomi, kiedy się zjawią, pani Cake”. — Spojrzała na niego wyczekująco. — Przepraszam, lecz miałam przeczucie, że przychodzę tu i opowiadam o moim przeczuciu, więc pomyślałam, że lepiej przyjdę. Trochę to niemądre, ale nie da się zmienić tego, jaki się człowiek urodził. Zawsze to powtarzam.
— Niech mnie pani zawiadomi, kiedy się zjawią, pani Cake — poprosił Bent.
Pani Cake spojrzała na niego z wdzięcznością i wyszła.
Bent znowu usiadł. Życie z przeczuciami pani Cake bywało nieco skomplikowane, zwłaszcza teraz, kiedy stawały się rekursywne. Jednak do etosu ulicy Wiązów należało pobłażliwe traktowanie cudzych słabostek w nadziei na podobne podejście do własnych. Lubił panią Cake, ale nie miała racji. Da się zmienić to, jaki się człowiek urodził. Gdyby nie, nie byłoby żadnej nadziei.
Po paru minutach usłyszał dzwonek i stłumione rozmowy. Kiedy pani Cake zapukała do drzwi, należycie udał zaskoczenie.
Po chwili przyjrzał się wizytówce.
— Pan Cosmo? Och… To dziwne. Proszę ich tu przysłać…
Urwał i rozejrzał się. Ścianki działowe były teraz w mieście wszechobecne. Jego pokój był dokładnie dwa razy większy od łóżka, a było to wąskie łóżko. Troje ludzi tutaj musiałoby dobrze się znać. Czworo dobrze by się poznało, czy tego by chcieli, czy nie. W pokoju znajdowało się jedno nieduże krzesło, które Bent trzymał na szafie, żeby nie przeszkadzało.