Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]

Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:

Dexter Morgan to za dnia wzorowy pracownik policyjnego laboratorium, a nocami kat, który wymierza swoją sprawiedliwość. Dwoistość jego natury jest tak zaskakująca, że nie jesteśmy już pewni, czy ten przykładny obywatel i wyrafinowany morderca to jedna osoba…
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 56
Перейти на страницу:

Otworzyłem oczy. W tych okolicznościach nie mogłem się skupić, zresztą nie miałem już czego słuchać. Szept ucichł, gdy Steban zaczął wrzeszczeć. Poza tym jego wrzask wszystko wyjaśnił. Prawda? Dlatego otworzyłem oczy i zobaczyłem, jak Rodriguez wypada z paka-mery na końcu stadionu i wbiega na taflę. Potknął się, poślizgnął, ślizgiem wpadł na bandę, a potem, mamrocząc chrapliwie po hiszpańsku i sapiąc z przerażenia, wbiegł między ławki i pognał do wyjścia. Na lodzie, w miejscu, gdzie upadł, pozostała rozmazana smużka krwi.

Debora wpadła do środka z pistoletem w ręku, ale on ją minął, zatoczył się i uciekł na dwór.

— Co się stało? — krzyknęła siostra z bronią gotową do strzału.

Przekrzywiłem głowę i słysząc zamierające echo oschłego chichotu oraz resztki przerażających odgłosów wydawanych przez Rodrigueza, wszystko zrozumiałem.

— Steban chyba coś znalazł — odparłem.

22

Polityka policyjna, której znajomość tak bardzo chciałem zaszczepić Deborze. jest rzeczą śliską i porośniętą licznymi mackami. A kiedy spotykają się przedstawiciele dwóch policyjnych organizacji, które się nie lubią, wspólna operacja przebiega bardzo powoli, ospale i według wszelkich możliwych przepisów, przy czym niemal zawsze towarzyszą jej wykręty, zawoalowane obelgi i groźby. Wspaniale się to ogląda, rzecz w tym, że śledztwo trwa wtedy odrobinę dłużej niż to konieczne. Dlatego też od przerażającego odkrycia Stebana minęło kilka godzin, zanim ostatecznie rozstrzygnięto spory o zakres kompetencji i zanim nasza ekipa przystąpiła wreszcie do badania małej niespodzianki, którą nasz nowy przyjaciel Rodriguez znalazł za drzwiami pakamery.

Przez cały ten czas Debora stała z boku, z trudem panując nad zniecierpliwieniem i prawie wcale go nie ukrywając. Przyszedł kapitan Matthews, przyszła detektyw LaGuerta. Uścisnęli ręce swoim odpowiednikom z hrabstwa Broward, kapitanowi Moonowi i detektywowi McClellanowi. Potem doszło do grzecznego, a raczej prawie grzecznego politycznego sparingu, który sprowadzał się mniej więcej do tego: Matthews był niemal pewny, że odkrycie sześciu rąk tudzież sześciu nóg na terenie hrabstwa Broward stanowi integralną część śledztwa, które policja z hrabstwa Miami-Dade prowadzi w sprawie odkrycia trzech znalezionych na ich terenie głów. Używając określeń o wiele zbyt przyjacielskich i prostodusznych, kapitan stwierdził, że jest wielce nieprawdopodobne, żeby w Miami-Dade znaleziono wkrótce trzy głowy bez ciał, a następnie trzy całkowicie różne ciała bez głów.

Kierując się podobną logiką, Moon i McClellan zauważyli, że podczas gdy ludzkie głowy znajduje się w Miami niemal codziennie, w hrabstwie Broward jest to zjawisko stosunkowo rzadkie, dlatego też traktują je poważniej, zresztą najpierw trzeba przeprowadzić szereg badań wstępnych, żeby sprawdzić, czy sprawy te w ogóle się z sobą łączą, a badania powinni przeprowadzić oni, ponieważ teren ten należy do ich jurysdykcji. Naturalnie z radością przekażą nam wyniki.

Takie postawienie sprawy było oczywiście nie do przyjęcia dla ich adwersarzy. Kapitan Matthews odparł, że śledczy z Broward nie wiedzą, czego szukać, dlatego mogliby coś przeoczyć albo zniszczyć ważny dowód rzeczowy. Naturalnie nie przez niekompetencję czy głupotę; kapitan był niemal pewny, że policjanci z Broward są w większości rzetelnymi fachowcami.

Jak można się było spodziewać, kapitan Moon nie przyjął tych słów w duchu radosnej kooperacji i nie ukrywając emocji, zauważył, że kapitan Matthews zdaje się sugerować, iż w jego wydziale pracuje banda podrzędnych kretynów. Matthews był już na tyle wkurzony, by grzecznie odrzec, że och nie, bynajmniej nie podrzędnych. Jestem przekonany, że polemika zakończyłaby się bójką, gdyby nie pojawił się sędzia, czyli dżentelmen z FDLE.

FDLE, florydzki urząd śledczy, jest czymś w rodzaju stanowego FBI. Jego funkcjonariusze mają prawo działać na terenie całej Florydy i w przeciwieństwie do federalnych, są szanowani przez większość policjantów. Dżentelmen, o którym mowa, był mężczyzną średniego wzrostu i lichej postury. Miał krótko przyciętą brodę, ogoloną głowę i robił wrażenie zupełnego przeciętniaka, ale kiedy stanął między dwoma o wiele wyższymi i bardziej krzepkimi kapitanami, ci natychmiast zamknęli się i cofnęli. Dżentelmen szybko wszystko wyjaśnił i ustalił i już po chwili mogliśmy przystąpić do pracy na uporządkowanym i właściwie zorganizowanym miejscu zbrodni.

Według jego zarządzenia śledztwo mieliśmy prowadzić my, policja z Miami-Dade, chyba że badania tkanek wykażą, iż znalezione na lodowisku ręce i nogi nie pasują do naszych głów. Bezpośrednim skutkiem praktycznym jego decyzji było to, że przed tłumem reporterów, kłębiącym się przed stadionem, jako pierwszy miał stanąć kapitan Matthews.

Przyjechał Angel-Bez-Skojarzeń i od razu zabrał się do pracy. Nie bardzo wiedziałem, co o tym myśleć i nie chodziło mi wcale o jurysdykcyjne kłótnie. Nie, o wiele bardziej niepokoiło mnie samo wydarzenie, niepokoiło i dawało do myślenia. Ale nie zabójstwo jako takie i nie układ odciętych kończyn, chociaż ten był nader pikantny. Bo oczywiście przed przyjazdem policji udało mi się zajrzeć do izdebki horroru naszego Stebana — doprawdy, czy można mi się dziwić? Pragnąłem jedynie zakosztować widoku i zrozumieć, dlaczego mój drogi, tajemniczy współpracownik wybrał akurat to miejsce. Chciałem tylko zerknąć, naprawdę.

Dlatego kiedy tylko Steban wybiegł ze stadionu, kwicząc, krztusząc się i chrząkając jak dławiące się grejpfrutem prosię, potruchtałem do pakamery, żeby zobaczyć, co go tak przestraszyło.

Tym razem członki nie były owinięte. Tym razem leżały na podłodze w czterech grupach. I kiedy się im przyjrzałem, zrozumiałem coś cudownego.

Jedna noga leżała prosto po lewej stronie pakamery. Blada, sinawa i dokładnie odsączona, na kostce miała złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie serduszka. Była naprawdę urocza, słodziutka, nieoszpecona wstrętnymi plamami krwi. Bardzo elegancka robota. Dwie ciemne ręce, równie starannie odcięte i zgięte w łokciu, ułożono równolegle do nogi, łokciem na zewnątrz. A obok rąk, tuż obok siebie leżały pozostałe kończyny, wszystkie zgięte w stawach i jakby zaokrąglone u dołu.

Chwilę trwało, zanim to do mnie dotarło. Szybko zamrugałem i gdy obraz się wyostrzył, musiałem mocno zmarszczyć brwi, żeby nie zachichotać, bo Deb znowu powiedziałaby, że zachowuję się jak nastolatka.

A chciało mi się śmiać dlatego, że mój mistrz zrobił z rąk i nóg litery, z których ułożył krótki napis: Buu.

Pod Buu spoczywały trzy korpusy, ułożone w śliczny, halloweenowy uśmiech.

Co za łobuziak.

Ale podziwiając humor bijący z tej małej wystawy, zastanawiałem się, dlaczego zorganizował ją akurat tutaj, w pakamerze, zamiast na lodzie, gdzie mogłaby zdobyć uznanie szerszej publiczności. Zgoda, pakamera była dość przestronna, jednak w sumie ciasna i wystarczyło w niej miejsca tylko na samą ekspozycję. Więc dlaczego?

Gdy się nad tym zastanawiałem, z trzaskiem otworzyły się główne drzwi: przybyli pierwsi ratownicy. I kiedy się otworzyły, przez taflę lodowiska przemknął podmuch zimnego powietrza, który omył mi plecy…

Odpowiedział mu ciepły prąd płynący w tym samym kierunku. Leciutki jak muśnięcie czubkiem palca dotarł do mrocznego dna podświadomości i poczułem, że gdzieś tam, w bezksiężycowej nocy mojego jaszczurczego mózgu, coś się zmieniło, że Mroczny Pasażer ochoczo wyraża zgodę na coś, czego nawet nie słyszałem ani nie rozumiałem, choć wiedziałem, że musi mieć to coś wspólnego z palącą niecierpliwością zimnego powietrza, z napierającymi zewsząd ścianami, z narastającym przeświadczeniem, że…

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 56
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)