Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
On nie kręci, przypomniał sam sobie Moist. Wyciągnął się z rynsztoka i przebił na sam szczyt w świecie, gdzie kawał ołowianej rurki był standardowym narzędziem negocjacyjnym. Ten świat nie ufa dokumentom. W tym świecie reputacja jest wszystkim.
— Sto tysięcy to duża suma — zauważył.
— Ale da mi ją pan. — Król wyszczerzył zęby. — Wiem, że tak, bo jesteś pan ryzykant, tak samo jak ja. Czuję to. Wyczuwam chłopaka, który w swoim czasie też zrobił to i owo…
— Wszyscy musimy coś jeść, panie Król.
— Pewnie, pewnie. A teraz możemy sobie siedzieć jak figury społeczeństwa, co? I podamy sobie ręce jak dżentelmeni, którymi nie jesteśmy. Ten tutaj… — położył dłoń na ramieniu młodego człowieka — …to Wallace, mój księgowy, co pilnuje rachunków. Jest nowy, bo tego poprzedniego przyłapałem na kantowaniu. Ale było śmiechu, pewnie pan sobie wyobraża!
Wallace się nie uśmiechnął.
— Pewnie tak — przyznał Moist.
Rozmaitych nieruchomości Harry’ego Króla pilnowały stwory, które można nazwać psami tylko dlatego, że wilki nie są tak obłąkane. I były głodzone. Krążyły plotki, a Harry Król im nie zaprzeczał. Reklama się opłaca. Nikt nie oszukiwał Harry’ego Króla. Ale to działało w obie strony.
— Wallace może obgadać liczby z pańską małpką — rzekł Harry i wstał. — Będziesz pan chciał mnie wycisnąć, i słusznie. Interes to interes, sam wiem najlepiej. No i co pan na to powiesz?
— Powiem, żeśmy się dogadali, panie Król — odparł Moist.
A potem splunął na dłoń i wyciągnął ją przed siebie. Warto było przy tym zobaczyć minę Harry’ego.
— Nie wiedziałem, że bankierzy tak robią — powiedział.
— Więc nieczęsto mają okazję podać rękę Harry’emu Królowi.
Chyba trochę przesadził, ale Król mrugnął, splunął na własną dłoń i ścisnął. Moist był przygotowany, lecz i tak zgrzytnęły mu kości.
— Trzeba przyznać, że umie pan pieprzyć jak połowa kucharzy w mieście razem wziętych, panie Lipwig.
— Dziękuję panu. Przyjmuję to jako komplement.
— I żeby pańska małpka była zadowolona, złożę w depozycie akty własności papierni, dużego placu i paru innych nieruchomości. Daj mu je, Wallace.
— Powinien pan od tego zacząć, panie Król — stwierdził Moist, odbierając kilka imponujących zwojów.
— Tak, ale nie zacząłem. Chciałem mieć pewność co do pana. Kiedy mogę odebrać swoje pieniądze?
— Niedługo. Jak tylko je wydrukujemy.
Harry Król zmarszczył nos.
— No tak, papierowy towar… Ja tam lubię pieniądze, co brzęczą, ale ten tu Wallace uważa, że papier ma przyszłość. — Mrugnął porozumiewawczo. — Zresztą nie mogę narzekać, bo przecież Spools kupuje ostatnio swoje papiery u mnie. Nie będę kręcić nosem na własny towar, nie? Życzę miłego dnia.
Pan Bent wrócił do gabinetu dwadzieścia minut później, z miną jak wezwanie podatkowe. Moist patrzył obojętnie na arkusz papieru na wytartej zielonej skórze blatu.
— Muszę zaprotestować, sir…
— Wydusił pan z niego dobre oprocentowanie?
— Mogę z satysfakcją zapewnić, że tak, ale sposób, w jaki traktuje…
— Dobrze zarobimy na Harrym Królu, a on dobrze zarobi na nas.
— Ale pan zmienia mój bank w jakieś…
— Nie licząc naszego przyjaciela Harry’ego, przyjęliśmy dzisiaj ponad cztery tysiące dolarów wpłat. Większość z tego pochodzi od ludzi, których nazwałby pan biednymi, ale jest ich o wiele więcej niż bogatych. Zaprzęgniemy te pieniądze do pracy. I tym razem nie będziemy pożyczać łajdakom, może pan być pewny. Sam jestem łajdakiem i wyczuwam ich na milę. Niech pan przekaże gratulacje pracownikom obsługi klienta. A teraz, panie Bent, Pan Maruda i ja idziemy na spotkanie w sprawie robienia pieniędzy.
Teemer Spools pięli się coraz wyżej dzięki dużemu kontraktowi na znaczki. I tak zawsze potrafili najlepiej drukować, ale teraz mieli ludzi i środki, żeby starać się o wszystkie wielkie kontrakty. No i można było im ufać. Moist zawsze miał trochę wyrzutów sumienia, kiedy ich odwiedzał, gdyż Teemer Spools reprezentowali to wszystko, co on tylko udawał.
Gdy dotarł na miejsce, wszędzie paliły się światła. Pan Spools siedział w gabinecie i pisał coś w rejestrze. Uniósł głowę, a kiedy zobaczył Moista, powitał go uśmiechem, jaki rezerwuje się dla najlepszego klienta.
— Pan Lipwig! Co mogę dla pana zrobić? Proszę usiąść! Ostatnio rzadko pana widujemy!
Moist usiadł i gawędził, gdyż pan Spools lubił pogawędzić.
Sytuacja była trudna. Sytuacja zawsze była trudna. Ostatnio pojawiły się liczne nowe drukarnie. T S wyprzedzali konkurencję, pozostając na szczycie. To przykre, stwierdził z poważną miną pan Spools, ale nasi „przyjacielscy” rywale, magowie z Wydawnictw Niewidocznego Uniwersytetu, trochę wtopili ze swoimi mówiącymi książkami…
— Mówiące książki? To chyba dobry pomysł — wtrącił Moist.
— Całkiem możliwe — zgodził się Spools i pociągnął nosem. — Ale te nie były do tego przeznaczone, a już na pewno nie miały narzekać na jakość kleju i prymitywny skład. Oczywiście teraz uniwersytet nie może ich oddać na przemiał.
— Czemu nie?
— Proszę sobie wyobrazić te wrzaski! Nie, z satysfakcją stwierdzam, że nadal utrzymujemy się na fali. Ehm… Czy może życzy pan sobie czegoś specjalnego?
— Co możecie zrobić z czymś takim? — spytał Moist, kładąc na blacie jeden z nowych dolarów.
Spools podniósł go i uważnie przeczytał wszystkie napisy. A potem, jakby nieobecnym głosem, powiedział:
— Rzeczywiście coś słyszałem. Czy Vetinari wie, co pan planuje?
— Panie Spools, założę się, że wie, jakie noszę buty i co jadłem na śniadanie.
Drukarz odłożył banknot, jakby papier zaczął tykać.
— Widzę, co pan chce zrobić. Tak niewielki przedmiot, a jednak taki niebezpieczny…
— Może je pan wydrukować? — spytał Moist. — Oczywiście nie ten. Zrobiłem parę, żeby sprawdzić ideę w działaniu. Chodzi mi o banknoty wysokiej jakości, o ile znajdę artystę, który mi je narysuje.
— Ależ tak. Nasza firma jest symbolem jakości. Montujemy nową prasę, żeby nadążyć za popytem. Ale co z bezpieczeństwem?
— Jak to, tutaj? Jak dotąd nikt was nie niepokoił, prawda?
— Nie, rzeczywiście nie. Tylko że jak dotąd nie leżały tu stosy pieniędzy, jeśli pan rozumie, o co mi chodzi.
Spools podniósł banknot… i wypuścił go. Papier spłynął łagodnie w powietrzu i wylądował na biurku.
— I takich lekkich — dodał Spools. — Kilka tysięcy dolarów da się wynieść bez trudu.
— Ale dość trudno je przetopić. Może zbudujcie tę nową prasę w mennicy? Mają tam dość miejsca. I po kłopocie.
— No tak, to by miało sens. Ale wie pan, prasa jest ciężka i trudno ją przenieść. Transport zajmie kilka dni. Spieszy się panu? Oczywiście, że tak.