Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
Wypatrzyłem Deborę i ruszyłem w jej stronę. Stała za taśmą ostrzegawczą i była w mundurze.
— Do twarzy ci — rzuciłem.
— Podoba mi się. Widziałeś?
— Tak. I słyszałem, jak kapitan Matthews omawiał sprawę z LaGuertą. Debora głośno wciągnęła powietrze.
— Co mówili? Poklepałem ją po ramieniu.
— Tato użył kiedyś pewnego barwnego określenia, które znakomicie to ilustruje. Kapitan „wiercił jej drugą dziurę w tyłku”. Pamiętasz?
Deb była zaskoczona, ale i zadowolona.
— Świetnie. Dex, teraz naprawdę musisz mi pomóc.
— Bo jak dotąd nie pomagałem, tak?
— Nie wiem, co robiłeś, ale to za mało.
— Jesteś niesprawiedliwa. I bardzo nieuprzejma. Ostatecznie jesteś na miejscu zbrodni i masz na sobie policyjny mundur. Wolałabyś ten uliczny?
Debora aż się wzdrygnęła.
— Nie o to chodzi. Przez cały czas coś przede mną ukrywasz, ale teraz musisz wyłożyć karty na stół.
Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć; to bardzo niemiłe uczucie. Nie miałem pojęcia, że siostra jest aż tak spostrzegawcza.
— Ależ siostrzyczko…
— Może i nie znam się na tych wszystkich podchodach tak dobrze jak ty, ale wiem, że tamci dali dupy i że trochę potrwa, zanim się po-zbierają. To z kolei oznacza, że przez ten czas nikt nie będzie zajmował się sprawą, a przynajmniej nie na poważnie.
— A ty dostrzegłaś w tym szansę dla siebie. Brawo, siostrzyczko.
— Oznacza to również, że potrzebuję twojej pomocy bardziej niż kiedykolwiek dotąd. — Ścisnęła mi rękę. — Proszę cię, Dexy.
Nie wiem, co wstrząsnęło mną bardziej, jej przenikliwość, to, że wzięła mnie za rękę czy to, że nazwała mnie „Dexym”. Nie robiła tego, odkąd skończyłem dziesięć lat. Na pewno nie zdawała sobie z tego sprawy, ale ilekroć tak mnie nazywała, przenosiła nas obydwoje do krainy Harry’ego, do miejsca, gdzie liczyła się rodzina i gdzie zobowiązania były równie prawdziwe jak bezgłowe prostytutki. Cóż mogłem powiedzieć?
— Dobrze, siostrzyczko — odparłem. — Przecież wiesz, że ci pomogę. — „Dexy”. Też coś. Jeszcze trochę i wzbudziłaby we mnie ludzkie uczucia.
— To dobrze. — Znowu była stanowcza i konkretna; przeszła metamorfozę, czego nie mogłem nie podziwiać. — Brakuje w tym jednego. Czego? — spytała, ruchem głowy wskazując okna na pierwszym piętrze bloku.
— Ciał — zgadłem. — A propos. Ktoś ich szuka?
Posłała mi kwaśne spojrzenie obytego w świecie gliniarza.
— Z tego, co wiem, więcej policjantów zajmuje się pilnowaniem reporterów.
— Świetnie. Jeżeli uda nam się znaleźć ciała, zdobędziemy nad nimi przewagę.
— Dobra. Gdzie będziemy szukać?
Pytanie było bardzo logiczne, ale postawiło mnie w dość kłopotliwym położeniu. Gdzie? Nie miałem pojęcia. Tam, gdzie zabił te prostytutki? Raczej w to wątpiłem, ponieważ musiał tam panować nie lada bałagan i skoro zamierzał wykorzystać to miejsce do kolejnych zabójstw, na pewno nie zostawiłby tam zapaskudzonych zwłok.
Dobrze. W takim razie musiałem założyć, że ukrył je gdzie indziej.
I nagle dotarło do mnie, że pytanie powinno brzmieć inaczej. Nie: „Gdzie”, tylko: „Dlaczego”. Wystawę z głów urządził w konkretnym celu. W jakim celu miałby przewozić ciała gdzie indziej? Żeby je ukryć? Nie, to za proste. Z nim nic nie było proste, a ukrywanie zwłok nie należało najwyraźniej do cnót, które sobie cenił. Zwłaszcza teraz, kiedy zaczął się trochę chwalić. W takim razie, gdzie podrzuciłby resztę?
— No? — ponagliła mnie Debora. — Gdzie?
— Nie wiem — odrzekłem powoli. — Miejsce, gdzie je podrzucił, jest na pewno częścią tego, co chce nam powiedzieć. A my jeszcze nie wiemy, co mu chodzi po głowie. Prawda?
— Cholera jasna, Dexter…
— On nam coś wypomina. Mówi, że zrobiliśmy coś niewiarygodnie głupiego, a nawet jeśli nie, to i tak jest sprytniejszy od nas.
— I ma rację — mruknęła, przybierając minę karpia.
— Dlatego bez względu na to, dokąd zawiózł zwłoki, miejsce to jest dalszą częścią tego, co chce nam przekazać. Kolejnym fragmentem oświadczenia, które głosi, że jesteśmy głupi… Nie, że zrobiliśmy coś głupiego.
— Tak, to wielka różnica.
— Proszę cię, siostrzyczko, takie miny ci zaszkodzą. Tak, to naprawdę wielka różnica, ponieważ nasz reżyser skoncentruje się nie na aktorach, tylko na tym, co aktorzy robią.
— Aha. To świetnie. W takim razie powinniśmy chyba pójść do najbliższego kabaretu i poszukać aktora z zakrwawionymi do łokci rękami, tak?
— Nie. Krew nie wchodzi w rachubę. Absolutnie.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ ani tu, ani gdzie indziej nie było nawet śladu krwi. To jest celowe i niezmiernie ważne. Tym razem powtórzył najważniejsze kwestie i je skomentował, bo byliśmy ślepi. Rozumiesz?
— Jasne. To logiczne. W takim razie może pojedziemy na lodowisko? Pewnie znowu poukładał ciała w bramkach.
Otworzyłem usta, żeby rzucić jedną z moich cudownie inteligentnych uwag. Lodowisko nie wchodziło w grę, było miejscem zupełnie nieodpowiednim. Przedtem nasz reżyser eksperymentował, bawił się nowym rekwizytem, ale wiedziałem, że tego nie powtórzy. Zacząłem tłumaczyć siostrze, że powtórzyłby to tylko wtedy, gdyby… — Nagle urwałem i zamarłem z szeroko rozdziawionymi ustami. Oczywiście, pomyślałem. Naturalnie.
— No i kto tu robi karpia, hę? — rzuciła Debora. — Co się stało?
Milczałem. Byłem zbyt zajęty chwytaniem rozbieganych myśli. Tak, numer z lodowiskiem powtórzyłby tylko wtedy, gdyby chciał nam pokazać, że przymknęliśmy nie tego mordercę.
— Och, Deb — powiedziałem. — Oczywiście. Lodowisko. Masz rację. Nie z tych powodów, co trzeba, ale…
— Lepiej ją mieć, niż nie mieć — dokończyła i poszliśmy do samochodu.
21
Ale wiesz, że mamy małe szanse? — spytałem. — Że pewnie nic tam nie znajdziemy. Wiesz?
— Wiem — odparła.
— Poza tym to nie nasz okręg. Jesteśmy w Broward. Ci z Broward nas nie lubią, więc…
— Chryste — warknęła. — Kłapiesz jak nastolatka.
Może i kłapałem, ale nie powinna tak mówić, to bardzo niegrzecznie. Tymczasem ona była jak ciasno zwinięty kłębek stalowych nerwów. Kiedy zjechaliśmy z autostrady i skręciliśmy na parking przed stadionem, jeszcze mocniej zacisnęła zęby. Niemal słyszałem, jak trzeszczą jej szczęki.
— Brudna Harrieta — mruknąłem pod nosem, ale chyba podsłuchiwała.
— Wal się — syknęła.
Oderwałem wzrok od jej granitowego profilu i spojrzałem na stadion. Gdy promienie porannego słońca padały pod odpowiednim kątem, wyglądał tak, jakby otaczała go flotylla latających spodków. Oczywiście były to tylko baterie reflektorów, które rozrosły się wokół korony niczym wielkie, stalowe muchomory. Ktoś musiał wmówić architektowi, że są bardzo wyraziste, „młode i pełne wigoru”.
W dobrym świetle pewnie takie były. Miałem wielką nadzieję, że już wkrótce zaświecą.
Objechaliśmy stadion, szukając śladów życia. Podczas drugiego okrążenia przed jednym z wejść zaparkowała dobita toyota; drzwiczki od strony pasażera miała przymocowane wychodzącym z okna sznurkiem. Debora wysiadła, zanim zdążyliśmy się zatrzymać.
— Przepraszam pana — powiedziała do kierowcy, pięćdziesięcioletniego mężczyzny w złachanych, zielonych spodniach i niebieskiej nylonowej kurtce. Spojrzał na jej mundur i od razu się zdenerwował.
— Co? — odparł. — Ja nic nie zrobiłem.